887

Mam swój dół, pierdolę odpowiedzi na maile,
Nie chcę odwiedzin, chyba że masz dla mnie lek na receptę.
Biorę te, które mam, ale zdają się lecieć w próżnię

ILE TRZEBA TEGO ZEŻREĆ, ŻEBY NIE CHCIEĆ UMRZEC?!

„Hipotermia”, Zeus

Podziel się!

885 – terapia borderline: roztopy

Można by pomyśleć, że dziś we mnie nastąpiły roztopy. Jak zaczęłam płakać dwie godziny przed spotkaniem z terapeutą, przepłakałam caluteńką sesję i skończyłam dopiero w domu, gdy wyczerpana, zasnęłam.

Od trzech dni biorę bupropion. Dwie ostatnie noce nieprzespane. Pierwszej udało mi się przedrzemać może trzy godziny. Dzisiejsza to był prawdziwy dramat. Mało tego, że w sumie oko zmrużyło mi się w sumie może na dwie godziny, to jeszcze dręczyły mnie okropne, realistyczne i drastyczne koszmary dotyczące moich bliskich. Nie wchodząc w szczegóły, bo na samą myśl o nich znów czuję się roztrzęsiona, w jednym z nich na ciocię spadł słup wysokiego napięcia. Jeden z elementów konstrukcji wbił jej się w głowę. Wszędzie krew, mózg na wierzchu i ona – jeszcze niewiedząca, że zostały jej sekundy, może minuty życia.
W drugim Mrówek podciął sobie żyły, krew lała się jak z kranu, a ja nie mogłam niczym zatamować krwawienia. Nie potrafiłam też znaleźć telefonu, by wezwać pomoc. Kiedy się obudziłam, przed dobrą chwilę byłam całkowicie sparaliżowana, nie mogąc się poruszyć.

A co spowodowało płacz?
Rozpadłam się dziś na tysiąc kawałków. Jednocześnie pełno konfliktów wewnętrznych, jak:
– pragnienie bliskości – lęk przed nią,
– jestem wartościowa – jestem zerem,
– kocham – nienawidzę,
– nie potrafię okazywać uczuć – składam się tylko z nich,
– poczucie pokrzywdzenia – poczucie winy,
– chcę tylko dawać – chcę tylko brać,
– pragnienie braku cierpienia – nieumiejętność życia bez cierpienia,
– nadzieja na lepsze jutro – brak wiary w lepszą przyszłość,

Kryzys tożsamościowy.
Znów nie mam pojęcia kim jestem. W mojej głowie krążą triady:
– pragnę żyć – pragnę umrzeć – boję się, że się zabiję,
– jestem dobrym człowiekiem – jestem bez znaczenia – jestem bardzo złym człowiekiem,
– nienawidzę ludzi – boję się ich – coś mnie do nich ciągnie.

————– EDIT
Do tego brak akceptacji cielesności, seksualności, własnej płci, mizoginia, a nawet mizantropia. Brak akceptacji terminowości życia. I życia jako bytu o najwyższej wartości dla większości. Samobójstwa dookoła, które kłują mnie, że to nie ja. A jednocześnie ta naiwna miłość do życia. Płacz, pustka, ból, cierpienie, nienawiść, żal, poczucie winy.

————– EDIT

Ten chaos w mojej głowie. Ta przerażająca niepewność, co do tego, kim jestem i czego chcę. Mieszający w zdrowym rozsądku ból wewnętrzny. Ziejąca lodowatym chłodem i wszystko unicestwiająca pustka. A to tego dojmujące poczucie osamotnienia w taj walce. Mimo Mrówka, mimo bliskich, mimo terapeuty. I choć mam wrażenie, że tylko ten ostatni próbuje mnie zrozumieć i jest częściowo w stanie to zrobić, nic nie osłabia tej lodowatej, przerażającej samotności. Samotności w cierpieniu. Osamotnieniu w walce. Z samą sobą.

Podziel się!

880 – psychiatra

Widziałam się z psychiatrą. Kaputur na głowie, włosy na twarzy, na oczach okulary przeciwsłoneczne. Płakałam. Płakałam, że nie chcę dłużej żyć.

Chciał mnie zamknąć w szpitalu, ale zdecydowanie się nie zgodziłam. Usłyszałam, że to minie, jak zawsze. Jak każdy epizod depresji, także ten, który przechodzę teraz.

Skończyło się na nowym antydepresancie. Nie było go w żadnej aptece ani hurtowni. Cóż… Może i lepiej? Nie wolno go brać z sertraliną. A chciałam wziąć całą paczkę wraz z czterema paczkami sertraliny. Śmierć? Raczej pewna. Z konwulsjami i powolnym zdychaniem w męczarniach.

Trwam w oczekiwaniu na impuls, który raz na zawsze uwolni mnie z tak zwanego życia.

Podziel się!

878 – terapia borderline: burza po diagnozie

Na wczorajszej sesji się otworzyłam. Zadałam dwa pytania, z którymi nosiłam się bardzo długo.

Powiedziałam panu M., że zamierzam napisać czwartą część Młodego boga, wspomnienia z obecnej terapii. Zapytałam, czy ma coś przeciwko. Zaprzeczył.
– A czy pani miałaby coś przeciwko, żebym opowiadał o pani studentom na seminariach?
Zaprzeczyłam głową. Dlaczego miałabym się nie zgodzić?
Także z książką mamy dill. Ja piszę powieść, pan M. opowiada o mnie studentom.

Sprawy się bardzo skomplikowały, kiedy po kilku latach w końcu odważyłam się zadać pytanie o diagnozę. Przypomnę, że diagnozę borderline otrzymałam w 2014 roku, po blisko sześciu tygodniach pobytu na oddziale zamkniętym psychiatryka. Przyniosła mi ona ulgę, bo w końcu miałam czarno na białym, że te wszystkie problemy nie wynikają z mojego złego charakteru czy złej woli. Że jestem po prostu zaburzona i na niektóre swoje reakcje nie mam wpływu.
To właśnie z diagnozą pogranicznego zaburzenia osobowości zgłosiłam się do pana M. Nigdy jej nie kwestionował. Wraz z upływem czasu zapragnęłam dowiedzieć się, jaką diagnozę wystawiłby mi on. Mijały lata, a dla mnie było to pytanie nie do zadania. Aż do wczoraj. Jednak nie to spodziewałam się usłyszeć.
Pan M. zaczął mówić o chwiejności emocjonalnej z dużymi pokładami agresji. A u mnie w głowie natychmiastowa burza. Co tam burza! Nawałnica!

Po powrocie do domu, płakałam. Nie potrafiłam się otrząsnąć. Jakby ktoś odarł mnie z czegoś dla mnie ważnego.
Tak sobie myślę, że terapeuta dotknął czułego punktu. Takiego schowanego gdzieś głęboko. Dotarł do wepchniętych, zepchniętych w podświadomość bolesnych emocji. Stąd planowanie pokaleczenia ciała, gdy Mrówek pójdzie spać. Stąd również zaplanowanie powieszenia się, gdy wstanę rano, a mój partner będzie słodko spał.
Nie mogłam, nie chciałam dłużej wytrzymywać tego ogromnego cierpienia. W jednej chwili w swoich oczach stałam się oszustką i złym człowiekiem. Czując tak silny przymus zniszczenia czegoś dobrego, wypaliłam dwie tradycyjne fajki, choć od trzech tygodni nie miałam ich w ustach.

Minęła noc. Obudziłam się w neutralnym nastroju. Już nie chcę się ciąć ani zabijać. Choć wciąż łzy cisną mi się do oczu. Jednak najistotniejsza teraz jest dla mnie rozmowa z panem M. Chcę zrozumieć jego punkt widzenia i porozmawiać o tym, co się ze mną działo.

Podziel się!

873 – odwilż

W moim umyśle odwilż. Nastrój odtajał i nie wieje już tak bardzo chłodem.

Od tygodnia nie jestem na wortioksetynie, za to od czterech dni znów biorę sertralinę. Sen wrócił mi do normy, ponownie wstaję wcześnie, nie przysypiam. Znów mi się chce!

Muszę się pochwalić. Dziś jedenasty dzień, jak nie miałam fajki w ustach. Nie, nie zrezygnowałam zupełnie z palenia. Przerzuciłam się na IQOS’a.

Od maja schudłam dwanaście kilogramów. Wciąż długa droga przede mną, ale jest już o wiele lepiej niż było.

Nastrój też jakby lepszy. Chyba dzięki temu, że mam więcej siły. Pracuję, czytam, trochę piszę. Choć łapię się na tym, że dopada mnie bezsens i rezygnacja. Jest wszystko w porządku, czuję się dobrze i nagle jeb! Łzy prawie stają mi w oczach i wszystkiego się odechciewa. Walczę z tym. Tłumaczę sobie, że nie ma powodu do złego samopoczucia. Że to na pewno emocje, które dotyczą przeszłości. Pozwalam zalać się ich fali, po czym obserwuję, jak odpływają.

Gdzieś przeczytałam, że wypieranie emocji jest jak zbudowanie tamy na plaży. Stawia się ją w nadziei, że fala się nie przedrze. Jednak woda uderza o przeszkodę i przelewa się górą. Normalnie zalałaby plażę i zaraz potem odpłynęła. Tama jednak powoduje, że się zatrzymuje i nie może się cofnąć do morza. Coś w tym jest.

Podziel się!