846 – kilka gorzkich słów prawdy

Kiedy jest dobrze, jestem w górce, wspieracie mnie. Piszecie miłe komentarze i maile. Jednak, gdy nadchodzi kryzys, nie tylko ja zmieniam się nie do poznania, ale i feedback od Was. Nagle jestem dla Was niedojrzałą atencjuszką i wyrachowaną manipulatorką. Nie rozumiem, skąd w Was tak diametralnie odmienne zdania…

To jest tak. Pewnego dnia się budzę i widzę, że świat jest piękny, kocham życie ponad wszystko. Czuję się niezniszczalnym i niezwyciężonym bogiem, który wszystko może i czego się nie dotknie, uda mu się. Latam ze szczęścia pod sufit. Mało jem, mało śpię. Za to cały czas jestem w ruchu, bo energia i siła chcą mnie rozsadzić od środka. Jestem nieśmiertelna, pewna siebie. Wszystko wiem, wszystko potrafię, że wszystkim sobie poradzę. Jestem tak pobudzona i szczęśliwa, że będąc sama gadam do siebie, albo śpiewam, albo tańczę. Czasem wszystko na raz. Taki stan potrafi trwać kilka tygodni. I nawet, jeśli coś wyprowadzi mnie z równowagi, szybko macham na to ręką i wracam do swojego urojonego szczęścia. Wtedy jesteście ze mną. Piszecie do mnie. Radzicie się. Cieszycie razem ze mną. Wtedy jest Was tylu…

Ale kiedyś musi się to skończyć. I wcale nie jest do tego potrzebny zewnętrzny czy wewnętrzny bodziec. Nie musi się nic stać, nie muszę o niczym pomyśleć ani dokonać nadinterpretacji. Po prostu, pewnego dnia budzę się ze łzami w oczach i przeklinam życie za to, że wciąż trwa. Cierpienie osiąga niewyobrażalne rozmiary. Przygniata kolanem do podłogi i nie pozwala złapać tchu. Cała energia, którą miałam, gdzieś ulatuje, pozostawiając po sobie bezsilność i poczucie beznadziei. Tak trudno zwlec się wtedy z łóżka. Zdaje się to być wysiłkiem większym, niż przebiegniecie ultra maratonu. Oczy zachodzą mgłą, która jak filtr, zmienia wszystko w zagrazajace otoczenie. Każdy przedmiot użytku codziennego zdaje się być odpowiednim narzędziem do odebrania sobie życia. I nic nie ma już znaczenia. Nic się nie liczy. Na niczym nie zależy. Tylko na śmierci. Na zakończeniu tego cierpienia nie do wytrzymania. I bólu nie do znieczulenia. I nagle wszyscy się odwracają. Nazywają atencjuszką i manipulatorką. Nieświadomie nakręcając tę spiralę samozagłady. Oczywiście jest jeszcze rodzina.

Mama.

[15.10, 15:52] Anka: Wiem, że jesteś po bardzo ciężkich chorobach i cieszysz się każdym dniem. Ale dla mnie każda minuta to straszna męczarnia. Chcę już odpocząć. Przestać istnieć.
[15.10, 15:54] Mama: Anula, pomyśl o swoich firankach i zasłonkach, które czekają, aby upiększyć mieszkanko

Ciocia

To może jednak się pozbierasz i przyjedziesz Fizie przytulisz?

Wizja powieszenia nowych zasłonek czy przytulenia psa cioci naprawdę nie są w stanie sprawić, że zachce mi się żyć. Ja wiem, oni się starają. Ale to wszystko jak krew w piach.

Mówicie, że wysłałam masę pożegnalnych smsów do terapeuty i psychiatry, dlatego nie wzięl ich na poważnie. Otóż nie. Zrobiłam to po raz pierwszy w ciągu tych wszystkich lat leczenia. Dlaczego? Bo byłam pewna, że o świcie będę już sztywnym wisielcem. Nigdy nie manipulowalam terapeutą ani psychiatrą. Owszem, pisałam szczerze, jak jest, jak się czuję. Ale ani razu nie wysłałam wiadomości, że się zaraz zabiję.

Przykre to, że tak o mnie myślicie. Że w kryzysie zostaje sama, co tylko potęguje sluszcznosc decyzji o odejściu.

Bo nie wierzę, że to się kiedyś skończy. Że będzie po prostu normalnie. Bez latania pod niebo i Rowów Mariańskich. Tak po prostu, stabilnie. Że amplituda między tymi skrajnymi stanami się wypłaszczy. Że choć zbliże się do Stanów emocjonalnych ludzi zdrowych. Bo to, co się dzieje teraz, wykańcza mnie. Zabija mnie kawałek po kawałku.

I tyle w temacie. Dziękuję za uwagę.

Podziel się!

845 – wciąż tu jestem

Wczoraj wszystko miało się skończyć. Definitywnie.

Miodowa whisky on the rocks z niefiltrowanym, a tłoczonym sokiem jabłkowym koiła podniebienie. Miała utulić mnie do śmierci.

Dziś miało po mnie zostać ścierwo wiszące na klamce z zamglonymi oczami, w których sama zgasiłabym blask.

Niestety, alkohol utulił mnie do snu. Nawet nie wiem, kiedy zasnęłam. Rano obudził mnie ogromny ból głowy, łzy złości na życie, które wciąż trwa oraz poczucie wstydu i winy za te wszystkie rozesłane pożegnania, w tym do terapeuty i psychiatry.

Pragnę ukojenia. Spełnienia obietnicy, jaką daje pasek na szyi, odcinający tlen. Pragnę unicestwienia. Pragnę niebytu. Pragnę…

Podziel się!

843 – historia lubi się powtarzać…

Jesteśmy pokłóceni. On ogląda serial na Netflixie. A ja?

Ja siedzę w tej samej kuchni, na tym samym krześle, co w 2014 roku. Na tym samym miejscu, z którego pisałam notatki, jak bardzo nie chcę żyć. Przy tym samym stole piję, a jakże, piwo, tylko tym razem inne.

Nie ma we mnie nic. Prócz cierpienia, obijajacego się od wewnętrznej, przerażającej pustki. Nie chcę żyć.

Aż trudno mi uwierzyć, że rano była sesja. To wydaje się tak odległe… Całą przepłakałam. Nie potrafiłam spojrzeć na problemy racjonalnie. Pan M. powiedział, że znów wchodzę w rolę ofiary. Pewnie ma rację. Tylko ten ból, ten cholerny Weltschmerz nie są grane. To nie części roli, a prawdziwe życie.

Chciałabym odejść, zasnąć – teraz, już w tej chwili. Wczorajsze pocięcie się niewiele dało. Wiem, że tylko unicestwienie tego ciała i umysłu pozwoli przejść do wiecznej nicości, w której nie będzie już bólu, nie będzie wypalających oczy łez.

Siedzenie w tym samym miejscu, w którym katowałam siebie i swoje pijane ciało przed psychiatrykiem, sprawia, że wszystkie wspomnienia wracają. Że zastanawiam się, jakby to było nie żyć od tych sześciu lat. Nie napisałabym ani nie wydała żadnej książki. Nie poznałabym pana M. Ale i oszczędziłabym sobie tak niezliczonej ilości cierpienia. Nie potrafię spojrzeć na nic przychylnym okiem. A w mojej głowie wciąż krąży myśl, żeby doczekać do końca maja. Jeszcze te kilka miesięcy. A potem adieu pieprzony świecie.

Mój umysł ułożył sobie plan. Krzyczy mi do ucha, że nie potrafię i nie mogę żyć. Tylko doczekać do końca terapii. Nie robić tego panu M. i nie zabijać się, będąc u niego w terapii. Byle do czerwca. By w końcu móc powiedzieć sobie „dość!”.

Podziel się!

842 – lorazepam krąży we krwi

Ciocia jest lekarką. Była dziś w naszym mieście i podrzuciła receptę na Lorafen.

Mrówek, samozwańczy naczelny psychiatra Rzeczpospolitej mnie zdiagnozował. Otóż, wbrew opinii wszystkich psychiatrycznych konowałów, u których byłam, mam ChAD. Ostatnio byłam w manii, bo mam dość mieszkania w zaniedbanej melinie i kupiłam karnisze, firanki i zasłonki do jednego pokoju. I jeszcze kilka kwiatków. Aa, no i latałam pod sufit. I energii miałam zbyt dużo.

A dziś przyszło gorsze samopoczucie. W moich standardach kwalifikujące się do wzięcia lorazepamu. A więc w jego oczach jest równia pochyła i tylko patrzeć, jak ucieknę na wakacje do psychiatryka. No tak, skończyła mi się przecież mania według jego własnego oka.

Pięć miligramów lorazepamu krąży we krwi. Krąży i krąży, jak po spirali. Coraz niżej i niżej… Ciągnąc mnie ze sobą – w dół. I już tylko myśli o autoagresji i autodestrukcji.

I przekonanie, że od czerwca nie dam sobie rady sama. Że po zakończeniu terapii nie poradzę sobie i się zabiję. I już nawet nie jest tak, że chcę walczyć i nie chcę umierać. Nie. Po prostu. Nie chcę czuć tego dojmującego cierpienia. I nienawiści. Do siebie. Do świata. Do życia…

Podziel się!

834 – przememłane emocje lub ukrzyżowanie terapeuty

No, dobra.

Dziś odniosłam mały sukces. Pierwszy dzień od półtora tygodnia nie ryczałam. Od zeszłego poniedziałku było to jedyne zajęcie (oprócz spania), któremu poświęcałam zdecydowaną większość dnia. Ale nie, to nie tak, że przetrawiłam emocje. Przez dziesięć dni je memłałam, żeby w końcu przegryźć i przełknąć. Dopiero teraz zaczyna się etap trawienia.

Jestem dużo spokojniejsza. Na tyle, że również pierwszy dzień nie wzięłam Lorafenu. A ostatnimi czasy leciałam na maksymalnej dawce albo i powyżej (przepraszam, Doktorze).

Wczoraj po dwudziestej drugiej zadzwonił pan T. w odpowiedzi na moje wiadomości. Biedny pracoholik dopiero wrócił z pracy i właśnie wychodził z psem na spacer, więc nie rozmawialiśmy długo. Chciał się dowiedzieć, jak się czuję i, zapewne, wybadać, czy moje doniesienia o stanie zbliżającym się do tego sprzed hospitalizacji w lutym rzeczywiście mają rację bytu. Po usłyszeniu, że wybrałam się na sesję pod wpływem alkoholu, zażartował, że jednak sprawdzi się jego scenariusz (o którym pisał mi niedawno) i niedługo ukrzyżuję terapeutę.
– Może tak być – bąknęłam pod nosem, nieskora do żartów.
Ku jego uciesze, nie chciałam zmieniać leków z obawy, że może to przynieść więcej szkody niż pożytku. Gdyby sytuacja nie została opanowana, mam wpaść do niego za tydzień i pogadać.

Wciąż jestem senna i ogromnie kusi mnie ucieczka w sen, ale dziś już pracowałam nieco dłużej, choć robiąc przerwy co jakąś godzinę, półtorej.

Cały czas myślę o propozycji czy też sugestii pana M. o wyznaczeniu daty zakończenia terapii. Powoli zaczyna się we mnie rodzić myśl: cholera, a może on rzeczywiście ma rację? Może jestem już na to gotowa? Niesamowite, co? Przynajmniej nie odrzucam tego tak kategorycznie jak wcześniej. Myślę, że będziemy jeszcze o tym rozmawiać na sesji.

Zareagowałam bardzo gwałtownie. To była wielka nadreakcja, zupełnie nieadekwatna do sytuacji, a proces dochodzenia do siebie trwał niezwykle długo. Wiem. Nie zamierzam się jednak biczować. Po prostu wstanę, otrzepię się, wyciągnę wnioski i pójdę dalej.

Podziel się!