901 – autocenzura

Wczorajsza gównoburza na mojej facebookowej grupie doprowadziła mnie do ostateczności, stąd poprzedni wpis. Ale to nie tak, że zupełnie znikam. Po prostu postanowiłam nie publikować tu treści kontrowersyjnych i budzących tak skrajne emocje. Wszystkie dramatyczne wpisy będą powstawać w edytorze tekstu. Tak będzie lepiej i dla mnie, i dla Was.

Nie wiem, czy znów odcięłam się od emocji, czy ta część, która we mnie walczy o życie łaskawie się przebudziła. Niemniej jednak jakoś się pozbierałam i, choć wciąż na kolanach, brnę dalej. A może to złapanie się nikłej nadziei w kwestiach wydawniczych dodało mi sił? Nie wiem.

Zaczęłam pracę nad piątą częścią Młodego boga – „Nowe horyzonty”. To będzie ten blog. Na razie nie mam siły psychicznej na wspominki z terapii. Muszę dać sobie czas, wylizać rany, przeżyć żałobę i nabrać dystansu.

Podziel się!

898 – …

W najbliższym czasie mam zostać sama w domu. Na tydzień lub dwa.

Odkąd się dziś obudziłam, piję. Na zmianę płaczę i patrzę tępo przed siebie.

Nie mogę uwierzyć w to, co się stało. Możecie hejtowac mnie i pana M., ale ja mam to w dupie. Wiem swoje. Wiem, że był najlepszym dla mnie terapeutą. I że juz nigdy żadnej terapii nie podejmę.

Wiedziałam, że to będzie boleć. Ale nie sądziłam, że nasilenie cierpienia będzie mieszać mi w głowie. Nie potrafię, naprawdę nie jestem w stanie tego znieść.

Jutro o 9:15 miałabym sesję. Chyba umrę z rozpaczy w tym czasie. A pan M.? Jestem pewna, że poczuł ulgę, że mnie więcej nie zobaczy. Ale nie mam mu tego za złe.

Mrowkowi też należą się wakacje. Dlatego nie protestuję.

Nie potrafię znieść tego cierpienia. To było najgorsze i najboleśniejsze opuszczenie w moim życiu.

Skasowałam numer pana M. i chat z nim na whatsapie. Nie mam prawda już więcej do niego pisać. Nie jestem już jego pacjentką.

To samo zrobiłam z panem T. Jasno powiedział, że mogę się z nim kontaktować już tylko przez poradnię. Wizytę mam w środę w przyszłym tygodniu. Choć nie wiedzę najmniejszego sensu, żeby na nią iść.

Zostałam sama. Bez opieki specjalistów, za to z tak silnymi myślami samobójczymi, że nie wiem, czy w ogóle chcę je wyciszyć. Może pora zakończyć tę farsę mojego życia…

Podziel się!

897 – odszedł. zabierając wszystko, co mi dał

Wraz z końcem relacji z panem M. umarła ta część mnie, którą tak bardzo wspierał i starał się wzmocnić. Cząstka, która walczyła z resztą mnie o życie. Ta część, która sprzeciwiała się autodestrukcji i tendencjom samobójczym. Ale pan M. zabrał ją ze sobą. I odszedł.

Siedzę od siódmej, patrzę tępo przed siebie i chleję browary, odpalając fajkę od fajki. Nie ma we mnie już nic. Wybucham płaczem, by po chwili znów ogarniała mnie pustka.

Tama puściła. Zalał mnie cały ten emocjonalny syf, od którego próbowałam się odciąć. To było do przewidzenia.

Ale mnie już nie ma. Wraz z pożegnaniem, umarłam. Pozostało tylko to znienawidzone ciało, którego nigdy nie zaakceptowałam. Nie chcę już nic. Niczego nie pragnę. To cierpienie, którego natężenie jest nie do zniesienia, odebrało mi wszystko. Choć właściwie, odebrało te resztki, które dawały jeszcze jakieś złudzenie.

Podziel się!

894 – terapia borderline: definitywny koniec, czyli ostatnia sesja

Nigdy nie przypuszczałam, że tak to się skończy, ale cóż… życie pisze nieprzewidywalne scenariusze.

We wtorek ostatnia sesja. Co prawda, do końca terapii zostały trzy miesiące, ale już dłużej tego nie zniosę. Zamierzam powiedzieć panu M., że to koniec. Definitywny koniec i więcej nie przyjdę. Zbyt dużo mnie to kosztuje. Każda sesja jest jak tortury przed wykonaniem kary śmierci. Każda coraz bliżej końca. Każda raniąca coraz bardziej. Uświadamiająca, co za chwilę stracę. Nie chcę tego. Nie mam siły tego dłużej ciągnąć, więc pożegnamy się za dwa dni. Na zawsze.

Chyba odcięłam emocje. W końcu mi się udało. Nie chcę nic czuć. I tak właśnie jest – pustka. Tylko co jakiś czas poziom cierpienia osiąga apogeum i przedziera się przez zaporę, zalewając mnie łzami i bólem nie do opisania.

Kiedyś gdzieś wyczytałam, że terapia powinna kończyć się naturalnie, w momencie, gdy pacjent przestaje potrzebować terapeuty. Z takim przeświadczeniem podejmowałam terapię u pana M. Naiwnie wierzyłam, że dostanę to, czego potrzebuję. Wciąż w głowie słyszę jego słowa z konsultacji:
– Nie wiem, ile potrwa terapia. Może trzy lata, a może osiem. To zależy od wielu czynników.
I te słowa utwierdziły mnie w przekonaniu, że będzie przy mnie tak długo, jak będę tego potrzebować. Jakaż ja byłam głupia, jaka naiwna… Gdybym wtedy wiedziała, jak to się skończy, nie zdecydowałabym się na leczenie.
Żałuję, że podjęłam tę terapię. Nie żałuję tych sześciu lat, ale samego faktu nawiązania relacji, którą teraz tak boleśnie tracę. Dalej uważam pana M. za świetnego specjalistę, ale dla mnie jego decyzja jest ogromnym błędem. Nigdy się z nią nie pogodzę ani jej nie zaakceptuję.

Wychodzę z terapii z nowymi ranami, emocjonalnie pokiereszowana. Już nigdy, przenigdy nie zaangażuję się w taką relację. Miałam rację – nie można ufać ludziom, a tym bardziej się do nich zbliżać, bo prędzej czy później cię zranią i opuszczą. Pan M. opuszcza mnie jak każda ważna osoba w moim życiu. Zawsze, prędzej czy później, każdy odchodził, pozostawiając mnie osamotnioną i bardzo zranioną. Tak samo jest i w tym przypadku.
Możecie powiedzieć, że przecież terapia nie może trwać całe życie. Owszem, zgadzam się z tym. Tyle że naiwnie wierzyłam, że pan M. będzie przy mnie tak długo, jak będę tego potrzebować…

Relacja z nim była do pewnego stopnia doświadczeniem korektywnym, to na pewno. Doświadczyłam z nim ogromnej bliskości, pełnej zaufania i poczucia bezpieczeństwa. Wytrzymywał każdy mój kryzys, nawałnice emocji, dziesiątki wysyłanych wiadomości, gdy nie potrafiłam sobie z czymś poradzić sama. I jestem mu za to wdzięczna. Jednak ostatecznie ta relacja utwierdziła mnie tylko w przekonaniu, że nikomu nie można ufać. Że bliskość z innymi ludźmi rani i jest zagrażająca.

Pan M. uważa, że powinnam podjąć kolejną terapię, tym razem jakąś behawioralną. O nie, nie ma mowy. Już nigdy nie zaangażuję się w taką relację. Już wiem, jakie to pociąga za sobą cierpienie. Nie ma opcji, żebym dobrowolnie naraziła się na coś takiego ponownie. Po moim trupie!

Podziel się!

893 – ciepłe przywitanie

Z wiadomości do pana M.

Mrówek właśnie zrobił mi karczemną awanturę. Że go okłamałam, że wszystkich okłamałam. Że jestem pierdoloną wariatką, która chce się zabić przez koniec terapii. Że mnie ubezwłasnowolnią i matka będzie mi dupę podcierać. Że on się zaraz pakuje i jedzie do hotelu. Że dzwoni po ciotkę, żeby mnie zabrała i tym razem nieodwołanie zabrała prosto do szpitala. I że tak właśnie powinno się traktować takich, jak ja – naćpać lekami i odstawić w kąt.
– Co, myślisz, że ktoś będzie wokół ciebie latał? Interesował się tobą? Naćpają cię lekami, dadzą zastrzyk w dupę na uspokojenie i zostawią samą aż ci przejdzie.
Mówi, że okłamałam go w żywe oczy. Że wróciłam tylko po to, żeby go torturować.
Ja tak strasznie nie chcę żyć!
Nie mam nikogo, NIKOGO na tym świecie, oprócz Pana. No, ale jak wiadomo, jeszcze tylko chwilkę.
Mrówek mówi, że jestem pierdoloną oszustką i złym, wyrachowanym człowiekiem. Że przyjechałam do domu tylko po to, żeby go gnębić.
Wie Pan… ja naprawdę nie widzę możliwości dalszego życia.

Ten pierdolony zdrajca wysłał adres bloga do ojca i ciotki. mówi, że za każdym razem, jak coś napiszę, to od razu to do nich dotrze. Ojciec do mnie wydzwania. Nie mam siły z nim gadać.
Straciłam jedyne miejsce, gdzie mogłam bez cenzury pisać, jak się czuję i co myślę. Teraz nie mam już żadnej możliwości, by choć trochę zeszło ze mnie napięcie i negatywne emocje.
Mrówek jest okropnie na mnie wkurwiony. Szuka lotu, chce jechać na wakacje, a mnie zamknąć w wariatkowie. I mówi, że albo pójdę dobrowolnie, albo zabierze mnie karetka w kaftanie. Wyzywa mnie od najgorszych. Od pierdolonych wariatek i gnid, które trzeba zamknąć. On mnie nienawidzi i chce mnie zostawić. Nie chce dłużej ze mną być.
Wszystko się zjebało. Wszystko. Runął cały ten pierdolony, pseudo stabilny świat. Jestem sama. Zostałam sama jak palec.
Mrówek żałuje, że załatwił mi pracę. Że powinnam pakować lampy albo obierać marchewkę na kuchni. Chce się mnie pozbyć raz na zawsze. Jest tak strasznie okrutny… Nie mam już nic do stracenia. Nic.

Powiedział, że się zemści. Że się zemści za te wszystkie lata i pożałuję, że byłam dla niego taką suką.

On mnie tak strasznie nienawidzi. Musiałby Pan zobaczyć, z jaką pogardą i nienawiścią do mnie mówi. Jestem dla niego najgorszym człowiekiem na świecie. Nie mam już nikogo.
Muszę udawać, że wszystko jest w porządku. Tylko Panu mogę powiedzieć, co tak naprawdę myślę i czuję. Nikomu innemu. Ale Pan mnie opuszcza. A ja nie mam nikogo innego. Dookoła sami zdrajcy, którzy chcą dla mnie źle, chcą mnie zniszczyć. Nienawidzą mnie.

On chce się mnie pozbyć. Zamknąć mnie w psychiatryku i nigdy nie wypuścić. Pierdoleni zdrajcy. Nikomu nie można ufać. Chcą mnie ubezwłasnowolnić i wsadzić na dożywocie do psychiatryka. Muszę udawać. Grać przed wszystkimi. Nikt nie może dowiedzieć się prawdy.

Właśnie w takiej rzeczywistości żyję. Każdy chce mnie skrzywdzić. Tylko czekają, aż stracę czujność. Wtedy zaatakują. Nikomu nie mogę ufać. Nikomu nie mogę się zwierzyć ani powiedzieć prawdy. Dookoła sami zdrajcy… dlatego nie ufam ludziom. Nienawidzę ludzi. Bo to pierdoleni oszuści i kłamcy.
A Mrówek już się już nawet z tym nie kryje. Mówi wprost, że mnie wpakuje do szpitala, że mnie zostawi. Że mnie nienawidzi. Że odejdzie.

Mrówek ma rację. Jestem złym człowiekiem, który tylko rani i niszczy wszystkich dookoła. Nie mam prawda żyć. Lepiej im wszystkim będzie beze mnie. Zasługuję na karę. Za to, jaką jestem parszywą gnidą. Pierdolonym śmieciem, który potrafi tylko wszystkich dookoła ranić i zabijać.

We wtorek ostatnia sesja. Zamierzam powiedzieć panu M., że więcej nie przyjdę. To nie ma najmniejszego sensu. Te kilkanaście tygodni w tę czy w tę nie zrobi żadnej różnicy. Utrzymuje mnie to tylko w fałszywym przekonaniu, że komuś na mnie zależy i że mam do kogo zwrócić się o pomoc. Ale prawda jest taka, że wszyscy mają mnie w piździe.

Psychiatra jako pierwszy zrobił ten krok i mnie kopnął w dupę. Mam zakaz kontaktowania się z nim poza poradnią. Wkurwił się na mnie. Nic dziwnego, że ma mnie dość. Ale nie będę szukać innego. Bo i po co? Spotkam się z nim dwa-trzy razy do roku na dziesięć minut. Pół godziny rocznie chyba da radę mi poświęcić…

Podziel się!