942 – ogarniam życie

Próbuję wszystko jakoś ogarnąć, korzystając z tego, że dziś i jutro mam wolne. Dopytałam o kwestię występowania pod pseudonimem w konkursie, do udziału w którym się przymierzam. Przed chwilą dzwoniłam do firmy, żeby umówić się na pomiar okien, które będę wymieniać. Przed wykonaniem telefonu posprawdzałam, kiedy nie mogę, bo mam wizyty u terapeutów. I co zrobiłam? Oczywiście zgodziłam się na zaproponowany termin – jutro przed południem, choć na jedenastą trzydzieści mam sesję. Aż kur… Pozostaje mi mieć nadzieję, że facet przyjedzie na tyle wcześnie, że zdążę to załatwić do jedenastej…

Piszę wspomnienia z terapii. Wczoraj udało mi się dokończyć pierwszą część, czyli pierwszy rok. Jeszcze tylko pięć lat i książka będzie gotowa, hehe. Może do końca roku się wyrobię.

Stresuję się przed dzisiejszymi konsultacjami u pierwszego z terapeutów. Okazało się w ogóle, że ten psychiatra, do którego idę dwudziestego dziewiątego, pracuje w tym samym centrum, co ten dzisiejszy terapeuta, czyli panowie się znają. Ale jestem z nim umówiona w innym miejscu.

Czekam na informację od drugiego terapeuty w sprawie terminu konsultacji. Wiem na razie, że będzie to godzina dwudziesta.

Mam wrażenie, że ogólnie moje życie nabrało tempa. Ostatnio sporo się dzieje, ale ja nie lubię takiego zamieszania. Wolę, jak wszystko jest poukładane i nie jestem uczestniczką rewolucji. A tu remont, zmiana terapeuty, zmiana psychiatry… Boję się, że w pewnym momencie się pogubię. Że tego wszystkiego jest za dużo, tych zmian.

Podziel się!

939 – słowem wyjaśnienia – mizoginia

Czuję, że muszę napisać kilka słów wyjaśnienia do wczorajszych postów. Jak to jest z moją mizoginią?
Ona nie jest chyba u mnie w pełni rozwinięta. To nie tak, że nie cierpię kobiet i mam je za gorsze. Nie lubię kobiet jako ogółu i nie toleruję ich w roli psychiatry/psychoterapeuty, ale tylko w odniesieniu do mnie. Nie mam nic przeciwko kobietom na takich stanowiskach i nie uważam, że nie powinny podejmować się takiej pracy. Jeśli komuś to odpowiada, proszę bardzo. Tu chodzi tylko i wyłącznie o mnie. Nie akceptuję ich w moim procesie leczenia. I tylko w moim.
Moja mizoginia nie przeszkadza mi mieć przyjaciółkę i koleżanki, znajome płci żeńskiej. Więc jeśli jesteś kobietą, nie martw się, nie odrzucę Cię tylko ze względu na Twoją płeć.
Po prostu dla mnie relacja terapeutyczna lub z psychiatrą, to musi być relacja z mężczyzną, inaczej nic z tego nie będzie.

Ot, tyle. Proszę, nie obrażajcie się na mnie za mój stosunek do kobiet jako zbiorowiska. Sama nie akceptuję tego, że jestem kobietą (nie, nie czuję się facetem i nie zamierzam zmieniać płci).

Podziel się!

936 – fazy samopoczucia

Ostatnio mam niezły zapieprz w pracy zarobkowej i zupełnie nie mam czasu dla siebie. Nie mam kiedy pisać ani czytać. Póki co, jeszcze aż tak nie daje mi to w kość, ale obawiam się, że jeśli ten gorący okres będzie się przeciągał, w końcu znów popadnę w poczucie beznadziei. A mam do tego dużą skłonność. Kiedy nie tworzę, zaczyna ogarniać mnie poczucie bezsensu życia. Obecnie jest z tym o tyle gorzej niż w przeszłości, że kiedyś w trudnych stanach emocjonalnych pisałam wiersze. Moja poezja karmiła się cierpieniem i na nim wzrastała. Z prozą jest inaczej – by powstawała, potrzebne jest mi zazwyczaj dobre samopoczucie i energia.
Całe szczęście, że udaje mi się wygospodarować kilkadziesiąt minut, żeby napisać coś na blogu, bo, gdyby nie to, nie wiem, czy już nie popadłabym w rezygnację.

Ale ja dziś nie o tym.

W każdej wolnej chwili, jaką udaje mi się znaleźć – myślę. A mam nad czym. Próbuję rozgryźć mechanizm działania mojego nastroju i mam już pewne wnioski. Otóż, przyglądając się zmianom w samopoczuciu można zauważyć pewien schemat – cztery wyraźne fazy nastroju.

Normalność
Coś na kształt remisji.
W tej fazie jest normalnie, tak zwyczajnie. Nie ma zbyt wysokich wzlotów ani bolesnych upadków. Nastrój jest wyrównany, a myślenie racjonalne. Wtedy funkcjonuję w granicach normy – śpię, jem, pracuję, tworzę, czytam.
Ale to nie może trwać wiecznie. I w końcu znajduję jakiś powód do zmartwienia.
Często wydawało mi się, że kryzys przychodzi znikąd, po prostu uderza jak grom z jasnego nieba. Ale kiedy się nad tym głębiej zastanowić, okazuje się, że jego początkiem jest jakaś myśl.
Może to być totalna pierdoła, która dla normalnego człowieka nie byłaby nawet powodem do zwykłego zmartwienia, a w moim umyśle urasta do rangi problemu nie do rozwiązania. Problemu, który przekreśla dalsze życie. Czasem jest to dewaluacja mojej twórczości lub poczucie odebrania możliwości tworzenia. Innym razem są to pobudki egzystencjalne.
W moim umyśle powstaje zalążek, który zaczyna nakręcać spiralę. Nie potrafię sobie odpuścić. Nieustanne myślenie o tym sprawia, że z każdą godziną wzrasta on jak śniegowa kula. Przy każdym powrocie zataczając coraz szersze kręgi.
I pojawia się on…

Kryzys
Dochodzę do punktu, w którym mam poczucie, że dłużej żyć nie mogę. Samoświadomość staje się bardzo niewygodna i trudna, dlatego zaczynam uciekać w sen. Śpię coraz dłużej i częściej. Spędzam w łóżku każdą wolną chwilę. Zaczynam tracić poczucie panowania nad sobą. W konsekwencji czego, w końcu pojawiają się myśli, a następnie tendencje samobójcze. Wraz z nimi zalewa mnie tak wielka fala cierpienia, że odbiera mi możliwość racjonalnego myślenia. Ból wewnętrzny jest nie do zniesienia i tworzy złudzenie, że nie ma możliwości dalszego życia. Że zawsze było źle i już nigdy nie nastąpi poprawa. Że jedyną nadzieją na przerwanie tego szaleństwa jest śmierć.
Próbuję jeszcze chwytać się ostatniej, w moim mniemaniu, deski ratunku, czyli autoagresji i autodestrukcji. Zaczyna się chlanie, zapijanie benzodiazepin alkoholem, cięcie – wszystko to, co, wydaje mi się, może pomóc złagodzić wewnętrzne cierpienie, a tak naprawdę tylko je podsyca, bo sprawia, że tracę kontrolę nad swoim życiem. Pan M. często nawiązuje do poczucia kontroli i zwraca mi uwagę na to, że w kryzysach najczęściej właśnie o nią chodzi. Bo mam wtedy poczucie, że nad niczym nie panuję. Płynę z prądem beznadziei, zalewana falami bólu, topię się w cierpieniu. To jest nie do wytrzymania. Do tego stopnia, że chcę odebrać sobie życie.
I z jednej strony chcę się zabić, a z drugiej rozpaczliwie szukam możliwości pomocy. Wypisuję desperackie wiadomości do terapeuty i psychiatry, mając nadzieję, że pomogą mi uzyskać stan, choć chwilowej, ulgi.
Jednak wbrew temu, co wtedy myślę, w końcu emocje nieco cichną. Już nie są tak intensywne, jak wcześniej i powoli przechodzę do kolejnej fazy.

Pustka
Intensywność przeżywanych emocji i desperackie zachowania doprowadzają w końcu do poczucia wyczerpania. Jestem tak zmęczona przeżytym kryzysem, że ogarnia mnie całkowita pustka. Nie odczuwam żadnych emocji, a i myśli gdzieś ze mnie ulatują. Nie mam na nic siły. Patrzę przed siebie tępym wzrokiem i pogrążam się w niebycie.
Wtedy wciąż jest ze mną źle, ale już nie tak niebezpiecznie. Bowiem ta pustka pochłania i unicestwia wszystko. Autodestrukcję, a nawet tendencje samobójcze. I znów mam wrażenie, że ta niemoc jest tak rozciągnięta w czasie, iż zawsze trwała i trwać będzie. Wszystko jest mi całkowicie obojętne. Ta apatia i bierność sprawiają, że przestaję myśleć o samobójstwie. Jest we mnie brak chęci poprawy swojego losu, co w kryzysie jest tożsame z radykalnym przerwaniem cierpienia za pomocą śmierci.
Lecz, wbrew moim oczekiwaniom, i ta faza okazuje się mieć swój koniec. A po niej przychodzi…

Wesołkowata górka
Zjawia się znikąd. Jednego dnia nie czuję nic, a następnego już wszystko mnie śmieszy. Nagle wraca siła i nie potrzebuję kilkunastu godzin snu na dobę. Wręcz przeciwnie – śpię po pięć godzin na dobę, zrywam się z łóżka bladym świtem, bo przecież mam tyle do zrobienia! Podejmuję się każdej możliwej aktywności i nie potrafię usiedzieć na miejscu. Energia ze mnie kipi, co sprawia, że szuka ujścia nawet w ciągłym mamrotaniu do siebie. Cokolwiek robię, komentuję to na głos. Co chwilę wybucham śmiechem. Wieczorem nie potrafię nic obejrzeć w spokoju, bo cały czas coś gadam do Mrówka. No i wszystko wydaje mi się zabawne. Mam wrażenie, że mnie rozsadzi od środka. Ogarnia mnie hurraoptymizm, którego nic nie jest w stanie zakłócić, nawet racjonalne przesłanki. Bo wtedy też nie myślę racjonalnie i funkcje poznawcze są zakłócone, tyle że w drugą stronę. Jestem panią swojego losu, mam poczucie kontroli nad wszystkim. Wszystko mogę, jeśli tylko zechcę. Wszystko mnie zachwyca i wzrusza (nawet reklamy).

Oczywiście te fazy niekoniecznie następują po sobie w tej kolejności. Czasem się mieszają, czasem przechodzą jedna w drugą w innym porządku. Z normalności potrafię wpaść w górkę lub z górki wprost w kryzys, ale po kryzysie zawsze następuje pustka.
Generalizując jednak, zazwyczaj mechanizm wygląda właśnie tak, jak opisałam.

Podziel się!

935 – krótka analiza tendencji samobójczych

Tendencje samobójcze nieco wystopowały. „Zabiję się” osłabło do „chciałabym, żeby mnie nie było”. Znów robi się bezpieczniej. Mniej boleśnie, bo tsunami cierpienia stało się zwykłą, spokojną falą.
Tak myślę o tym kryzysie. Skąd się wziął? Co było jego przyczyną? Mam pewne podejrzenia. Jeśli są prawdziwe, to naprawdę nie była żadna tragedia. Ale zaczęłam się gnębić. Wciąż i wciąż tłuc sobie do głowy, że to przekreśla wszystko. Całe moje pisanie, całe życie. I może rzeczywiście, gdyby wyłapać ten schemat już na początku, nie doszłoby do takiej eskalacji negatywnych emocji, bólu i, w konsekwencji, tendencji samobójczych. Ale to tylko przypuszczenia.
Pan M. wczoraj zwrócił na moją uwagę na to, że przetrwałam ten kryzys samodzielnie. Ja jednak nie byłabym taką optymistką. W końcu, jakby nie patrzeć, przeżyłam każdy kryzys, jaki pojawił się w moim trzydziestoczteroletnim życiu.
Trzydziestoczteroletnim… jak to w ogóle brzmi. Nie chcę tych urodzin. Wolałabym pozostać trzydziestotrzylatką. Ale wracając do tematu…
Zastanawiam się, co mnie uratowało tym razem. Co sprawiło, że mimo tak silnych myśli o odebraniu sobie życia, jednak nie związałam pętli i nie założyłam jej na szyję. I dochodzę do wniosku, że to było chyba poczucie obowiązku i lojalności wobec kontrahenta. Codziennie od popołudnia dokąd nie zasnęłam, planowałam, że następnego dnia rano, gdy Mrówek będzie spał, targnę się na swoje życie. Jednak, kiedy się budziłam, włączałam komputer i siadałam do pracy. Miałam wewnętrzny przymus, by to robić. Żeby nie zostawiać byłego szefa z nieskończonym projektem na głowie i dużymi karami umownymi za niedotrzymanie terminów. Choć popołudniu znów byłam już w takim stanie, że myślałam tylko o śmierci.
Jeśli moje obserwacje są trafne, oznaczałoby to, że pojawiło się coś nowego. Coś, co zatrzymało mnie przy życiu po raz pierwszy. A to z kolei byłoby dobrą wiadomością, bo świadczyłoby o tym, że poszerzył się zakres czynników przemawiających za życiem.

Intensywnie myślę o tej terapii behawioralnej. Próbuję przekonać siebie do podjęcia decyzji, co i rusz pisując w wyszukiwarkę „terapia schematów” i nazwę mojego miasta. Bo jeśli już miałabym się zdecydować, to chyba na schematy właśnie. Przemawia za nią nacisk na relację terapeutyczną, która, jak wiecie, jest dla mnie bardzo ważna. Nie wyobrażam sobie, że miałabym się spotykać i pracować z kimś, z kim nie miałabym głębszej więzi. Z kim robiłabym tylko durne ćwiczenia i je omawiała. Nie mieści mi się to w głowie i nie miałby to prawa funkcjonować.

Robi mi się niedobrze na myśl, że za półtora miesiąca znów mam kończyć terapię. Że znów będę przeżywać te wszystkie trudne emocje, które pojawiają się już teraz. Ale próbuję się dystansować. Staram się nie wyobrażać sobie, jak to będzie. Choć z marnym skutkiem.

Podziel się!

933 – radość, wstyd i lęk

Dzisiejszemu spotkaniu towarzyszą z jednej strony ogromne emocje. A spośród nich chyba najgłośniejsze są radość, wstyd i lęk. Z drugiej jednak, całkowita pustka. I zawsze mnie ten fenomen dziwił. Jak to jest? Emocje są tak silne, że umysł je odcina i stąd wrażenie pustki? Czy działa to na takiej zasadzie, jak agresywne pragnienie schrupania albo uduszenia szczeniaczka, bo jest taki słodki (zjawisko czułej agresji)? Gdy widzimy takiego słodziaka, często budzą się z nas mordercze instynkty. Ale to nie dlatego, że jesteśmy źli. To umysł w ten sposób broni się przed nadmiarem pozytywnych emocji i wytacza te przeciwstawne do nich. Żeby, potocznie mówiąc, uniknąć spięcia.

Radość. Chyba oczywista. Zobaczę się z ważnym dla mnie człowiekiem, któremu wiele zawdzięczam. Spotkam się z kimś, czyją nieobecność w swoim życiu traktowałam jak jego śmierć. Bo tak właśnie wciąż przeżywam rozstania. Jak śmierć, nieodwracalne, nieodwołalne wydarzenie, które mnie rozdziela z tym obiektem na zawsze. I powrotu już nie ma.
Wiem, że to niezbyt zgrabne, by porównywać człowieka i psa, ale podobnie było z Fizią. Gdy ciocia zabierała ją po tygodniu, płakałam i przeżywałam to, jakby zdechła. Jakbym nigdy więcej miała jej nie zobaczyć.

Wstyd. Jest we mnie tyle wstydu, że mam ochotę zapaść się pod ziemię. Wstydzę się tego, że uciekłam. Tego, że wracam. Tego, że wysłałam tę długą pożegnalną wiadomość i treści w niej zawartych, bo byłam tam szczera do bólu. W końcu miałam go już nigdy więcej nie spotkać. Wstydzę się swoich emocji. Tego, że mi zależy. Tego, że mi trudno. I mogłabym tak wymieniać w nieskończoność. Co tu dużo mówić, wracam, jak syn marnotrawny.

Lęk. On był zawsze obecny w relacji. Nigdy nie udało się go wyeliminować, choć często jego poziom spadał i pozwał mi na swobodne reakcje, choć nie do końca na spontaniczne mówienie. Jestem przerażona, bo mam wrażenie, jakbym szła na spotkanie z kimś całkowicie obcym. Z kimś, kogo nigdy nie znałam i nawet nie widziałam. Z kimś, czyich zamiarów nie znam i nie wiem, czego mogę się po tym człowieku spodziewać.
Tak bywało, gdy wracałam do gabinetu po przerwach. Na przykład po wyjazdach pana M. Siedziałam usztywniona i nie potrafiłam mówić. Bałam się go. Bałam się, że może zrobić coś, co mnie skrzywdzi, zaboli lub zawstydzi. Cała moja empiryczna wiedza o tym człowieku znikała za zasłoną niepamięci.
Jest również lęk przed nieznanym. Przed tym, że nie wiem, co mnie czeka. Może nie tyle na sesji, co później. Czy będziemy mogli się dalej spotykać? Czy to jednorazowa wizyta? Czy to mi coś da? Czy dobrze robię? Czy będę potrafiła się znów otworzyć? Być szczera na wystarczającym poziomie? Tyle niewiadomych…

I w końcu ta nieszczęsna pustka. Pustka, która pochłania wszystko. Jak czarna dziura, unicestwia i obraca w niebyt – myśli, emocje, motywacje i pragnienia. Jest ze mną lepiej niż w ostatnim czasie. Kryzys, jakby, może nie tyle minął, co chwilowo ucichł. To jak skamienienie z na wpół zawiązaną pętlą w ręce. I nasłuchiwanie. I obserwowanie. Co będzie?

Dziwnie się czuję. Niech już będzie po…

Podziel się!