984 – kolejny kryzys, pierwszy, z którym muszę radzić sobie sama

Naprawdę łudziłam się, że wraz z końcem terapii zakończą się te najcięższe kryzysy. Ostatni miesiąc tylko utwierdzał mnie w tym przekonaniu. Do wczoraj.

Myślałam, że to tylko gorszy dzień. Ale bardzo się myliłam. To kolejny pieprzony kryzys, z którym zostałam całkowicie sama. Nie mam już terapeuty, który pomógłby mi się z tego wygrzebać i dał choć odrobinę poczucia bezpieczeństwa.

Nie mam też psychiatry, bo dr T. ostatecznie zerwał ze mną kontakt i nie chce mnie znać. Nie mam więc lekarza, który może zmieniłby coś w lekach.

Jestem, jak kiedyś, jak w najgorszych czasach, sama jak palec. Nie ma nikogo, kto by przytulił i powiedział „jesteśmy w tym razem”.

Leżę w łóżku i żałośnie płaczę. Nie potrafię się uspokoić. Ten ból jest zbyt silny. Cierpienie wszechogarniające. Nie potrafię znaleźć ani jednego powodu, dla którego miałabym dłużej żyć. Znów fantazjuję o śmierci. W wyobraźni widzę wiszącą nade mną pętlę. Nie mam siły żyć.

Podziel się!

983 – flashback starego życia

Wczorajszy dzień to był jakiś koszmar! Czułam się fatalnie. Nie tylko psychiczne, ale i fizycznie. Nie miałam siły wysiedzieć przed komputerem i pracować. Oprócz tego co chwilę wybuchałam płaczem. To ten ból wewnętrzny, to cierpienie, wyciskały ze mnie łzy. Wzięłam lorazepam. Nieco się uspokoiłam i pracowałam dalej. Ale nadeszła w końcu chwila, że wszystko straciło sens, a ja chciałam tylko uciec w sen. Tak też zrobiłam. Poszłam się położyć do sypialni. Wtedy przyszedł Mrówek i zapytał, czemu nie pracuję, skoro za kilka dni jedziemy na urlop. Odpowiedziałam, że bardzo źle się czuję. A może nie? Może leżałam, wpatrzona w ścianę i się nie odezwałam? Nie pamiętam…

W każdym razie Mrówek się zdenerwował i powiedział, że znowu się zaczyna. Że miesiąc był spokój, a teraz będzie to, co było – leżenie w łóżku, cięcie, ćpanie benzo i zapijanie alkoholem, szpital. Totalnie wyprowadziło mnie to z równowagi. Zaczęłam płakać. Żałośnie zawodzić. No, bo jak to? Przecież czułam się taka pokrzywdzona! Znowu chętnie wślizgnęłam się w rolę niezrozumianej przez nikogo ofiary. I wtedy zaczęło się na dobre. Gdy Mrówek wyszedł z pokoju, poziom złości wzrósł do tego poziomu, że zaczęłam uderzać pięściami w głowę. Chciałam ją rozwalić! Myśli samobójcze pojawiły się nie wiadomo skąd. Myśli tak silne, że gdybym była sama w domu, zapewne bym się powiesiła. Tak okropnie chciało mi się ciąć, że płakałam z tęsknoty za żyletką. Z tęsknoty za terapeutą, bo oczywiście automatycznie pojawiło się we mnie przekonanie, że jestem mała, biedna i nieporadna. Że sama nie dam sobie z tym wszystkim rady. Że potrzebuję pomocy terapeuty. Że muszę wrócić do pana M.

W chwilach, gdy ten atak nieco odpuszczał, próbowałam się sobie przyjrzeć, zrozumieć, co się ze mną dzieje. Skąd się to wzięło i dlaczego było tak silne?

Wzięłam drugie dwa i pół miligrama lorazepamu. Dopiero ta kolejna tabletka sprawiła, że nieco się uspokoiłam. Jeszcze trochę próbowałam pracować, ale mi nie szło. Ostatecznie poszłam spać o jakiejś dwudziestej czy dwudziestej pierwszej. Wstałam o czwartej trzydzieści.

Teraz dochodzi piąta, a ja siedzę przed komputerem z kawą i Yerba mate. Dziś już spokojna, gotowa do pracy, uprzednio chcąc nadgonić z akceptowaniem poprawek korektora.
Wczoraj przeprosiłam Mrówka za swoje zachowanie, pogodziliśmy się, po czym znów zaczęłam robić to samo. Nie powiem, przestraszyłam się. Na myśl, że tak mogłoby być znowu, na stałe, przeraża mnie. Nie chcę przecież ranić i krzywdzić ani bliskich, ani siebie. Skąd więc wziął się ten atak? Ten flashback starego życia?

Ta sytuacja pokazała mi, że wciąż muszę być nieustannie czujna i uważna na to, co się ze mną dzieje. Na pojawiające się we mnie emocje. Bo wystarczy chwila, żeby to całe bagno wróciło. A przecież ono już do mnie pasuje. Już taka nie jestem. Nie chcę taka być.

Podziel się!

982 – malkontenctwo

Chciałabym napisać coś optymistycznego, ale od zakończenia terapii nie miałam tak naprawdę dobrego dnia. Za to na krok nie opuszcza mnie malkontenctwo.

Wczoraj wieczorem szukaliśmy noclegów na nasz krótki urlop w przyszłym tygodniu. Na wszystko kręciłam nosem, choć ostatecznie zarezerwowaliśmy to, co znalazłam. Ale oczywiście nie byłam zadowolona. Spojrzałam na pogodę i, według prognoz, w górach ma padać, mają być burze, ulewy i gradobicia. Zresztą jak w całym kraju. I to był punkt wyjścia do mojej rezygnacji. A może tylko wymówka? Bo już widziałam siebie, idącą górskim szlakiem, moknącą w deszczu i obrywającą kulkami lodu w łeb, nie wspominając o piorunie między oczy.

Wolałabym jechać nad jezioro albo morze. Ale gdybyśmy zdecydowali się na urlop tam, gdzie ja chcę, pewnie też znalazłabym problemy. W górach nie byłam prawie dwadzieścia lat. Na myśl, że mam przejść dziesięć kilometrów w jedną stronę i do tego kilometr w górę, robi mi się słabo. Gdybym miała zrobić taką trasę po płaskim, nie marudziłabym tak, chyba. Oczywiście w mojej głowie widzę siebie zostającą gdzieś na szlaku i nie mogącą iść dalej. Bo przecież przez fajki i jakieś dwadzieścia nadmiarowych kilogramów dostaję zadyszki wchodząc na drugie piętro.

Urlop powinien cieszyć, powinno się na niego czekać. A ja mam zupełnie odwrotnie. Fakt naszego tygodniowego wyjazdu mnie stresuje i wcale nie chcę nigdzie jechać. Próbuję przyjrzeć się sobie i swoim emocjom. Zrozumieć, skąd się to bierze. Nie mogę tego zrzucić na hormony, bo okres już mi się skończył. Więc co? Zwykłe, wrodzone malkontenctwo? Czy jednak kryje się za tym coś więcej?

Wczoraj na Facebooku napisałam, jak bardzo nakręciłam się na studia psychologiczne na SWPS. A dziś nawet to wydaje mi się pozbawione sensu i logiki. No, bo ja? Na studiach? Znów myślę o sobie jako o pozbawionej umiejętności i zdolności nauki introwertyczce z fobią społeczną, wycofanej i niechętnej ludziom. Jak o kimś rezygnującym ze wszystkiego co dobre i zapadającym się w odchłań nicości i destrukcji. Znów mam ochotę posadzić dupsko w miejscu, w którym jestem, załamać ręce i płakać nad tym złym losem, który boleśnie mnie doświadcza. A przecież nic takiego się nie dzieje. Mam pracę, mam pasje, wydaję kolejną książkę, mam plany i marzenia, za kilka dni jadę na urlop. Skąd więc to rezygnacyjne nastawienie?

P.S. Wczoraj miałam drugą dawkę Pfizera, więc jestem już w pełni zaszczepiona. Ręka mnie boli i nie czuję się najlepiej.

Podziel się!

981 – tracę cierpliwość

Wiem, że nie powinnam, ale powoli tracę do siebie cierpliwość. Jestem nieustannie na granicy płaczu. Nie jakiegoś tam uronienia kilku łez, a histerycznego, żałosnego ryczenia. Wciąż jest mi źle. I choć chwilami udaje mi się wykrzesać z siebie nieco optymizmu, zaraz z powrotem pochłania mnie mrok. Tu już nawet nie chodzi o jakieś ogromne cierpienie, a niewygodę istnienia. Ale nie, nie mam zamiaru i nie chcę się zabijać. Nie o to w tym chodzi. Po prostu marzy mi się zostanie śpiącą królewną, zapadnięcie w błogi, bardzo długi sen. By obudzić się, gdy wszystko wróci do normy.

Mrówek wczoraj powiedział mi, że jest mile zaskoczony tym, jaka jestem po zakończeniu terapii. Że nie odpierdalam, nie zapijam leków uspokajających alkoholem, nie tnę się i nie dramatyzuję. Cóż, samą mnie dziwi, że tak dobrze to znoszę.

Za tydzień, jeśli znów coś nie pokrzyżuje nam planów, jedziemy w końcu na kilkudniowy urlop, przekładany przecież od tak dawna. Odwiedziny u dziadków Mrówka, przy okazji góry. Mamy zrobić ponad tysiąc kilometrów. Nie lubię jeździć samochodem. Kiedyś uwielbiałam, ale lata temu zaczęłam się bać i tak już zostało. Nie wiem, jak zdołam wdrapać się na dwa szczyty, biorąc pod uwagę moją kondycję i to, że po wejściu na drugie piętro mam zadyszkę.

Nałożyłam na siebie swego rodzaju obowiązek optymizmu. Wiary w to, że mogę wszystko, jeśli tylko będę chciała. A bardzo chciałabym, namawiana przez lata przez pana M., iść na psychologię kliniczną. Ale wiem, że nie dam rady. Moja poszatkowana pamięć nie przyswaja żadnej wiedzy. Działa tylko w wersji krótkotrwałej. Zapamiętuję coś na chwilę, po czym ulatuje to w odmęty niepamięci. Nie poradzę sobie na studiach, niestety.

Właśnie redaktorka prowadząca przysłała mi tekst „Dwóch słów” po pierwszej korekcie. Normalnie by mnie to ucieszyło i ochoczo zabrałabym się za czytanie. A dziś? Traktuję to jak przykry obowiązek i wielki trud.

Kurwa, kiedy będzie w końcu normalnie?!

Podziel się!

979 – zPogranicza.pl

Ostatnie dni są bardzo intensywne. Pracowałam nad pewnym projektem i w końcu z nim wystartowałam.

Serdecznie zapraszam wszystkich na nowy portal o borderline zPogranicza.pl!

Jest to serwis, w którym będę zamieszczała teksty na temat pogranicznego zaburzenia osobowości (tutaj pierwszy tekst na temat rodzajów diagnozy), materiały dla pacjentów, ich bliskich oraz terapeutów, informacje na temat szkoleń i kursów dla specjalistów oraz treningów dla zaburzonych, a w niedalekiej przyszłości również recenzje książek o tej tematyce.
Codziennie spędzam po kilka godzin na dodawaniu treści, co znacząco wpływa na moją pracę zawodową, ale cóż… jestem tak podjarana i nakręcona, że nie ma zmiłuj, klawiatura aż furczy!
Ostatnio mam tak mało czasu na wszystko, że szkoda mi czasu na sen i śpię po sześć godzin. Dzisiaj przespałam prawie dziewięć i uważam to za ogromne marnotrawstwo.
Piszę również do różnych miejsc, w sprawie współpracy, na przykład przekazywania mi informacji o szkoleniach.

Moja przyjaciółka B. uważa, że dobrze pożytkuję energię, która się we mnie gromadzi po zakończeniu terapii. Też tak myślę. Czuję, że mam jej naprawdę dużo. Rozpiera mnie wręcz, ale z drugiej strony nie jest to napompowane i sztuczne, jak bywało kiedyś. Czuję, że są to po prostu zasoby zdrowych sił, które umożliwiają działanie i bycie aktywną, ale nie nadaktywną.

Z nastrojem bywa różnie. Zdarzają się chwile, a nawet dni, które dalekie są od normy. Choć może raczej, od dobrostanu. Bo przecież smutek czy umiarkowana rezygnacja nie są patologiczne. Czasem trzeba przystanąć i pozwolić sobie na słabość, na pobycie z samym sobą i refleksje.

Podziel się!