892 – terapia borderline: kara śmierci

Niewiele pamiętam z dzisiejszej sesji. Wiem, że bardzo płakałam, ale tak bardziej wewnętrznie. Na zewnątrz ulewała się tylko nieznaczna część łez. Znów kaptur na głowie, szalik aż pod nos i okulary przeciwsłoneczne. Nie chciałam, nie potrafiłam spojrzeć na pana M.

– To bardzo ważny wniosek – podsumował, gdy opowiedziałam mu o swoim podejściu do samobójstwa. Że sama się zabijając będę samobójczynią, ale na tym nie będzie końca, bo zabiorę ojca ze sobą i stanę się pośrednio morderczynią.

Całą sesję płakałam, choć na zewnątrz wydostawała się nieznaczna ilość łez. Płakałam, ryczałam wręcz, wewnętrznie.

Pan M. znów gadał o szpitalu. Ale szczerze? Jest mi już wszystko jedno. Nie chcę żyć, choć swoją śmiercią samobójczą nie chcę sprawić ogromnego bólu najbliższym.

Wczoraj, zwijając się z bólu, tak napisałam do terapeuty:

Leżę w łóżku, nie mam siły się podnieść i tylko płaczę. Poziom cierpienia jest tak duży, że jest to nie do wytrzymania. Nie chcę dłużej żyć. Nie rozumiem, po co mam się męczyć, skoro moje dni i tak są policzone. Co za różnica czy wyhuśtam się teraz, czy za kilka miesięcy?
Panie M., to po prostu nie ma sensu. jutro wracam do domu, już wszystko ustalone. Nie mam dłużej siły udawać przed ciotką, że wszystko jest w porządku. Myśli samobójcze znów nie odstępują mnie na krok, choć wydawało mi się, że kryzys samobójczy minął. Pomyliłam się jednak, on tylko na chwilę ucichł. Te myśli nawet trudno mi nazwać samobójczymi. To raczej racjonalna decyzja o szybszym przerwaniu tego cyklu nieustannego bólu, tylko nieznacznie przyspieszająca to, co nieuniknione.
I nie wiem, po co ma się odbyć te kilkanaście sesji, które nam zostały. One i tak nie zmienią już niczego, więc może po prostu sobie je darujmy. One są jak tortury przed wykonaniem kary śmierci. Jakby samo zgładzenie nie wystarczyło.

Dokładnie tak się czuję. To nie to, że męczą mnie myśli samobójcze. Ja chcę świadomie zrezygnować z życia, to dojrzała i przemyślana decyzja. Tylko jeszcze nie wiem, co mam zrobić, żeby nie zranić bliskich. Ale dla mnie jedno jest pewnie – nie zniosę tego dłużej. Nie dam rady dłużej żyć. I nie, nie chcę podejmować kolejnej terapii. Opuszczenie przez pana M. jest jeszcze gorsze i boleśniejsze niż te pierwotne opuszczenia, które przyczyniły się do rozwoju borderline u mnie.
Nie zaufam już nikomu. NIKOMU.
Wiem, mam bliskich, ale i tak czuję się samotna. Pozostawione w tym wielkim i groźnym świecie dziecko. Ono umrze. Jest tylko jeden możliwy scenariusz – umrze w ogromnym cierpieniu. I nikt i nic mu nie pomoże.

Podziel się!

891 – wracam do życia

Zsyłka na wieś i idący za nią czas ochronny dobiegają końca. Jutro wracam do domu. I do roboty.
Niestety, nie pracuję na etacie. Nie mogę wziąć L4 i mieć na wszystko wyjebane. Fakt posiadania firmy i goniące terminy zmuszają mnie do powrotu do codzienności i obowiązków z nią związanych. Choć nie mogę powiedzieć, że wszystko jest już we względnej normie.

Mrówek zgodził się, żebym wróciła.
Wczoraj przeprosiłam go za to, co po raz kolejny odpierdoliłam. Że naraziłam go na stres i inne negatywne emocje.
„Przecież nie pierwszy i nie ostatni raz” – odpowiedział.
I tak, ma rację. Z moimi kryzysami nie można się nudzić. Nigdy nie wiadomo, co zaraz odwalę. Ja i moje zmienne nastroje jesteśmy nieprzewidywalni. W jednej chwili wszystko jest w porządku, a w drugiej się wieszam.

Te nagłe kryzysy sprawiają, że nie czuję się bezpieczna sama ze sobą. Czuję zagrożenie życia, którego źródłem jestem ja sama.

Terapeuta uważa, że część mnie, która chce żyć, bardzo walczy z tą autodestrukcyjną, która pragnie mnie unicestwić. Nie mówię, że to nieprawda, bo w końcu wciąż żyję i podnoszę się z kolejnych kryzysów. Jednak często czuję, że ona przegrywa. Że się poddaje pod naporem tak wysokiego poziomu autodestrukcji.
Jest również zdania, że dobrze byłoby, gdybym jednak poszła do szpitala. Mimo że kryzys samobójczy minął, pozostawiając na polu bitwy tylko ten emocjonalny, hospitalizacja miałaby mi pomóc. Psychiatryk, do którego miałam zostać zawieziona, znajduje się kilkadziesiąt kilometrów od domu. Ten, w którym byłam trzy razy jest spalony. To przechowalnio-umieralnia, gdzie tylko faszerują lekami i mają cię w głębokim poważaniu.
Docierające do mnie informacje, że lekarze i psycholodzy interesują się tobą tylko wtedy, gdy jesteś młody i trafiasz na oddział po raz pierwszy czy drugi, okazały się być prawdą. Hospitalizacja sprzed roku dobitnie pokazała mi, że trafiając do psychiatryka po raz kolejny, nie jesteś już obiektem zainteresowania personelu. Te dwanaście miesięcy wcześniej ze wzruszeniem i zazdrością obserwowałam, jak jest traktowana koleżanka z oddziału, dwudziestojednolatka w trakcie diagnozy. Była ona w strefie zainteresowania personelu, który objawiał się choćby częstymi rozmowami z psychiatrą czy psychologiem. Z rozrzewnieniem patrzyłam na to, jak otaczają ją opieką, jak mnie te kilka lat wcześniej. A ja? Byłam pozostawiona sama sobie. Pięć minut poświęcone mi przez lekarza prowadzącego przy przyjęciu i jedna dłuższa rozmowa z psycholog, po blisko trzech tygodniach na oddziale to było wszystko, co mieli mi do zaoferowania. Psychiatrze nie chciało się mnie nawet osłuchać z powodu okropnego kaszlu. Mimo iż ordynator kazała mu się mną zainteresować, choć tylko w wymiarze somatycznym, on oddelegował do tego dwie stażystki. Chodząc codziennie korytarzami oddziału, ani razu na mnie spojrzał. Miał wyjebane. Ot, kolejna wariatka usiłująca się zabić – faszerować chemią, następny. Ale… dość tych wspomnień. To i tak niczego nie zmieni.

Kończę podręcznik dla terapeutów „Terapia schematów w zaburzeniu osobowości typu borderline”. Czytam go w ramach zapoznania się z terapiami poznawczo-behawioralnymi. Pan M. twierdzi, że powinnam taką przejść po tym, jak skończymy wspólną pracę. Że terapie behawioralne mają udowodnione działanie i są popularne na Zachodzie.
Przyznam szczerze, że ze wzruszeniem czytałam o tym, jak duży nacisk kładzie się w terapii schematów na relację terapeutyczną, opartą o dużą bliskość, zaufanie i poczucie bezpieczeństwa. Zachłannie przyswajałam informacje o opiece, jaką terapeuta powinien objąć pacjenta. A potem doszłam do rozdziałów o tych wszystkich ćwiczeniach, tabelkach i odgrywanych scenkach, które to wypełniają sesje. I nie, to zdecydowanie nie dla mnie. Po prostu nie ma opcji, żebym robiła te durne ćwiczenia z terapeutą i już. Koniec tematu, nurt terapii odrzucony.

Czuję się małym, porzuconym i skrzywdzonym dzieckiem, które z głodu bliskości, opieki i poczucia bezpieczeństwa posunie się do wszystkiego, aby te potrzeby zaspokoić. Choć kilka dni temu uświadomiłam sobie, że relacja z panem M. nie musi być jedyną taką w moim życiu, wciąż coraz dobitniej czuję, że to nie czas na kończenie. Że ta porzucona i skrzywdzona kilkulatka we mnie potrzebuje ogromnej dawki poświęconej uwagi i opieki. I sama nie dam sobie z tym rady. Jestem na to za słaba, wciąż zbyt mocno zaburzona, aby samodzielnie zaspokoić jej potrzeby i otoczyć ją odpowiednią opieką, zapewnić poczucie bezpieczeństwa. I, choć wydawałaby się, że miałam już wystarczająco dużo czasu na oswojenie się z myślą o nieuchronnie zbliżającym się zakończeniu terapii, mam ochotę coraz głośniej krzyczeć:
– Panie M., nie opuszczaj mnie!
Coraz dobitniej czuję, że wyjdę z tej terapii pokiereszowana, z dojmującym poczuciem porzucenia. Bo to za wcześnie i nie mam tu na myśli długości trwania terapii, a jej postęp i etap, w których się znajduję. Sześć lat – wiem, że to długo. Ale biorąc pod uwagę fakt, że pozwoliłam sobie na zbliżenie się do terapeuty po jakichś trzech latach, wciąż obecny duży poziom lęku w relacji i fakt, że w dalszym ciągu nie potrafię się do końca otworzyć, bo paraliżuje mnie wspomniany lęk, a do tego wstyd, dystansowanie się i pewna sztywność uniemożliwiająca swobodną spontaniczność, jakoś dziwnie w moich oczach skraca jej długość. Czuję, że dopiero teraz powoli zaczynam być gotowa na prawdziwe otwieranie się i dopuszczanie terapeuty do tych ciemnych, przerażających miejsc w moim świecie wewnętrznym. Ale nie będzie ku temu okazji, bo mamy kończyć. Rozstać się i już nigdy nie spotkać. Pan M. mówi, że koniec terapii przeżywam jako śmierć. I ma rację. Dla mnie, to jak nagła śmierć rodzica dla małego dziecka. A może i obojga rodziców. Pozostawienie bezradnej i przerażonej dziewczynki samej w ogromnym i zagrażającym świecie, ze słowami, by radziła sobie sama. Niewykonalne.

Chce mi się płakać. Tak bardzo chce mi się płakać, że mam ochotę wyć do księżyca, że jeszcze nie potrafię zadbać o siebie sama. Że pan M. popełnia ogromny błąd. Ale może ma rację, a ja zwyczajnie dramatyzuję, próbując zrzucić z siebie odpowiedzialność za własne życie.

Podziel się!

890 – koszmar symboliczny

Jest tak spokojnie. Zupełnie inaczej niż w nocy.

Położyłam się przed pierwszą, ale długo nie mogłam zasnąć. Byłam okropnie zmęczona, jednak sen nie nadchodził. Myślę, że zasnęłam grupo po drugiej albo nawet w okolicach trzeciej.

Koszmar, który zafundował mi mózg, sprawił, że gwałtownie i boleśnie obudziłam się przed czwartą. Roztrzęsiona do granic możliwości. Wyszłam zapalić na ganek. Pies sąsiadów patrolował nieogrodzony teren swoich właścicieli, biegając wzdłuż drogi przez śnieżną zadymę. Wiatr hulał po polach, wiejąc od strony lasu. Zaciągałam się nerwowo, trzymając papierosa trzęsącą się ręką. Ale to nie mróz wstrząsał moim ciałem, a emocje.

Śniło mi się, że mama była w krańcowym stadium choroby nowotworowej. Umierała.
Razem z ciocią jechałyśmy do szpitala, by ją odwiedzić. Kiedy dojechałyśmy na miejsce, zadzwonił ojciec. Powiedział, że mama leży w innym szpitalu. Po chwilowej konsternacji, ciocia ruszyła do właściwej placówki. Postanowiła dostać się tam na skróty, jadąc przez ogrodzony park i nie mogąc znaleźć wyjazdu. W końcu jednak znalazłyśmy się niedaleko celu i wtedy ciocia gwałtownie zahamowała. Szpital majaczył za jakimiś budynkami, jakieś pięćset metrów dalej. Spytałam, co się stało. Odpowiedziała, że nie da rady pójść do mamy. Że emocjonalnie ją to przerasta. Zapadła cisza. Trawiłam tę informację, dojrzewając do decyzji, którą podjęłam chwilę później.
– Nie musisz ze mną iść. Pójdę sama – powiedziałam przez zaciśnięte gardło, nie do końca będąc przekonaną do tego pomysłu.
Ciocia szybko wycofała się ze swojej decyzji. Ale ja ją przytuliłam i niemal wbrew sobie odpowiedziałam, że naprawdę mogę pójść sama, że to nie problem. Widziałam, jak jej ulżyło. Poinformowała mnie, do której sali mam się udać i ruszyłam.
Szpital okazał się ogromnym gmaszyskiem z dziesiątkami korytarzy odchodzącymi w każdą stronę i przez które przemykali zagubieni ludzie, próbujący odnaleźć się w tej gmatwaninie. Szłam szybko, rozglądając się po podwieszonych pod sufitem tabliczkach na skrzyżowaniach korytarzy. Nigdzie nie było informacji, która powiedziałaby mi, w którą stronę mam iść. Skrzydła budynku wydawały się być rozrzucone chaotycznie, na dodatek przedostawanie się wgłąb labiryntu wiązało się z pokonywaniem niezliczonej ilości schodów, prowadzących to w górę, to w dół, nie mając żadnego logicznego sensu.
Zaburzone linie czasowe marzeń sennych sprawiły, że znów byłam z ciocią, całkowicie rozbita. Przed oczami miałam obraz mamy – bez włosów, bladej, całkowicie zniszczonej, podłączonej do kroplówki i umierającej. Jeszcze udawało mi się powstrzymywać łzy, choć w środku byłam całkowicie rozwalona. Mocno wtuliłam się w ciocię i, kompletnie się załamując i rozklejając, wyszeptałam jej do ucha, że mam złe przeczucia. Spojrzała na mnie pytająco.
– Mam przeczucie, że… – urwałam przez całkowicie zaciśnięte gardło. – Że mama jeszcze żyje tylko dlatego, że na mnie czeka… Że chce się ze mną pożegnać.
Tak strasznie się bałam, że kiedy ją odwiedzę, nic nie będzie jej już trzymać po tej stronie i odejdzie.
– Przecież tak było w przypadku babci – szepnęłam, przypominając przypadek matki mojej mamy. – Przy życiu trzymała ją tylko chęć pożegnania się z rodziną. Pamiętasz? Przyszły do niej jej dzieci. A potem… – urwałam, gwałtownie się budząc i próbując złapać oddech jak wyciągnięta z wody ryba.

Przebudzenie było bardzo bolesne. Natychmiast usiadłam i zapaliłam lampkę nocną, nie chcąc ani sekundy dłużej spędzić w ciemności.

Mimo roztrzęsienia spowodowanego faktem, że koszmar dotyczył tak bliskiej mi osoby, od razu pomyślałam sobie, że ten sen symbolizował koniec terapii.
Wydaje mi się, że umierająca matka to nieuchronnie zbliżające się zakończenie terapii. Motyw cioci, która nie chce iść ze mną i moja decyzja o samodzielnych odwiedzinach, to pożegnanie z terapeutą i ruszenie przed siebie bez niego. A ta gmatwanina korytarzy to po prostu życie z jego wszystkimi zawirowaniami i całą nieprzewidywalnością.

Mój umysł chyba próbuje sobie poradzić z poczuciem opuszczenia przez pana M., fundując mi co i rusz kolejne koszmary. Które jednak, mimo ich bezwzględności zadającej cierpienie, są próbą emocjonalnego poradzenia sobie z rzeczywistością.

Podziel się!

889 – nie porwali mnie kosmici

Po ostatnich niepokojących wpisach na blogu i FB, które pisałam nie będąc sobą i nie do końca te fakty pamiętając, należą Wam się wyjaśnienia. Dlaczego muszę je pisać skoro świt? Dobre pytanie.

Biorąc pod uwagę fakt, że zasnęłam grubo po pierwszej, obudziłam się w środku nocy, bo przed piątą. Cóż, mój organizm wciąż bawi się ze snem w ciuciubabkę. Zapaliłam, załatwiłam potrzeby fizjologiczne i stwierdziłam, że to dobry czas na kawę z mlekiem bez laktozy, które ciocia kupiła nieopatrznie myląc je z jego pełnowartościowym odpowiednikiem.

Ale po kolei.

W środę ból egzystencjalny nasilił się do rozmiarów nie mającego wyobrażenia cierpienia. Nie chciałam, nie potrafiłam już dłużej żyć. Zaplanowałam zakończenie tego wszystkiego, choć to niezbyt w moim stylu. W materii zabijania siebie działam raczej spontanicznie i impulsywnie, i być może właśnie dlatego jeszcze żyję.

Kupiłam pół litra Żubrówki, sok jabłkowy i czekałam na kolejny ranek, gdy Mrówek będzie słodko i twardo spał, po całonocnym maratonie grania na konsoli.
Gdy się obudziłam w czwartek z samiutkiego rana, od razu zaczęłam pić. Zaplanowałam połknięcie garści tabletek, upicie się i, klasycznie po mojemu, powieszenie. W głowie już szumiało, a klamka wciąż była pusta, więc poszłam do sypialni i po dłuższej chwili poszukiwań, wygrzebałam rzemienną skakankę, z czasów świetności mojej figury i kondycji. Nożem do tapet odcięłam drewniane rączki i zaczęłam walczyć z zawiązaniem odpowiedniego supła. Irytowałam się, bo każda próba kończyła się fiaskiem. Nie mogłam zrozumieć, jak ktoś z moim doświadczeniem w tej materii może zwyczajnie nie pamiętać, jak wiąże się pętlę.
Kiedy skończyłam walczyć z rzemieniem, omotałam go kilka razy wokół klamki, upewniając się, że się nie zsunie i tym podobne sprawy.
Kiedy w piątek terapeuta pytał, czy zakładałam pętlę na szyję, musiałam przytaknąć. Tak, wypróbowałam ją.
– Ale to nie była próba samobójcza! – Zastrzegłam od razu, uprzedzając jego pytanie. – Właśnie… właśnie wtedy do mnie dotarło… że nie mogę tego zrobić…. nie mogę tego zrobić Mrówkowi i pozostałym bliskim… – dukałam, płacząc, że nie chcę zabierać ojca z sobą.
To w ogóle była okropnie trudna sesja. Obraz zza szkieł okularów przeciwsłonecznych, kaptur naciągnięty niemal na oczy i chustka pełniąca rolę maseczki na brodzie tworzyły swego rodzaju schron, skutecznie oddzielając mnie od świata zewnętrznego. Przynajmniej w moim odczuciu. Łzy jeszcze przed zaproszeniem przez pana M. do gabinetu, zajęcie miejsca na skraju fotelu, jakby w gotowości do ucieczki. Przyspieszony oddech.
– Trudno jest pani mówić? – Terapeuta, po dłuższej chwili od rozpoczęcia sesji, przerwał ciszę pytaniem retorycznym, które właściwie brzmiało bardziej jak stwierdzenie. Tylko pokiwałam głową, próbując siłą woli osłabić siłę zaciśnięcia gardła.

Ale wracając do głównego tematu…

Kiedy już przetestowałam swoją pętlę z rzemiennej skakanki, doszłam do wniosków z poprzedniego wpisu oraz zadecydowałam, że zabić się nie mogę, bo oprócz bycia samobójczynią stałabym się też pośrednio morderczynią, poczułam tak wielką senność, że wprost musiałam się na chwilkę położyć. Zdrzemnąć pół godzinki. Wciąż było wcześnie, więc bez obaw, że Mrówek się obudzi, położyłam się na kanapie i zapadłam w głęboki sen. Chyba nie muszę dodawać, że spałam zbyt długo, Mrówek zdążył wstać…
– I zobaczył tę pętlę? – Pan M. domyślił się bezbłędnie, więc znów przytaknęłam ruchem głowy.
Otwierając oczy, szybko uświadomiłam sobie sytuację. Naprędce odwiązałam rzemień z klamki i, naiwnie wierząc, że partner niczego nie zauważył, poszłam spać do sypialni.
Obudziły mnie ostre słowa Mrówka:
– Masz gości.
Wtedy jeszcze do mnie nie do końca docierała powaga sytuacji.
– Zobaczył na stoliku puste, kartonowe pudełko po tym nowym antydepresancie – relacjonowałam terapeucie wydarzenia z poprzedniego dnia. – Chyba pomyślał, że połknęłam wszystkie tabletki, bo nie zauważył, że na półce stoi pełen słoiczek.
– Widział pętlę i wystraszył się, że podjęła pani próbę samobójczą, przedawkowując leki… – pan M. doskonale rozumiał, co działo się u mnie w domu niecałą dobę wcześniej.
– Właśnie…

No i zaczęło się. Rozmowy, płacze, tłumaczenia. Ale Mrówek był nieugięty: nie będzie brał odpowiedzialności i nie zamierza znaleźć w mieszkaniu trupa.
Wbrew mojej woli, acz nie siłą, zostałam zaprowadzona do samochodu i przywieziona tu, na wieś, do rodziców i cioci.

Mrówek uparł się, że mam iść do szpitala. Ciocia, spełniając jego wymóg, nawet dzwoniła do psychiatryka z zapytaniem o możliwość przyjęcia mnie. Wyjaśniwszy o co chodzi i kogo sprawa dotyczy, dowiedziała się, że w tej sprawie należy zadzwonić do lekarza dyżurnego, który zadecyduje, czy hospitalizacja jest konieczna. Uparłam się, że nigdzie nie pójdę. Nie i już. Dlatego nie dzwoniła do dyżurnego i nie zawiozła mnie tam.

Czuję, nie wiem tego na pewno, ale tak czuję, że dam sobie radę sama. Że jeszcze trochę, nowy antydepresant zacznie działać, a ja się jakoś ogarnę. Może muszę tu trochę pobyć, nabrać dystansu, dać Mrówkowi trochę od siebie odpocząć. Choć nigdy nie mogę być pewna na sto procent. Nie siebie.

Także, świecie zza krat – czekaj, nie upominaj się jeszcze o mnie.

Podziel się!

888 – miało mnie już nie być

Specjaliści mają mnide gdzieś. Przyjaciele mają mnie gdzieś. Jestem pierdolony zerem, śmieciem.

Był plan. Tabletki, pół litra, rzemienna skakanka.

Tylko, po jaki chuj, ojciec nagle stał się czuły i zainteresowany?! Wiem, że zabrałabym go ze sobą, a tego bym nie wytrzymała.

Robiłam test. Rzemienna skakanka. Dziwnym trafem okazało się, że klamki w poniemieskiej kamienicy były o wiele wyżej. Te są prawie bezużyteczne. Oddech bez zmian, jedynie mniejszy dopływ krwi do mózgu przez zaciśnięcie tętnic. Jestem tak zozczarowana.

Choć nie mogłabym, nie potrafiłabym zabrać taty ze sobą.

Szpital? Mówicie, krzyczycie szpital. I co to da? Zanmkna mnie w sali z klamka. Będę leżeć 22h/dobe gapiąc się na nią i zastanawiając, w którym momencie się na niej powiesić.

Dla Ciebie znów to będzie cykr, odpierdalanie i kolejny powód do odejścia. Rób co chcesz – mnie i tak już nie ma.

Podziel się!