834 – przememłane emocje lub ukrzyżowanie terapeuty

No, dobra.

Dziś odniosłam mały sukces. Pierwszy dzień od półtora tygodnia nie ryczałam. Od zeszłego poniedziałku było to jedyne zajęcie (oprócz spania), któremu poświęcałam zdecydowaną większość dnia. Ale nie, to nie tak, że przetrawiłam emocje. Przez dziesięć dni je memłałam, żeby w końcu przegryźć i przełknąć. Dopiero teraz zaczyna się etap trawienia.

Jestem dużo spokojniejsza. Na tyle, że również pierwszy dzień nie wzięłam Lorafenu. A ostatnimi czasy leciałam na maksymalnej dawce albo i powyżej (przepraszam, Doktorze).

Wczoraj po dwudziestej drugiej zadzwonił pan T. w odpowiedzi na moje wiadomości. Biedny pracoholik dopiero wrócił z pracy i właśnie wychodził z psem na spacer, więc nie rozmawialiśmy długo. Chciał się dowiedzieć, jak się czuję i, zapewne, wybadać, czy moje doniesienia o stanie zbliżającym się do tego sprzed hospitalizacji w lutym rzeczywiście mają rację bytu. Po usłyszeniu, że wybrałam się na sesję pod wpływem alkoholu, zażartował, że jednak sprawdzi się jego scenariusz (o którym pisał mi niedawno) i niedługo ukrzyżuję terapeutę.
– Może tak być – bąknęłam pod nosem, nieskora do żartów.
Ku jego uciesze, nie chciałam zmieniać leków z obawy, że może to przynieść więcej szkody niż pożytku. Gdyby sytuacja nie została opanowana, mam wpaść do niego za tydzień i pogadać.

Wciąż jestem senna i ogromnie kusi mnie ucieczka w sen, ale dziś już pracowałam nieco dłużej, choć robiąc przerwy co jakąś godzinę, półtorej.

Cały czas myślę o propozycji czy też sugestii pana M. o wyznaczeniu daty zakończenia terapii. Powoli zaczyna się we mnie rodzić myśl: cholera, a może on rzeczywiście ma rację? Może jestem już na to gotowa? Niesamowite, co? Przynajmniej nie odrzucam tego tak kategorycznie jak wcześniej. Myślę, że będziemy jeszcze o tym rozmawiać na sesji.

Zareagowałam bardzo gwałtownie. To była wielka nadreakcja, zupełnie nieadekwatna do sytuacji, a proces dochodzenia do siebie trwał niezwykle długo. Wiem. Nie zamierzam się jednak biczować. Po prostu wstanę, otrzepię się, wyciągnę wnioski i pójdę dalej.

Podziel się!

831 – dwa słowa do hejtera

Nie mam siły żyć pod naporem takiego hejtu. Coraz więcej osób chce mnie zdeptać jak obrzydliwego robaka. Właśnie tym dla Was jestem?

Nie rozumiecie, że moje, nazywane przez Szmiry (książki autobiograficzne) nie leżą już w kręgu moich pisarskich zainteresowań? Owszem, napisałam je 4. Ale to byłoby na tyle. Od dawna już zajmuję się beletrystyką. Wydalam jeden thriller, a 3 kolejne czekają na wydanie. Do tego zaczęłam pisać piąty dreszczowoec.

Moim celem jest jak najszybsze wyleczenie się i zamknięcie tego rozdziału za sobą. Niestety, ostatnie wydarzenia sprawiły, że wystąpił u mnie regres. Także dzięki Wam, kochani hejterzy.

Skoro nie lubicie moich książek i wpisów, nie czytajcie ich. Szkoda waszych nerwów i czasu. Ja i tak stąd nie zniknę.

Życzę Wam wszystkiego, co najlepsze. Widać, jak bardzo jesteście zagubieni, zakompleksieni i macie niską samoocenę. Żal mi Was. Naprawdę.

Podziel się!

822 – przeczucie

Nie wiem… mam dziwne przeczucie graniczące z pewnością, że nie zostało mi wiele życia. Resztki swojego czasu na tym padole łez marnuję na pogoń za mamoną, którą się zawsze brzydziłam. Żeby kupić to, żeby było stać na tamto. Tak, jakby rzeczy materialne miały jakieś znaczenie.

Wolałabym poświęcić tę resztkę czasu na to, co jest naprawdę ważne i wartościowe – Sztukę. Zapisać swoich myśli i meandrów wyobraźni jak najwięcej się da. Pozostawić po sobie coś, co uważam za najcenniejsze – życie wewnętrzne wraz ze wszystkimi myślami, wspomnieniami, wyobrażeniami czy marzeniami. Wraz z rodzącymi się wiecznie obrazami przeżyć bohaterów. Wymyślonych przecież, a tak żywych, tak moich, zrodzonych z kooperacji mojej świadomości i podświadomości.

Na mnie linia mojej rodziny się kończy. Nie będę miała dzieci, więc ta gałąź drzewa genealogicznego uschnie wraz z moją śmiercią. Nie będzie potomków, którzy mogliby sięgnąć po moje utwory. Ale może kiedyś… kiedyś ktoś je odkurzy. Odkryje dla świata. I dzięki temu da im oraz mnie nowe życie.

Podziel się!

818 – jak trwoga, to do bloga

Tak to już ze mną jest. Potrafię tu milczeć dłuższy czas. Ale gdy coś się dzieje… Pierwsza myśl: napisać na blogu.

Co tu będę dużo mówić. Jest źle. Bardzo źle. Przespałam prawie cały dzień, a każda pobudka sprawiała, że jeszcze bardziej nie chciało mi się żyć.

Obudziłam się w parszywym nastroju i z każdą godziną było coraz gorzej. Lorazepam pomógł mi się uspokoić, ale nie poradził sobie z nasilającymi się myślami samobójczymi i autoagresywnymi.

Dla własnego bezpieczeństwa i ciągłości skóry, od dłuższego już czasu nie mam w domu żadnych żyletek. Ale klamek z mieszkania się przecież nie pozbędę…

Pierwszy raz od dawna płakałam. Ze łzami zasnęłam. I z nadzieją, że będzie to sen wieczny. Jakież było moje rozczarowanie, gdy otworzyłam oczy, a świat nadal istniał.

Nie mam siły pracować ani pisać czy przepisywać to, co mam z zeszycie.

Wydawnictwo, które było wstępnie zainteresowane wydaniem „Dwóch sów”, po ponad miesiącu ostatecznie się rozmyśliło.

Znów nie potrafię w niczym znaleźć sensu. nawet w moim ukochanym pisaniu. Po co, skoro i tak nikt tego nie wyda? Pisanie dla siebie, czy, jak to się ładnie określa, do szuflady, jest nie dla mnie. Nie satysfakcjonuje mnie to. Wręcz przeciwnie, frustruje i załamuje.

Do poczytania. Kiedyś tam

Podziel się!