927

Dziewięć dwa siedem, takie ładne cyfry, prawda? W sam raz na ostatni wpis bloga. Na dobre kończę bawić się w kogoś, kim nie jestem. Bo jestem zwykłym, nieprzystosowanym do życia śmieciem.

Ostatnie dni to istny Armagedon. Spanie, chlanie, ćpanie lorazepamu. Płacz i przeklinanie życia.
Pewnie zauważyliście, że blog i strona leżały. Straciłam też wszystkie maile. Wiadomości i blog udało się odzyskać po pięciu godzinach użerania się z serwerem. Tylko, po co?

Ostatni czas dobitnie pokazuje mi, że nie potrafię żyć bez terapii. Że nie potrafię w ogóle żyć. Że jestem jedną z tych życiowych pokrak, które powinny siedzieć w zakładzie do końca swoich dni.

Dziś usłyszałam, że z Mrówkiem łączą mnie tylko rachunki.

Jakoś nie mogę przestać płakać. I sama nie wiem, czy z żalu, czy z tęsknoty za utraconym życiem. I, proszę, nie mówcie mi, że wszystko się ułoży. Bo nic nie będzie dobrze.

Z resztą wpisu przenoszę się do pliku z blogiem offline.

Podziel się!

926 – bez terapii jak bez ręki

Kiedy pan M. chciał ustalić termin zakończenia, a ja się przeciw temu buntowałam, powiedział, że i tak długo bez terapii nie wytrzymam. Według niego, po naszym ostatnim spotkaniu, szybko znajdę sobie nowego terapeutę. Wtedy wydawało mi się to nie do pomyślenia. Jakże mogłabym zaufać komuś innemu? Zaczynać wszystko od początku? Do tej pory nie mieści mi się to w głowie, ale…
Prawda jest taka, że nie mogę, nie potrafię żyć bez wsparcia. Bez spotkań ze specjalistą, który mówi, co jest normalne, a co chore. Który nieustannie przypomina mi, jakie są moje cele i że wcale nie chcę umierać. Bez tego zaczynam się gubić w gąszczu starych mechanizmów działania i schematów myślenia. Już teraz tak trudno pamiętać mi o tym, że od autodestrukcji mam się trzymać z daleka. Nastroje depresyjne wróciły i nie biorą jeńców. Podrzynają gardła każdej zdrowej myśli.

Nie mam siły pracować. Wzbijam się na wyżyny, żeby przetrwać kolejny dzień grzebania w kodzie. A i tak większość czasu siedzę ze łzami w oczach. Powinnam być wdzięczna, że mam taką pracę – dobrze płatną, ze stosunkami koleżeńskimi, z domu, bez kontaktu z klientem. I niby jestem, a tak bardzo nie mam siły na zawodowe obowiązki.

Próbuję skontaktować się z dr T. Ale konsekwentnie milczy. Mimo że nie pisałam epopei, żeby mnie pocieszał. Chciałam się po prostu umówić na wizytę.

Coraz częściej zastanawiam się, czy nie odnowić kontaktu z dr C., kolegą dr T. On jest jednocześnie psychoterapeutą. Tylko, czy to coś da? Czy naprawdę chcę zaczynać wszystko od początku? A, co gorsza, narażać się na kolejne pożegnanie? Teraz, gdy już wiem, jak to boli, jak ogromne cierpienie za sobą niesie. Czy potrafiłabym się jeszcze do kogoś zbliżyć, tak, jak do pana M.? Nie wiem…

Jadę na lorazepamie. Inaczej nie potrafię. Wybuchy agresji uderzają z siłą tajfunu. Jakby chciały zniszczyć wszystko, co napotkają na swojej drodze. A z drugiej strony paraliżuje mnie niemoc, rozpacz i bezsilność.
Mam ochotę wybiec na ulicę i krzyczeć „kto mnie przygarnie? Kto się mną zaopiekuje?”. I z tych pragnień zostaje tylko pustka. I niechciane łzy w oczach.

Fizia jest u mnie do jutra. Ciocia dzwoniła do Mrówka i zgodził się na te kilka dni. Ale szczerze? Nawet obecność tego psiaka nie jest w stanie trzymać mnie na powierzchni. Wczoraj łapałam się na myślach, że wolałabym, żeby jej tu ze mną nie było.

Myślałam, że z czasem będzie lepiej, łatwiej. Ale, jak zwykle, się przeliczyłam. Zaczyna do mnie boleśnie docierać, że to nie przerwa, a prawdziwy koniec. Że już nigdy, przenigdy się nie spotkamy. Mam ogromną ochotę do niego napisać i powiedzieć, jak bardzo sobie nie radzę. Jak bardzo mi go brakuje, jak tęsknię i jak autodestrukcja znowu chce mnie wchłonąć. A ja przecież nie mam wystarczająco sił, żeby się jej przeciwstawić. To dlatego skasowałam jego numer telefonu. Wiem, że by nie odpisał. A ja obiecałam, że tamta długa wiadomość pożegnalna, jest ostatnią. I zamierzam słowa dotrzymać.

Wiem, że jestem sama za siebie odpowiedzialna i tylko ja mogę sobie pomóc. Ale…
Do kurwy nędzy, czy ktoś mnie przed samą sobą uratuje?!

Podziel się!

925 – ciągłość osobowości

Jest u nas Fizia. Ciocia była wczoraj w mieście i ją podrzuciła. Niestety, dziś ją zabiera.
Kiedy tylko zobaczyłam mojego Fiziulka, od razu poprawił mi się nastrój. Usta wykrzywiły się w szczerym uśmiechu, a i na sercu zrobiło się jakby cieplej.
Ale na dłuższą metę nie potrafię się cieszyć. Świadomość, że zaraz znów jej nie będzie, odbiera mi całą radość z jej obecności.

Okropnie ciągnie mnie w autodestrukcję. Mam tak silną potrzebę, by się skrzywdzić, że już nie wiem, jak z tym walczyć. Agresja we mnie kipi. Wystarczy najmniejszy bodziec, a przez zaciśnięte zęby lecą „kurwy” i całe ciało się trzęsie. Ostatnio wszystko wyprowadza mnie z równowagi.

Doktor wciąż milczy. Szczerze? Straciłam już nadzieję, że mi odpisze i zaprosi na spotkanie. Zresztą… co by to dało? Może godzinną rozmowę, dzięki której rozładowałabym nieco napięcia i znów naprowadziła się na dobre tory. No, okej. Ale tak naprawdę mogłaby mi pomóc chyba tylko dłuższa hospitalizacja. A na nią obecnie nie mogę sobie pozwolić.

W pracy źle. Nawet bardzo. Nie jestem w stanie skupić się na najprostszych sprawach. Totalne rozkojarzenie. A naprawdę muszę się spiąć i dokończyć zlecenie w terminie. Tylko jak? Gdy patrzę w kod, łzy stają mi w oczach i mam ochotę pobiec do łóżka. Nakryć się kołdrą po sam czubek głowy i wyjść stamtąd za rok. Albo dwa.
I wciąż uciekam w sen. Najchętniej nie dopuszczałabym swojego umysłu do jawy. Jest zbyt zagrażająca, zbyt bolesna i zbyt niepokojąca. A ja czuję się za słaba, by stawić jej czoła.

Od kilku dni jadę na benzo. Tylko tak jestem w stanie znieść rzeczywistość. Jedynie poranki są do wytrzymania. Gdy piszę wspomnienia i wyobrażam sobie, że znów jestem w gabinecie. Albo że zaraz do niego pójdę.

Nieustannie powtarzam sobie, że muszę odróżniać nastrój od myśli. Że ważne jest zachowanie pewnej ciągłości i pamiętanie, że wciąż jestem tą samą osobą. Niezależnie od samopoczucia. Tylko tak trudno jest to przyjąć za prawdę, gdy czuje się coś zupełnie przeciwnego.

Jest mi tak cholernie ciężko…

Podziel się!

924 – ten ból…

Ten ból jest nie do zniesienia!

Wczoraj przespałam cały dzień. I całą noc. Dziś wstałam o piątej, czyli czwartej według czasu zimowego. Od razu siadłam do pisania.

Jestem na etapie wzmożonego cierpienia. Żałoba po utracie relacji daje mi się bardzo we znaki. Ostatnimi dniami nie mam siły żyć. Chcę zabić samoświadomość ucieczką w sen. Wiedza o własnym istnieniu mnie zabija. Rani tak bardzo, że chcę uciekać. Uciekać na oślep. I najlepiej rozwalić łeb o pierwszą lepszą przeszkodę.

Dlaczego to musi tak boleć?!

Pan M. przygotowywał mnie na „chwilowe pogorszenie” po zakończeniu terapii. Nie wspomniał jednak o kurewskim kryzysie, który będzie chciał odebrać mi życie. Nie, nie będę się wieszać ani próbować zabijać w inny sposób. Ale świadomość tego, co się stało, powoli mnie zabija. Jak w wyliczance „kocha, nie kocha”, po kolei odrywa płatki z kwiatka. Pozbawiając mnie jeden po drugim powodów do życia.

I miałabym podjąć kolejną?! Znów zaufać? Znowu latami się zbliżać? Żeby potem przechodzić to od początku? Nie, ja podziękuję. Aż tak nie nienawidzę życia.

Jedyny specjalista, z którym mogę jeszcze porozmawiać, to dr T. Tyle że on milczy. Nie odpisuje. Ale nie będę go zamęczać. Jedna wiadomość z prośbą o spotkanie wystarczy. Nie chcę go ostatecznie do siebie zrazić.
Przypominam sobie te spotkania z nim, które potrafiły trwać ponad godzinę. W zaciszu jego prywatnego gabinetu. Przerywane wychodzeniem na fajkę. Za każdym razem chciał mnie częstować swoimi Camelami, ale ja wolałam swoje, robione. Choć z czasem przerzuciłam się na czerwone Winstony setki.
Wspólne wyśmiewanie się z moim samookaleczeń czy myśli samobójczych – to było coś, co często potrafiło mnie jakoś postawić na nogi.

Tak bardzo potrzebuję z kimś porozmawiać. Choć tych nieskładnie wypowiadanych słów rozmową raczej nazwać nie można. Bardziej desperacką próbą wyrzucenia z siebie maksymalnej ilości cierpienia. I zawierzenia się pod czyjąś opiekę.

Tuż przed ostatecznym zakończeniem terapii pan M. i dr T. wysyłali mnie na zamknięty do psychiatryka. Wtedy nie chciałam o tym słyszeć. Ale teraz… Chyba nie sprzeciwiałabym się temu tak stanowczo.

Podziel się!

923 – taa… to było do przewidzenia

Nie byłabym sobą, gdybym czegoś nie odwaliła. Zadziałałam destrukcyjnie. Heh, gdybym tak powiedziała na sesji, pan M. od razu by zainterweniował, mówiąc, że to wynik zaburzenia, coś, co pochodzi spoza mnie. Ale co to zmienia? Stało się.

Wczorajszy dzień doprowadził mnie do ostateczności. Kupiłam certyfikaty SSL i cały dzień instalowałam je na domenie oraz subdomenie, pod którą istnieje blog. Kosztowało mnie to tyle nerwów, że myszka nauczyła się latać, a sąsiedzi mogli się co chwilę zapoznawać z zasobem moich bluzg. Porażka.
Gdyby tego było mało, pod wieczór już nie wytrzymałam i zapiłam piwem pięć miligramów lorazepamu (moja pojedyncza dawka to dwa i pół miligrama). Po czym poszłam spać o dwudziestej pierwszej. W efekcie dziś pobudka po piątej.

I oczywiście, co było do przewidzenia, wczorajsze nieodpowiedzialne zachowanie ma swoje następstwa. Odkąd wstałam, męczy mnie silny przymus pocięcia. Aż mnie skręca, żeby się okaleczyć. Przed oczami mam żyletkę, którą zachłannie chwytam i…
Mam ochotę strzelić się w pysk na otrzeźwienie. I może bym to zrobiła, ale czy nie byłaby to inna forma autoagresji?

Myślałam, że z każdym tygodniem będzie lżej, łatwiej. Ale prawda jest taka, że każdego dnia coraz bardziej brakuje mi terapii. Mam ochotę płakać i krzyczeć. A fakt, że gabinet pana M. jest kilkaset metrów od mojego domu, wcale mi nie ułatwia. Łapię się na tym, że szukam go wzrokiem. Kilka razy zdarzyło się, że wpadliśmy na siebie w sklepie. Choć to było dawno, a odkąd zakończyłam terapię, nie widziałam go.

Okropnie brakuje mi naszych rozmów. Możliwości wyrzucenia z siebie całego tego syfu i redukcji napięcia. Tej charakterystycznej redukcji napięcia poprzez rozmowę na najtrudniejsze tematy. Jedynym specjalistą, który pozostał obecny w moim życiu, jest dr T. Napisałam do niego na początku tygodnia, prosząc o spotkanie szybciej niż za miesiąc. Nie odpisał.

Znów czuję się małym, porzuconym, opuszczonym dzieckiem, które jest skazane na samodzielność, w momencie, gdy nie jest jeszcze na nią gotowe. A to oznacza dla niego śmierć. Wiem, trzeba umieć oddzielać emocje i samopoczucie od myśli i działania. To, że się tak czuję, nie oznacza, że tak muszę się zachowywać. Mogę być przecież przy tym dorosłą kobietą, która zachowuje się dojrzale i odpowiedzialnie. Taa. Tyle w teorii. Praktyka jednak daleka jest od założeń.

Znów mam ochotę napisać do pana M. i błagać, żebym mogła wrócić choć na te dwa miesiące. Do końca maja, jak to ustaliliśmy. A właściwie jak ustalił terapeuta, a ja z musu na to przystałam. By porozmawiać z nim na tych kilku dodatkowych sesjach. Choć przez chwilę poczuć, że ktoś nade mną czuwa. Że roztacza nade mną opiekę. Że chce mi pomóc…

Ale jestem skazana na siebie. Na swoją upośledzoną dojrzałość i nieumiejętne opiekowanie się sobą i swoim wewnętrznym dzieciakiem. Rozhisteryzowanym i przerażonym dzieciakiem, chciałoby się dodać.

Dziś od rana lorazepam krąży we krwi. Dwa i pół miligrama, jak lekarz przykazał. Mam wrażenie, że przez ostatni miesiąc jakoś się trzymałam. A teraz to już równia pochyła. I, oby nie, powrót do starych schematów. Tak dobrze znanych, całe życie ćwiczonych. Bądźcie przeklęte pieprzone automatyczne mechanizmy! Wypchajcie się moim bólem. I dajcie mi żyć w sposób zdrowy.

Podziel się!