831 – dwa słowa do hejtera

Nie mam siły żyć pod naporem takiego hejtu. Coraz więcej osób chce mnie zdeptać jak obrzydliwego robaka. Właśnie tym dla Was jestem?

Nie rozumiecie, że moje, nazywane przez Szmiry (książki autobiograficzne) nie leżą już w kręgu moich pisarskich zainteresowań? Owszem, napisałam je 4. Ale to byłoby na tyle. Od dawna już zajmuję się beletrystyką. Wydalam jeden thriller, a 3 kolejne czekają na wydanie. Do tego zaczęłam pisać piąty dreszczowoec.

Moim celem jest jak najszybsze wyleczenie się i zamknięcie tego rozdziału za sobą. Niestety, ostatnie wydarzenia sprawiły, że wystąpił u mnie regres. Także dzięki Wam, kochani hejterzy.

Skoro nie lubicie moich książek i wpisów, nie czytajcie ich. Szkoda waszych nerwów i czasu. Ja i tak stąd nie zniknę.

Życzę Wam wszystkiego, co najlepsze. Widać, jak bardzo jesteście zagubieni, zakompleksieni i macie niską samoocenę. Żal mi Was. Naprawdę.

Podziel się!

822 – przeczucie

Nie wiem… mam dziwne przeczucie graniczące z pewnością, że nie zostało mi wiele życia. Resztki swojego czasu na tym padole łez marnuję na pogoń za mamoną, którą się zawsze brzydziłam. Żeby kupić to, żeby było stać na tamto. Tak, jakby rzeczy materialne miały jakieś znaczenie.

Wolałabym poświęcić tę resztkę czasu na to, co jest naprawdę ważne i wartościowe – Sztukę. Zapisać swoich myśli i meandrów wyobraźni jak najwięcej się da. Pozostawić po sobie coś, co uważam za najcenniejsze – życie wewnętrzne wraz ze wszystkimi myślami, wspomnieniami, wyobrażeniami czy marzeniami. Wraz z rodzącymi się wiecznie obrazami przeżyć bohaterów. Wymyślonych przecież, a tak żywych, tak moich, zrodzonych z kooperacji mojej świadomości i podświadomości.

Na mnie linia mojej rodziny się kończy. Nie będę miała dzieci, więc ta gałąź drzewa genealogicznego uschnie wraz z moją śmiercią. Nie będzie potomków, którzy mogliby sięgnąć po moje utwory. Ale może kiedyś… kiedyś ktoś je odkurzy. Odkryje dla świata. I dzięki temu da im oraz mnie nowe życie.

Podziel się!

818 – jak trwoga, to do bloga

Tak to już ze mną jest. Potrafię tu milczeć dłuższy czas. Ale gdy coś się dzieje… Pierwsza myśl: napisać na blogu.

Co tu będę dużo mówić. Jest źle. Bardzo źle. Przespałam prawie cały dzień, a każda pobudka sprawiała, że jeszcze bardziej nie chciało mi się żyć.

Obudziłam się w parszywym nastroju i z każdą godziną było coraz gorzej. Lorazepam pomógł mi się uspokoić, ale nie poradził sobie z nasilającymi się myślami samobójczymi i autoagresywnymi.

Dla własnego bezpieczeństwa i ciągłości skóry, od dłuższego już czasu nie mam w domu żadnych żyletek. Ale klamek z mieszkania się przecież nie pozbędę…

Pierwszy raz od dawna płakałam. Ze łzami zasnęłam. I z nadzieją, że będzie to sen wieczny. Jakież było moje rozczarowanie, gdy otworzyłam oczy, a świat nadal istniał.

Nie mam siły pracować ani pisać czy przepisywać to, co mam z zeszycie.

Wydawnictwo, które było wstępnie zainteresowane wydaniem „Dwóch sów”, po ponad miesiącu ostatecznie się rozmyśliło.

Znów nie potrafię w niczym znaleźć sensu. nawet w moim ukochanym pisaniu. Po co, skoro i tak nikt tego nie wyda? Pisanie dla siebie, czy, jak to się ładnie określa, do szuflady, jest nie dla mnie. Nie satysfakcjonuje mnie to. Wręcz przeciwnie, frustruje i załamuje.

Do poczytania. Kiedyś tam

Podziel się!

812 – kiedy wychodzi z ciebie prawdziwy border

Ech, i cóż ja mam napisać. Narobiłam głupot, Znów. Nie, tym razem nie okaleczyłam swojego ciała, a relacje, które są dla mnie ważne.

Zaczęło się od czwartkowej sesji. Bardzo zabolało mnie to, że pan M. mnie upomniał.
W sobotę napisałam do niego długą wiadomość, w której wyjaśniłam, że przygotowuję się do sesji. Zresztą sami zobaczcie.

Panie M., myślę dużo o ostatniej sesji i Pana pytaniu, co bym chciała w sobie zmienić. Ehh… To nie jest tak, że nie przygotowuję się do sesji. Że przychodzę sobie tak oo i mówię o tym, co mi wpadnie do głowy. Założyłam sobie nawet zeszyt z tematami i przemyśleniami do poruszenia. Ale nie mogę, nie potrafię się przemóc, by wspomnieć o treści tych zapisków. Czuję się w naszej relacji dobrze, bezpiecznie, czuję się akceptowana. Mogłabym rzec nawet, że czuję się jak dziecko przy opiekuńczym rodzicu. Wiem, że nic mi nie grozi a mimo to, nie potrafię się przełamać. Chciałabym Panu tak dużo opowiedzieć. Wpuścić Pana do swojego świata wewnętrznego, żebyśmy wspólnie się mu przyjrzeli. Ale w gabinecie albo wszystko ucieka mi z głowy, albo czuję tak silny lęk, że nie potrafię otworzyć ust, nie mówiąc już o wyartykułowaniu tego, co mam na myśli. Stąd wziął się pomysł na list, który dałam Panu do przeczytania. Myślałam, że jeśli Pan go przeczyta, będę w stanie o tym rozmawiać. Niestety, do końca sesji się nie odezwałam. Już naprawdę nie wiem, co mam zrobić. Tak bardzo pragnę wpuścić Pana do tego mojego świata, dzielić się przemyśleniami, obawami, a jedyne co mi wychodzi, to głupie gadanie o sprawach bieżących albo pisaniu. Boję się, że tego nie da się zmienić… A naprawdę, tak bardzo mi na tym zależy. Bo ja chcę się wyleczyć. Naprawdę.

W poniedziałek nie poszłam na sesję. Terapeuta do mnie dzwonił, ale nie odebrałam. Napisałam mu tylko, że przepraszam, ale nie dałam rady. Pieprzony lęk przed bliskością dał się we znaki. Nie wyobrażałam sobie, że mogę spojrzeć mu w oczy. Cały dzień przepłakałam. Okłamałam szefa, że źle się czuję fizycznie i dlatego nie pracowałam.

Wieczorem napisałam do pana M. kolejną wiadomość.

Panie M., ja chyba wszystko zniszczyłam. Nie wyobrażam sobie, że mogę przyjść w czwartek do gabinetu. Czuję tak silny lęk i wstyd, że mnie to paraliżuje. Dziś cały dzień leżę w łóżku i płaczę, a Lorafen łykam jak cukierki. Nie mam siły. Tak bardzo nie mam siły żyć!

Terapeuta odpisał, że porozmawiamy o tym na sesji, ale następnego dnia rano ją odwołałam, motywując to tym, że nie dam rady. Po wzięciu Lorafenu, półtorej godziny później przyznałam, że nie chcę uciekać i przyjdę.

Drugą relacją, którą wystawiłam na próbę, była ta z psychiatrą. W niedzielę zasypałam go wiadomościami.

Nie dam rady iść jutro na sesję. Chyba wszystko zjebałam i to koniec.

Wróciły mi myśli samobójcze. Ale to chyba nie przez zmianę leków, a przez to, co dzieje się w moim życiu. Znów chcę rzucić terapię, z Mrówkiem się kłócimy, żadne wydawnictwo się nie odzywa… straciłam wiarę w sens pisania. Czy moglibyśmy pogadać kilka minut, jak znajdzie Pan czas?

Podjęłam decyzję. Kończę z terapią. I tak mi ona nic nie daje. W dupie mam już to wszystko. Jakby Pan znalazł chwilę wolnego i nie miał mnie dość, moglibyśmy chwilę pogadać? Zastanowić się, co dalej? Same leki? Czy szukać innej terapii?

W poniedziałek przed południem napisałam mu, że nie dałam rady iść na sesję.

Zadzwonił przed szesnastą, ale połączenie trwało tylko czterdzieści sekund, przez jego problemy z zasięgiem.

Punkt szesnasta, wysłałam w SMS-ie to, co napisałam do pana M. Po czym, w tej samej minucie wysłałam jeszcze dwie wiadomości.

I po prostu jest we mnie tyle wstydu i strachu,  że nie potrafiłam pójść.

Nie wyobrażam sobie, że mogłabym mu spojrzeć w oczy.

Potem były kolejne SMS-y.

Ja po prostu czuję, że to koniec. Koniec wszystkiego. Leżę i płaczę, choć nawet na to nie mam siły. Chciałabym zniknąć. Raz na zawsze.

Leżę w łóżku i płaczę. Szefa okłamałam, że źle się czuję fizycznie. Nie jestem w stanie pracować, myśleć, czytać, pisać. Tylko płacz mi wychodzi. Nie mam już siły, Doktorze.

Szkoda, że nie mogliśmy porozmawiać przez głupi zasięg. Tak bardzo potrzebuję z kimś porozmawiać, a do terapeuty nie mogę zadzwonić. Ja chyba zwariuję.

Kilka minut po dwudziestej pan T. ponownie zadzwonił. Rozmawialiśmy prawie dziesięć minut. Doktor starał się mnie uspokoić, ale znów ten cholerny zasięg…

We wtorek rano podziękowałam mu za te kilka minut rozmowy. Dzięki temu poczułam, że nie jestem sama.

Jest mi wstyd. Tak okropnie źle i wstyd. Zachowywałam się, jakbym była niespełna rozumu. Głupia idiotka…

Podziel się!

808 – przeniesienie

Fakt, że pan M. na ostatniej sesji nie odniósł się do mojej obawy, że straci do mnie cierpliwość, spowodował, że pojawił się silny lęk przed opuszczeniem. W reakcji na niego znów chciałam zrezygnować z terapii. Nie chciałam więcej do niego iść. Nie wyobrażałam sobie, że mogłabym usiąść w gabinecie i mówić lub choćby spojrzeć na niego. Włączył mi się przymus ucieczki.

Dziwnym trafem, lęk zniknął całkowicie, gdy pogodziłam się z Mrówkiem, z którym byłam bardzo pokłócona. Zaczęłam się nad tym zastanawiać i doszłam do wniosku, że miało tu miejsce przeniesienie. Bałam się, że opuści mnie Mrówek i przeniosłam te obawy na terapeutę.

Pamiętam, że była już taka sytuacja. Śniło mi się, że usłyszałam jak terapeuta mówi do swojego superwizora, że sobie ze mną nie radzi. Gdy opowiedziałam ten sen panu M., wyraził swoje przypuszczenie, że to przeniesienie obaw związanych z Mrówkiem.

Rzadko mi się to zdarza – przeniesienie. Tak mi się wydaje. A może go nie zauważam?

Tak na marginesie, nie mam w domu żadnej żyletki. Z satysfakcją wypieprzyłam wszystkie.

Podziel się!