687 – spotkanie

Wczorajszy dzień i wczorajsza krytyka moich książek uświadomiła mi jedno. Chyba jeszcze nie jestem gotowa na spotkanie autorskie.
Bo co, jeśli pojawi się na nim ktoś, kto podda w wątpliwość jakość moich powieści? Jeśli je skrytykuje? Przecież ja się rozpłaczę i stamtąd ucieknę.
Jestem bardzo słaba psychicznie. Nie potrafię z godnością wziąć krytyki na klatę.
Nie wiem… Nie wiem, co robić…

Muszę koniecznie poruszyć ten temat na jutrzejszej sesji.
Wysłałam wczoraj rozpaczliwego SMS do Pana M. Nie odpisał. Ostatnio pytałam, czy jest zły o te wiadomości. Powiedział, że nie. Ale to, że wczoraj nie odpisał, odebrałam jako karę za SMS w sobotę.
Czuję się taka beznadziejna…

Podziel się!

686 – krytyka

Powinnam się już na nią uodpornić. Ale nic z tego. W dalszym ciągu krytyka sprawia, że nie chce mi sie żyć. Usłyszałam, na podstawie fragmentu, że moja powieść to szmira i jest wątpliwej jakości. Dodatkowo osoba to twierdząca ma zniechęcać do kupowania moich książek.
Powinnam to olać. A siedzę i płaczę. Napisałam kolejnego rozpaczliwego SMS do Pana M., choć przecież jest sobota i też na pewno chce odpocząć.
Cały dzisiejszy dzień spędziłam w łóżku. Nie chcąc, nie potrafiąc wstać i żyć.
Czuję, że straciłam sens życia. Że straciłam wszystko.

Podziel się!

682 – czarna dziura

Wczoraj była czarna rozpacz. Dziś jest czarna dziura. Pustka.
Wczoraj byłam na granicy samobójstwa. Nie pamiętam, kiedy ostatnio było tak źle. Że planowałam odejść. PLANOWAŁAM.
Odkąd jestem w terapii u pana M. samobójczość zeszła do punktu, w którym nie zagrażałam bezpośrednio swojemu życiu. Owszem, pojawiały się myśli samobójcze, ale raczej bez zamiaru realizacji.
Wczoraj chciałam się unicestwić. Dziś? Dziś mnie nie ma. Nie istnieję. Nie ma emocji. Jest pustka. Czarna dziura.

Podziel się!

680 – szósta rano

Szósta rano. A ja znów przychodzę tu, bo mi źle.
Śniło mi się, że zdiagnozowali mi ChAD, jednak rodzina nic mi o tym nie powiedziała. Ukrywali przede mną wypis i diagnozę. Dlaczego? Uważali, że tak będzie dla mnie lepiej.
Budzę się od czwartej. Co pół godziny. W końcu postanowiłam wstać. Telewizor włączony na kanale informacyjnym, a ja tępo patrzę w jaśniejące powoli okno. Pozostałe na drzewach liście koją oczy swą spokojną żółcią. Unieruchomione w bezwietrznej aurze. Pogodzone ze śmiercią – własnym losem. Niebo czerwienieje. Jak kiedyś moja skóra. Dziś bez uszkodzeń. Nie licząc tych wszystkich blizn.
Zły to czas. Złe to miejsce. W myślach zapalam znicz na własnym grobie.

Podziel się!