978 – wrażliwość

Wysoka wrażliwość, a wręcz nadwrażliwość, to jedna z cech, które w sobie zawsze ceniłam. Przecież, gdyby nie ona, nie potrafiłabym tworzyć. Kiedy ktoś pyta mnie przewrotnie o pozytywne aspekty borderline, wrażliwość podaję na pierwszym miejscu. A jednak.

Jest we mnie ambicja, by tę cechę kontrolować. Włączać i wyłączać wedle własnego widzimisię. Czerpać z niej to, co twórcze, ale odrzucać trud, którego przysparza. Do tej pory mieszała się ona z obojętnością czy wręcz pustką. Funkcjonowałam w modelu nadwrażliwość – całkowity brak wrażliwości. I, jak to w pogranicznym zaburzeniu osobowości, praktycznie nie było niczego pośrodku. Bo wysoka wrażliwość, trzeba to zaznaczyć, bywa męcząca. Sprawia, że każdy bodziec powoduje pobudzenie i wzruszenie. To naprawdę obciążające, gdy człowiek wzrusza się nie tylko na filmach i programach, ale również reklamach. Gdy słucha opowieści i każdy jej element powoduje ckliwość. Uczuciowość działa na najwyższych obrotach, z każdej sytuacji wyciągając to, co rozczula.

Odkąd skończyłam terapię, moja wrażliwość szaleje. Nie ma chwili, bym nie była pobudzona emocjonalnie. I nieważne, czy jest mi smutno, czy dominuje tęsknota, czy jest zwyczajnie (bo od ostatniej sesji nie było jeszcze dnia, żebym czuła się naprawdę dobrze) – jestem wiecznie poruszona, a łzy stają mi w oczach po kilkanaście razy na dobę, o ile nie częściej. Mam ochotę płakać, ale to nie płacz melancholijny, a czuły, liryczny. Emocjonalność w dużym stopniu daje mi się we znaki, pobudzając układ nerwowy do nieustannego napięcia, co powoduje zmęczenie i przeciążenie. A mimo wszystko, zaczęłam to doceniać.

Powzięłam decyzję o zaakceptowaniu tego, jaka jestem. O przyjęciu mojej nadwrażliwości wraz ze wszystkimi jej dobrodziejstwami i uciążliwościami. Nie chcę denerwować się na siebie za każdym razem, gdy widząc spot reklamowy mam ochotę płakać, bo widzę w nim piękno, a filtr emocjonalny robi z niego prawdziwy melodramat. Taka jestem. Ukształtował się we mnie system nerwowy, o takim, a nie innym progu wzruszenia. I dzięki temu mogę patrzeć na świat w wyjątkowy sposób. Dostrzegać to, czego większość nie zauważa. To dlatego potrafię odnaleźć wenę w rzeczach z pozoru prozaicznych. I choć niesie to za sobą trudności i uciążliwości, jest darem, którego nie oddałabym za żadne skarby. Nie pozostaje mi więc nic innego, jak zaakceptować swoją odmienność. I z cechy często interpretowanej jako wada, uczynić swój atut. A że uronię kilka łez na reklamie proszku do prania? Cóż, dzięki temu dostrzegam przecież o wiele więcej aspektów różnych rzeczy, jakbym potrafiła widzieć to, co dla większości jest niewidzialne.

Podziel się!

977 – chyba na coś przydała się klasa dziennikarska

Dzisiejsza pobudka nie była tak bolesna jak wczorajsza. Wciąż mam problem z ciągłością snu. Pierwszy raz budzę się po jakichś trzech godzinach, a potem już co godzinę albo i częściej. Ten przerywany sen trwa jakieś sześć godzin i muszę już wstać, bo się niecierpliwię. To chyba skutek uboczny bupropionu i amisulprydu, ale jeśli to ma być ceną za siłę do podejmowania się różnych aktywności w ciągu dnia, nie będę narzekać.
Wiecie, co jest wyznacznikiem mojego stanu? Gary w zlewie. Jeśli zaczyna ich przybywać, znaczy to, że nie jest najlepiej. W depresji potrafię ich nie myć przez tydzień. Kiedy jestem w formie, na bieżąco opróżniam zlew. Teraz zrobiła się górka, więc…

Wydrukowałam materiały otrzymane po szkoleniu „Psychoterapia pacjenta z borderline”. To na podstawie tego wykładu będę pisała artykuł. Na niedawno zakupionym stoliku podręcznym postawionym przy sofie leżą wydruki i moje odręczne notatki robione podczas szkolenia. Zamierzam zabrać się za pisanie jeszcze dzisiaj. No, najpóźniej w weekend.
Cały czas zastanawiam się, gdzie umieścić dział z merytorycznymi artykułami. Tu, na blogu, na stronie autorskiej czy może założyć osobną subdomenę? Jestem całkowicie niezdecydowana.

Jakoś mi dziwnie ze świadomością, że za sześć miesięcy będzie premiera. Że ruszył proces wydawniczy. Długo nic nie wydawałam i odzwyczaiłam się od tego. Ale to dobrze. Lubię, kiedy dzieje się coś związanego z moim pisarstwem.

Biorąc pod uwagę to, co dzieje się ze mną od trzech tygodni, czyli od zakończenia terapii, tak sobie myślę… że całkiem dobrze znoszę tę żałobę po relacji. Jest ciężko, jest smutno, jest boleśnie. To fakt. A jednak obywa się bez większych dramatów, nie mówiąc już o kryzysie. Co prawda nie miałam ani jednego dobrego dnia w tym czasie. Dnia, w którym miałabym dobry nastrój, ale to przecież normalne. Normalne są tęsknota, smutek, złość, rozżalenie, poczucie straty, do pewnego stopnia poczucie pustki po ważnej relacji. Przecież przeżywanie tych emocji jest całkowicie zdrowe. Tym bardziej, że nie mają one natężenia tajfunu.
Dużo nad tym myślałam i doszłam do wniosku, że dobrze zrobiło mi przerwanie terapii na początku roku. Ten miesiąc próbnego rozstania. Wprawdzie wpadłam przez to w kryzys samobójczy, ale przeżycie tak silnych emocji i możliwość przepracowania tego po powrocie do pana M., sprawiło, że teraz jestem o wiele spokojniejsza. Że nie targają mną tak silne emocje, z którymi nie potrafiłabym sobie poradzić. Jest mi ciężko, ale nie na tyle, żebym nie dawała sobie rady. Wiem, że to po prostu trzeba przeżyć, trzeba dać sobie czas na przetrawienie tego, na nabranie dystansu i pogodzenie się z tym faktem.
Biorąc pod uwagę moją emocjonalność i silny lęk przed opuszczeniem, wydaje mi się, że całkiem dobrze sobie radzę.

Podziel się!

976 – nie ból, a prawdziwe cierpienie

Wstałam prawie jedenaście godzin temu. Od początku nie było dobrze, ale teraz jest naprawdę źle. Dziś już kilka razy uciekałam w sen. To, co czuję, nie jest bólem w wyniku smutku czy tęsknoty. To prawdziwe, pełnowymiarowe cierpienie. Udało mi się uronić tylko kilka łez. A mam ochotę drzeć na sobie szaty i krzyczeć, jak bardzo jest mi źle. Jak to cierpienie odbiera mi wszelkie siły.
Ze trzy razy złapałam się na tym, że miałam ochotę sięgnąć po żyletkę. Przebijało się to stare, chore myślenie. Że niby przerwanie ciągłości skóry, ból fizyczny, upuszczenie nieco krwi, mogłoby pomóc. Oczywiście pomogłoby mi tylko stoczyć się jeszcze niżej. Nic więcej.
Kiedy tak leżałam w łóżku, pozbawiona wszelkich nadziei i sił, przyszedł do mnie Mrówek. Zmotywował do zwleczenia dupy i zabrania się za jakąś robotę. Mówił, żebym chociaż poczytała książkę albo zaczęła pisać artykuł. Ale mam to dzisiaj gdzieś. Poza tym, są w robocie poprawki na cito. Które mi totalnie nie idą. W trzy dni przepracowałam dwanaście godzin. A przecież skarbówka nie będzie czekać, trzeba zapłacić pieprzone podatki, ZUSy, czynsze, prądy, internety i ten cały majdan.
Tak bardzo chciałabym napisać do pana M. Spotkać się z nim chociaż raz. Choć jeszcze raz, ostatni, porozmawiać. Dziś tęsknota i dojmujące poczucie straty nie dają mi funkcjonować. Chcę zapaść w kilkunastogodzinny sen z nadzieją, że, gdy się obudzę, cierpienie zniknie.
Dziś nie potrafię sobie pomóc.

Podziel się!

975 – nie mogę odpuścić, nie pozwolę sobie

Jest coraz gorzej. Do smutku doszło rozżalenie i poczucie beznadziei. Powiedziałabym, że również rezygnacja, ale na nią akurat sobie nie pozwalam. Nie dopuszczam możliwości pierdolnięcia wszystkim i pójścia spać. Choć na to właśnie mam największą ochotę. Ale nie, nie odpuszczę. Mam za dużo do zrobienia. I za dużo do stracenia.

Wydawało mi się, że zakończenie terapii już na mnie nie wpływa. Że pogodziłam się z nim, mogę odciąć grubą kreską to, co było i pójść dalej. Ale tak nie jest. Choć o tym w ogóle nie myślę, nie wspominam, nie nakręcam się myślami, to widać wpływ przerwania tej relacji na samopoczucie. A jednocześnie pilnuję się, by ten nastrój nie rzutował na to, jak jest w domu. Na moje podejście do Mrówka. Żeby się na nim nie odbijało to, że jest mi źle.

Stan psychiczny odbiera mi siły fizyczne. Nie chodzę, a snuję się. Powłóczę nogami, z ramionami opuszczonymi, ciągnącymi w kierunku ziemi.

Łudziłam się, że mogę odstawić leki. Ale na to jest chyba za wcześnie. Nie poradzę sobie bez nich. Zamierzam jeszcze raz napisać do doktora T. Może, jeśli mu obiecam, że więcej nie będę go zamęczać SMS-ami, zgodzi się mnie dalej prowadzić? Nie chcę szukać nowego psychiatry…

Nie mam siły pracować, a mimo wszystko codziennie siadam do komputera, włączam zawodowe programy i znak po znaku piszę kod. Może nie pracuję zbyt dużo, ale nie pozwalam sobie na całkowite odpuszczenie.

Chyba muszę się wspomóc benzo. I co? I nie mogę. A jak nie mogę, to przez nogę i dalej mogę. Nie mam wyjścia. Muszę żyć. I dawać z siebie wszystko.

Podziel się!

973 – mimo wszystko, spokój

Pomimo całej gamy trudnych i nieprzyjemnych emocji, czuję jakiś spokój. Nie spłynął na mnie nagle, raczej przychodził powoli, stopniowo. Nie zauważałam tego, aż uświadomiłam sobie, że nie ma we mnie niepokoju. Nawet, co dziwne, ostatnio w pracy nie puszczają mi nerwy. Nie klnę i nie rzucam myszką, więc Mrówek nie musi przychodzić do pokoju z interwencją:
– Cicho bądź, patusie! – I nie zamyka pospiesznie okien, by sąsiedzi nie słuchali puszczanych przeze mnie wiązanek.
Kiedyś byłam bardzo zahamowana. Dbałam o czystość języka. Nie używałam nie tylko przekleństw, ale i starałam się eliminować kolokwializmy. Kiedy w końcu zaczęłam odczuwać złość i pozwalać sobie na jej wyrażenie, mój język ubarwił się wulgaryzmami. Z czasem weszły one do mojego słownika na dobre, do tego stopnia, że jak nie wtrącę co kilka słów soczystej „kurwy”, radosnego czy rozczarowującego „zajebiście” lub zdecydowanego „ja pierdolę”, jestem chora. Bardzo mnie to denerwuje. Tak dopieszczam swój język pisany, a mowa wygląda jak śmietnik pełen odpadków.

Z informacji pisarskich – nanoszę poprawki na elektroniczną wersję „Dwóch słów”. Mam nadzieję, że wyrobię się przez weekend i w przyszłym tygodniu tekst poleci do wydawnictwa, które w końcu będzie mogło zacząć pracę nad moją kolejną książką.
Kiedy to się stanie, będę mogła nareszcie wrócić do pisania wspomnień z terapii. Lub „Guru”. Albo obu, hehe.
Mam również nadzieję, że wygospodaruję trochę czasu na pisanie artykułów, które mam w planach. A to wszystko, oczywiście, w przerwach od pracy zarobkowej.
Mój czas wolny coraz bardziej się kurczy. Właściwie nie mam go dla siebie. Już nie pamiętam, kiedy ostatnio siadłam beztrosko z książką i mogłam zanurzyć się w świecie przedstawionym przez innego autora. Lub w wiedzy z publikacji naukowych bądź podręczników akademickich.
Nieustannie marzę o tym, żeby móc zająć się pisarstwem całoetatowo. Żeby moje palce uderzały w klawisze, wprowadzając do komputera kolejne słowa, zamiast kodu. Czy to kiedykolwiek nastąpi?

Podziel się!