933 – radość, wstyd i lęk

Dzisiejszemu spotkaniu towarzyszą z jednej strony ogromne emocje. A spośród nich chyba najgłośniejsze są radość, wstyd i lęk. Z drugiej jednak, całkowita pustka. I zawsze mnie ten fenomen dziwił. Jak to jest? Emocje są tak silne, że umysł je odcina i stąd wrażenie pustki? Czy działa to na takiej zasadzie, jak agresywne pragnienie schrupania albo uduszenia szczeniaczka, bo jest taki słodki (zjawisko czułej agresji)? Gdy widzimy takiego słodziaka, często budzą się z nas mordercze instynkty. Ale to nie dlatego, że jesteśmy źli. To umysł w ten sposób broni się przed nadmiarem pozytywnych emocji i wytacza te przeciwstawne do nich. Żeby, potocznie mówiąc, uniknąć spięcia.

Radość. Chyba oczywista. Zobaczę się z ważnym dla mnie człowiekiem, któremu wiele zawdzięczam. Spotkam się z kimś, czyją nieobecność w swoim życiu traktowałam jak jego śmierć. Bo tak właśnie wciąż przeżywam rozstania. Jak śmierć, nieodwracalne, nieodwołalne wydarzenie, które mnie rozdziela z tym obiektem na zawsze. I powrotu już nie ma.
Wiem, że to niezbyt zgrabne, by porównywać człowieka i psa, ale podobnie było z Fizią. Gdy ciocia zabierała ją po tygodniu, płakałam i przeżywałam to, jakby zdechła. Jakbym nigdy więcej miała jej nie zobaczyć.

Wstyd. Jest we mnie tyle wstydu, że mam ochotę zapaść się pod ziemię. Wstydzę się tego, że uciekłam. Tego, że wracam. Tego, że wysłałam tę długą pożegnalną wiadomość i treści w niej zawartych, bo byłam tam szczera do bólu. W końcu miałam go już nigdy więcej nie spotkać. Wstydzę się swoich emocji. Tego, że mi zależy. Tego, że mi trudno. I mogłabym tak wymieniać w nieskończoność. Co tu dużo mówić, wracam, jak syn marnotrawny.

Lęk. On był zawsze obecny w relacji. Nigdy nie udało się go wyeliminować, choć często jego poziom spadał i pozwał mi na swobodne reakcje, choć nie do końca na spontaniczne mówienie. Jestem przerażona, bo mam wrażenie, jakbym szła na spotkanie z kimś całkowicie obcym. Z kimś, kogo nigdy nie znałam i nawet nie widziałam. Z kimś, czyich zamiarów nie znam i nie wiem, czego mogę się po tym człowieku spodziewać.
Tak bywało, gdy wracałam do gabinetu po przerwach. Na przykład po wyjazdach pana M. Siedziałam usztywniona i nie potrafiłam mówić. Bałam się go. Bałam się, że może zrobić coś, co mnie skrzywdzi, zaboli lub zawstydzi. Cała moja empiryczna wiedza o tym człowieku znikała za zasłoną niepamięci.
Jest również lęk przed nieznanym. Przed tym, że nie wiem, co mnie czeka. Może nie tyle na sesji, co później. Czy będziemy mogli się dalej spotykać? Czy to jednorazowa wizyta? Czy to mi coś da? Czy dobrze robię? Czy będę potrafiła się znów otworzyć? Być szczera na wystarczającym poziomie? Tyle niewiadomych…

I w końcu ta nieszczęsna pustka. Pustka, która pochłania wszystko. Jak czarna dziura, unicestwia i obraca w niebyt – myśli, emocje, motywacje i pragnienia. Jest ze mną lepiej niż w ostatnim czasie. Kryzys, jakby, może nie tyle minął, co chwilowo ucichł. To jak skamienienie z na wpół zawiązaną pętlą w ręce. I nasłuchiwanie. I obserwowanie. Co będzie?

Dziwnie się czuję. Niech już będzie po…

Podziel się!

931 – po co to zrobiłam?

Złamałam się. Napisałam do pana M. Z racji świąt i tego, że nie chciałam mu przeszkadzać, wysłałam maila. Opisałam mu, jak jest. I zapytałam, czy mogę wrócić, chociaż po to, żeby dokończyć terapię. Choć na te kilka spotkań.

Dlaczego to zrobiłam? Chyba z bólu. Z cierpienia, którego nie potrafiłam już dłużej wytrzymać. Albo żeby sobie jeszcze bardziej dowalić. Dołożyć kolejne odrzucenie. Myślę, że postąpiłam źle. Bo albo nie odpisze, co będzie wiązało się z jeszcze większym bólem. Albo odpisze i się nie zgodzi, co będzie się wiązało z tym pierwszym. Albo się zgodzi, czyli wrócę na kilka sesji, które w dłuższej perspektywie nic nie dadzą. Spowodują tylko przeżywanie rozstania na nowo, ożywienie tych negatywnych emocji i, w konsekwencji, jeszcze większy ból. Wniosek? Moja wiadomość do niego, niezależnie od jego reakcji, tylko nasili cierpienie.

Jesteśmy u rodziców. Cały czas siedzę w sypialni. Albo śpię, albo pracuję. Nos wyściubiłam tylko na śniadanie, pochlipać trochę białego barszczu i wróciłam do naszego pokoju. Z Mrówkiem bardzo źle. Nie pamiętam, kiedy było gorzej.

Rozmawiałam z kontrahentem. Ostry zapierdol jeszcze do końca przyszłego tygodnia. Już rzygać mi się chce tym projektem. Tyle mnie on nerwów kosztuje, że szkoda gadać. Zapowiedziałam urlop. Po tym zleceniu potrzebuję urlopu, bo nie wytrzymam. Co będę na nim robić? Spać. Prześpię kilka dni w nadziei, że organizm rozleniwi się tak, że odechce mu się oddychać.

Podziel się!

930 – przekaz?


To będzie gorzki wpis. Bardzo gorzki.

Długo się nad tym zastanawiam i… jaki przekaz ma płynąć z „Poskromić borderline”? Że warto się leczyć? Że warto się przełamywać, ufać, wierzyć, że będzie lepiej? Że warto wydać kilkadziesiąt tysięcy złotych, nie mówiąc już o setkach godzin życia? Że warto w siebie ładować tony chemii? Tylko po co? Żeby ostatecznie cierpienie było na takim samym poziomie, a do tego doszło poczucie opuszczenia? Zdradzenia? Pozostawienia samemu sobie? Naprawdę? Najpierw masz wiarę, ufasz w pomoc, angażujesz się. A potem zostajesz sam, jak na początku. I nikogo już nie obchodzą twoje łzy, ani krzyki rozpaczy. Nikogo nie obchodzi twoje cierpienie i to, że już nie masz siły żyć. Jesteś sam. Jak na początku. Z tą tylko różnicą, że poznałeś, jak to jest, kiedy kogoś obchodzi twój los i ktoś otacza cię opieką.

Jakie świadectwo ma dać ta książka? A co ja mam odpowiadać tym wszystkim ludziom, którzy o to pytają z nadzieją w głosie, że potwierdzę, iż ma to sens? Mam kłamać?

Jestem sama. Tak, jak na początku. Ból wcale nie jest mniejszy. Nienawiść do życia również. Póki trwała terapia, miałam nadzieję. Często czułam się lepiej. Ale tylko po to, by po jej zakończeniu wszystkie demony wróciły. Silniejsze, sprawiające większe cierpienie.

Znów piję, tnę się, łykam lorazepam garściami, żeby choć przez chwilę poczuć ulgę. Inaczej nie umiem. Inne sposoby nie działają. I z wielką tęsknotą myślę o śmierci.

Podziel się!

929 – osamotniona

Błagam każdego specjalistę po kolei o pomoc. Że już nie mogę. Że myśli przeradzają się w plany. Że autoagresja, autodestruckcja. Że nie daję sobie rady. Błagam, krzyczę: Niech mi ktoś pomoże! Nie daję już rady sama.

Ale dociera do mnie tylko głuche echo ich milczenia i obojętności.

Podziel się!

928 – cierpiętnica

Miałam zamilknąć, wiem. Ale tak, jak moim przekleństwem jest cierpienie i chęć ukręcenia sobie łba, jest nim też pisanie. Wypisywanie tych bredni.

Szef wkurwiony. Przez trzy dni nie miał ze mną kontaktu. Nie miałam nawet siły mu odpisać, że jestem chora czy ściemnić coś innego. Nie odbierałam telefonów, choć ciotka i matka wydzwaniały. Spałam i miałam nadzieję, że w końcu zasnę raz a dobrze i więcej się nie obudzę.

Projekt, który robiłam miesiąc i szef mnie za niego bardzo chwalił, jest do totalnego przerobienia. Klient zobaczył efekt końcowy i stwierdził, że nie jest identycznie, jak na obrazku, który sobie namalował. Więc w cztery dni muszę przerobić wszystko to, co robiłam miesiąc. Niewykonalne.

Wczoraj, kiedy się obudziłam, przy głowie siedziała mi ciocia. Nienawidzę takich pobudek. Kojarzą mi się z najgorszymi czasami, kiedy za fraki wyciągali mnie na wieś. Przyjechała namawiać mnie, żebyśmy przyjechali do nich na święta. Po pierwsze, nie mogę się wyrwać z roboty i do wtorku będę siedzieć przy kompie dwadzieścia cztery ha na dobę. A po drugie, nie mam najmniejszej ochoty widzieć się z kimkolwiek. Nawet, jeśli są to rodzice i ciocia. Powiedziała, że zamknę się w pokoju i będę siedzieć sama. Wtf?! To po co mam tam jechać? Żeby się męczyć i odliczać czas do powrotu do domu?

N i e c h c ę s i ę z n i k i m w i d z i e ć!!!

Cały czas płaczę, śpię albo próbuję pracować, ale to ostatnie zupełnie mi nie wychodzi. A muszę, no, muszę.

Myśli samobójcze nie odpuszczają. Tak bardzo nie chcę żyć. Nie mam na to siły. Samoświadomość boli tak cholernie, że gdyby był to ból fizyczny, zapewne zeszłabym na szok bólowy. Ale wszyscy widzą tylko moje złe intencje. Mój gniew i niepohamowaną agresję. A ja cierpię. Tak okropnie cierpię…

Kolejny SMS do dr T. Kolejny bez odpowiedzi.

Tak bardzo chciałabym napisać do pana M. Że sobie tak cholernie nie radzę. Że bez jego pomocy zapominam jak się oddycha. Że gdybym mogła przyjść, wyrzucić to wszystko z siebie. Że może wtedy codziennie nie chciałabym się powiesić. Ale nie napiszę. Przecież obiecałam. Jest tylko we mnie gdzieś ukryty żal do niego. Że kopnął mnie w dupę i rzucił na zbyt głęboką wodę. Że naprawdę nie byłam gotowa na samodzielne życie. Życie… pff… marną bolesną egzystencję.

Przestałam pisać. Nie mam na to siły. A i sensu w tym nie widzę. Nie widzę sensu w niczym – jedzeniu, myciu się, oddychaniu. Robię tylko absolutne minimum, bo tak każe mi ten przeklęty organizm.

Za szesnaście dni moje urodziny. Trzydzieste czwarte. A ja wciąż jestem skrzywdzonym, porzuconym dzieckiem, które samotnie umiera każdego dnia. Tak cholernie tęsknię za czasami, kiedy ktoś otaczał mnie opieką. Personel szpitala, terapeuta, psychiatra. Kiedy czułam się bezpiecznie. Kiedy wiedziałam, że zawsze mam się do kogo zwrócić o pomoc. A teraz? Jestem sama jak palec. Owszem, jest rodzina. Ale przecież oni nie rozumieją. Nie potrafią pojąć, przez co przechodzę i dlaczego tak bardzo nienawidzę życia.

Urodziny… przez wiele lat to było moje święto. Wyjątkowy dzień, którego wyczekiwałam. A teraz? Teraz znów jest przekleństwem. I marzę, żeby go nie dożyć.

Podziel się!