793 – przenieśli mnie

Udało się. Przenieśli mnie na oddział, na którym byłam dwa razy. To tu pracuje psycholog i ordynator, które znacie z „Psychiatryka”. Podobno dziś mam z nimi rozmawiać.

W nocy spałam trzy godziny. Udało mi się zasnąć koło trzeciej nad ranem, a obudziłam się o szóstej. Wszystko przez okropnie niewygodne łóżko, które całą noc doprowadzało mnie do rozpaczy i kurwicy.

Od szóstej siedzę w świetlicy z drugą już kawą i usiłuję pisać „Obłęd”. Niezła ironia, nie? Pisać thriller psychologiczny pod tym tytułem w psychiatryku.

Wypaliłam kilka fajek. Dziś mija tydzień w zamknięciu. Mrówek mnie jeszcze nie odwiedził. Bardzo żałuję. Tęsknię za nim…

Powiedział mi kilka słów gorzkiej prawdy. Moja pierwsza reakcja? Zabiję się! Jestem beznadziejna, zabiję się! Ale kiedy trochę nad tym pomyślałam, dostrzegłam, że ma sto procent racji. Mimo sześciu lat leczenia wciąż jestem emocjonalnie skrzywdzonym, egocentrycznym dzieckiem, które nie potrafi zadbać o kogoś innego ani o swój związek. To bardzo przykre. Przecież ja go kocham…

Dziś w nocy, leżąc na tym cholernym łóżku w sali obserwacyjnej, patrzyłam na ścianę. Na niej cień ogromnego, neogotyckiego okna. Zaczęłam wspominać. Zrobiło mi się bardzo dziwnie. To właśnie ten cień, ten sam cień, był źródłem moich halucynacji dwanaście lat temu, gdy dostałam Nasen na sen i nie mogłam zasnąć. Cień okna zmienił się w potwory, które wychodziły ze ściany i chciały mnie skrzywdzić. I mówiły, żeby do nich dołączyć. A ja siedziałam na łóżku i, bujajac się w przód i w tył, rozmawiałam z nimi. Byłam na obserwacji po powieszeniu. Czułam, że powinnam była wtedy umrzeć.

A teraz? Mam prawie 33 lata. W moim życiu zmieniło się absolutnie wszystko. Oprócz związku z Mrówkiem. I tych cholernych tendencji samobójczych…

Podziel się!

784 – nie trzeba być geniuszem, żeby to wiedzieć: nadszedł kryzys

Po kilku dniach bez mycia wzięłam dziś w końcu kąpiel. Gorącą. Z pianą zakrywającą usta. Obserwowałam jak rośnie. Jak pęcznieje, niebezpiecznie zbliżając się do krawędzi wanny. I miałam to zupełnie gdzieś. Całkowicie pochłonięta obserwacją lewego nadgarstka i blizn na nim, żałowałam, że go nie rozpłatałam te kilka dni temu.

Oczyma wyobraźni widziałam, jak piana się zaczerwienia. Z początku była to mała plamka, by po chwili rozlała się na całą wannę i wsiąkła w każdy bąbelek owocowej piany.

Twarz umyta. Trochę szamponu niebezpiecznie spłynęło poniżej brwi. Można więc było udawać, że nie płaczę. Że to tylko łzy oczyszczają szczypiące od detergentu oczy.

Zafiksowanie na punkcie rozpłatania łapy. W głowie nieprzerwanie odtwarzany wers piosenki LemON: Nic z tego nie będzie, z tego nic nie będzie.

Jedyne w co wierzę, to upadek mojej twórczości. Zakończenie kariery pisarskiej, która tak naprawdę się jeszcze nie rozpoczęła. Powrót do pisania do szuflady. Nowe słowa nie ujrzą światła dziennego. Przepadło. Wszystko się unicestwiło. Razem ze mną.

Po raz kolejny (który to już?) żyję tylko z rozpędu…

Podziel się!

783 – terapia, psychiatra, list pożegnalny i pijaństwo

Dziś mija równo rok odkąd ostatniej akcji pod kryptonimem „żyletka”. W ciągu osiemnastu lat autoagresji, to pierwsze takie dwanaście miesięcy, kiedy ani razu się nie okaleczylam. Brawo ja? Być może.

Wczoraj w południe sesja z panem M., a potem o czternastej wizyta u pana T. Efekt? Nowy neuroleptyk – amisulpridum pod nazwa handlową Amisan 50mg. Jedna tabletka rano.

Powiedziałam o silnych myślach samobójczych. Oczywiście padła propozycja szpitala lub chociaż L4. Jednak ani na jedno, ani na drugie nie mogę sobie pozwolić. Nikt za mnie ZUSu i innych podatków nie zapłaci. Poza tym w robocie Sajgon.

– Najchetniej bym się najebała.
– To może w takim razie trzeba się najebać?
Nie omieszkałam nie skorzystać z tej propozycji. Po powrocie do domu płacz, Lorafen i chlanie. Efekt? Nie dałam już rady. Napisałam list pożegnalny i zaplanowałam swoje odejście w najdrobniejszych szczegółach. Żyletka już czekała. Dwusetka wódki też. Miałam wstać przed Mrówkiem, jako że on chodzi później spać i wstaje po mnie. Niestety. Zaspałam. Jakież było moje rozczarowanie, że nie z tego nie wyszło.
Dziś ten przeklęty 365. dzień bez żyletki. Żyletki, która jest na wyciągnięcie ręki i krzyczy i woła, że chce zatańczyć na tej nieznośnie ciągłej skórze.

Siedem miesięcy dobrobytu. To musiało się tak skończyć… Musiało.
Podziel się!

781 – a kysz! Paszoł won!

Powoli mija rok, odkąd okaleczyłam się po raz ostatni. Jeśli dobrze pamiętam, 23 stycznia.
– To pani rekord, prawda? – zapytał pan M. na ostatniej sesji.
Tak, to pierwsze dwanaście miesięcy przez osiemnaście lat autoagresji, gdy nie sięgnęłam po żyletkę ani razu. Pewnie zastanawiacie się, czy z upływem czasu jest łatwiej? Rozczaruję Was. Jest trudniej. Coraz trudniej. Może to przez świadomość pierwszej rocznicy? Przewija się przeze mnie chęć, by nie dotrwać. By to zniszczyć. Ależ bym tego żałowała po fakcie…

Wdziera się we mnie mrok. Pazurami rozdziera mnie od środka. I ten przymus by mu się poddać. Popłynąć. I płynąć. Płynąć. Płynąć.
Wiem, znam te mechanizmy. Rozpoznaję je w sobie i swoich zachowaniach. Dawne emocje wracają. I każą znów siąść w swoim bagienku i krzyczeć:
– Ratuj! Uratuj mnie!

Ale nie. Nie tym razem. Nie dam się!

Podziel się!

779 – happy new year 2020!

Na wstępie chciałabym Wam, Kochani Czytelnicy, życzyć wszystkiego najlepszego w 2020 roku! Niech lata 20. będą dla Was okazją do spełniania marzeń. Tylko pamiętajcie, marzenia same się nie spełniają, trzeba samemu o to zadbać.

Dawno nie pisałam. Opowiem trochę, co u mnie.

Byliśmy z Mrówkiem na urlopie we Włoszech prawie dwa tygodnie. Zakochaliśmy się w Sycylii. Na pewno tam wrócimy! Do Polski przywiozłam całą masę pozytywnych wrażeń i, co ważniejsze, inspiracji. Także nowa książka w drodze!

Zostałam zaproszona do napisania artykułu o emocjach, zachowaniach i relacjach społecznych osób cierpiących na borderline, przez Redaktora Naczelnego nowego kwartalnika dla specjalistów ochrony zdrowia psychicznego „Trening umiejętności społecznych”. Także po 13 latach od ukończenia klasy dziennikarskiej dostałam pierwsze wynagrodzenie za artykuł oraz zaproszenie do dalszej współpracy.

Wczoraj, czyli ostatniego dnia 2019 roku udało mi się zakończyć pracę nad Dwoma słowami. Nanosiłam poprawki na wersję elektroniczną, a plik z książką został wysłany do prerecenzentów.

Od dziś, czuli pierwszego dnia 2020 roku, skupiam się na ukształtowaniu zarysu fabuły nowego thrillera psychologicznego o roboczym tytule „Tajemnica Via Carbonara”, inspirowanego, a jakże, naszym Italy tripem.

Jeszcze raz wszystkiego najlepszego! Dajcie o siebie i swoją higienę psychiczną. Do następnego!

Podziel się!