972 – bez zmian

Z nastrojem bez zmian. Wciąż chce mi się płakać, czuję doskwierający brak czegoś. Relacji? Spotkań? Rozmów i analizowania siebie? Może. Prawdopodobnie.
W tle leci Dżem, a mnie ogarnia dotkliwe poczucie straty. Utraty czegoś ważnego. Minęły dwa tygodnie od zakończenia terapii i najwyraźniej jeszcze do tego nie przywykłam. Obecny jest jakiś lęk i poczucie, że stanie się coś złego.

Ojciec dalej w szpitalu. Jest z nim nieco lepiej, ale do dobrego samopoczucia mu daleko. Bardzo mu współczuję i przykro mi, kiedy o nim myślę.

Siadłam do pisania tego wpisu, bo czułam, że muszę wyrzucić z siebie nagromadzone emocje. Ale kiedy już zaczęłam uderzać w klawisze, wszystko odpłynęło, pozostawiając po sobie pustkę i cisnące się do oczu łzy.
– Po co piszesz, skoro nie masz nic do powiedzenia? – Kołacze mi się w głowie, ręce bezwładnie spoczywają na klawiaturze, a środkowy palec prawej ręki ciągnie do przycisku backspace.

Podziel się!

971 – przerwa od terapii

Pogodziliśmy się z Mrówkiem, więc odwołałam wizytę u pana K. Napisałam mu również, że przemyślałam wszystko i postanowiłam dać sobie trochę czasu. Chcę nabrać dystansu do terapii u pana M., pozwolić jej zadziałać. Poobserwować, z czym jeszcze mam problemy i jak radzę sobie sama. Pan K. opisał, że według niego to dobra decyzja. W razie czego, mam się z nim skontaktować.
Póki co, udaje mi się nie wpadać w dłuższy i poważniejszy kryzys, a samodzielne radzenie sobie przynosi mi pewien rodzaj satysfakcji. Więc… zobaczymy, co dalej.

Skasowałam numer Marka. Zrozumiałam, biorąc pod uwagę mój wcześniejszy stosunek do niego, że relacja z nim jest nie w porządku w stosunku do Mrówka. Znajomość z nim była dla mnie ważna, ale nie tak istotna, jak relacja z Mrówkiem. On jest dla mnie najważniejszy i nie chcę go ranić ani robić mu przykrości.

Po naniesieniu kosmetycznych poprawek, naczelny klepnął artykuł i przyjął go do publikacji. To mój trzeci tekst, który znajdzie się w magazynie „Trening umiejętności społecznych”. Przynajmniej mam poczucie, że trzy lata w klasie dziennikarskiej nie poszły na marne, hehe. Podczas pisania na nowo odkryłam, że lubię pisać artykuły. Może powinnam poświęcić temu więcej uwagi i spróbować swoich sił w jakiejś gazecie? Jako wolny strzelec, bez wiązania się umowami, bo to byłoby zbyt stresogenne. Pomyślę nad tym.

A tak poza tym, jest mi dziś źle. Bardzo smutno i płaczliwie. Trudno jest mi się zabrać za pracę. Trudno jest mi się skupić na czymkolwiek. Zastanawiam się, skąd biorą się te przykre emocje. Na co są odpowiedzią? Jeszcze do tego nie doszłam.

Podziel się!

970 – benzo, piwo, wydanie książki i kolejne konsultacje u pana K.

Wczoraj przespałam praktycznie cały dzień i całą noc. Benzo plus piwo utuliło mnie do snu. Nie dałam rady się powstrzymać od tego autodestrukcyjnego mechanizmu. Cóż, zdarza się…

Dziś mam nieco lepsze nastawienie. Szczypta optymizmu pojawiała się w moim myśleniu. Czy słusznie?

Udało mi się wczoraj skończyć artykuł, a dziś nanieść poprawki. Jutro wysyłam tekst Naczelnemu do akceptacji. A to oznacza, że nareszcie mogę się zabrać za przerwane poprawki „Dwóch słów”.

Kasa od dawna odłożona, przelew ze wspieram.to przyszedł, więc właściwie mogę zapłacić Wydawnictwu, ale czekam z tym aż doszlifuję tekst. Wyślę wszystko razem. Mam nadzieję, że nie zejdzie mi z tym zbyt długo.

Powinnam zająć się pracą, bo w trzy dni przepracowałam jedenaście godzin, ale jakoś nie mogę się zebrać. Wciąż chce mi się płakać, ciepnąć wszystko i mieć wyjebane. Tylko komu zrobię tym na złość? Przecież tylko sobie.

Miałam się skontaktować z panem K. po zakończeniu terapii. Zgodnie z umową napisałam więc.

Panie K., w zeszły czwartek zakończyłam terapię. Miałam napisać na początku czerwca, żeby się umówić na spotkanie. Ale mam straszny mętlik w głowie. Samo rozstanie z terapeutą tym razem przeżyłam w miarę dobrze. Ale wraz z upływem czasu czuję się coraz gorzej. Dodatkowo mam ojca w szpitalu, jest po dwóch operacjach i nie ma poprawy. No i mój partner rozstał się ze mną po 14 latach. Wiele razy się rozstawaliśmy na przestrzeni tych lat, ale żadne z nas nigdy się nie wyprowadziło i wracaliśmy do siebie. On teraz też jeszcze się nie wyprowadził, ale coraz bardziej boję się, że szuka sobie mieszkania i na dniach odejdzie. Ja tego nie przeżyję. Nie wyobrażam sobie życia bez niego. Czuję się coraz gorzej. Zaczęłam mieć mieszane emocje co do rozpoczynania nowej terapii. Może powinnam dać sobie więcej czasu? A z drugiej strony boję się, że zaczyna się kryzys. A kiedy w niego wpadam, robi się niebezpiecznie.

Po kilku godzinach dostałam długą odpowiedź. Pan K. przyznał, że obecnie dużo się dzieje w moim życiu. Wyraził jednak opinię, że przerwa od terapii może mi dobrze zrobić. I ma poczucie, że moje wątpliwości co do zaczynania całego procesu terapii od początku są jak najbardziej zdrowe. Zaproponował również pojedynczą konsultację, żeby omówić na niej, co oznaczałoby dla mnie odejście Mrówka i jak mogłabym reagować na ewentualne konsekwencje tego rozstania. Mielibyśmy się wspólnie zastanowić, co dalej.
Mam ogromną i szczerą nadzieję, że Mrówek mnie nie zostawi, jednak umówiłam się z panem K. na przyszłą środę. Może to pomoże mi sobie nieco poukładać w głowie pewne sprawy.

A dziś popołudniu jadę do szpitala po swoją pierwszą dawkę Pfizera.

Podziel się!

969 – na łeb się wali aż się zawali

Jest mi dziś wyjątkowo chujowo. Wstałam negatywnie nastawiona do wszystkiego. Wczoraj śniła mi się ostatnia sesja. Rozmawialiśmy z panem M. i nagle do gabinetu weszła jego żona, dzieci i jakiś kolega. Próbowałam dalej prowadzić dialog, ale terapeuta był rozkojarzony, a niespodziewani goście robili harmider. Kiedy wychodziłam z sesji, pan M. miał to gdzieś, był skupiony na swojej rodzinie. Dziwny sen.

Tak bardzo się boję, że zostanę sama. Że Mrówek odejdzie. Jesteśmy w konflikcie i obawiam się, co będzie dalej. Jeśli mnie zostawi, nie przeżyję tego. Nie dam rady udźwignąć dwóch takich strat w ciągu kilku dni… Nie wyobrażam sobie życia bez niego. I tak mi przykro, że on tego nie widzi.

Jest źle do tego stopnia, że musiałam wziąć benzo, choć nie brałam go nawet w dzień zakończenia terapii.

Co chwilę łzy stają mi w oczach. Czuję się okropnie słaba psychicznie. Brak dziś we mnie wiary, że poradzę sobie sama. Że dam radę żyć. Nie mówiąc już o życiu dobrym, szczęśliwym i spełnionym.

Chcę się położyć, zwinąć w kłębek i płakać. Ale to tak bezcelowe. Przecież wiem, że nikt nie przyjdzie i mnie nie pocieszy. Że nie usłyszę od nikogo „będzie dobrze, dasz sobie radę”.

Dodatkowo mam od dwóch tygodni ojca w szpitalu. Jest po dwóch operacjach. Bardzo się o niego martwię, bo nie ma poprawy.

Dlaczego wszystko musi mi się walić na łeb kilka dni po rozstaniu z panem M.?

Podziel się!

968 – pierwsza sesja po zakończeniu terapii

Dziwnie mi. Chyba smutno mi. Normalnie byłabym teraz na sesji. Zastanawiam się, czy to zdrowe, że myślę o tym w ten sposób. Choć z drugiej strony, przecież to dopiero pierwsza sesja, na której mnie nie ma po zakończeniu terapii. Jest mi źle z tego powodu. Niby nie tracę tej odrobiny optymizmu, która gdzieś tam się we mnie tli, ale wypełnia mnie złość i żal. Po głowie krąży mi pytanie „ale dlaczego tak musiało się stać? Czemu to musiało nastąpić już teraz?”. Szczególnie, że atmosferę w domu można kroić nożem. Tak bardzo chciałabym porozmawiać o tym z panem M. Wiem, że to przyniosłoby mi ulgę.
Uświadomiłam sobie, że przez ostatnie sześć lat moje życie kręciło się nie tylko wokół pisania, ale i terapii właśnie. Po powrocie z sesji analizowałam to, co zostało powiedziane. A przed kolejną zastanawiałam się, o czym chcę rozmawiać. I tak dwa razy w tygodniu, co sprawiało, że myślałam o niej niemal bez przerwy.
Pojawia się we mnie złość również na siebie. Za te wszystkie przemilczane sesje. Za tę ciszę, która mogła być przecież wypełniona słowami niosącymi zmianę. Choć z drugiej strony mam cały czas w głowie słowa dr T. „proszę się nie martwić, że mało pani mówi, psychodynamiczna działa nawet, gdy się milczy”. I to prawda. Czułam to przecież.
Na pożegnanie pan M. powiedział, żebym się tak nie bała kryzysów. Że przecież, na dobrą sprawę, przechodziłam przez nie sama, bo byłam wtedy odcięta od kontaktu i nikt nie był w stanie mi pomóc. Ileż razy terapeuta mówił „pani Aniu, proszę mówić, co się z panią dzieje. Kiedy pani milczy, nie mogę pani pomóc”.
– Niby tak – pozornie przyznałam mu rację. – Ale nawet, kiedy nie byłam w kontakcie, sama świadomość przychodzenia tu mi pomagała – dodałam, bo tak było w istocie. Nie potrafiłam nawiązać kontaktu i tkwiłam odcięta w swoim świecie, ale robiłam to w gabinecie. Gdyby mi nie zależało na relacji, przecież po prostu bym nie przyszła. Empatyczna obecność pana M., choćby w ciszy, była dla mnie dużym wsparciem. A teraz, gdy jej zabrakło… jest mi trudno i płaczliwie.

No, dobra. Koniec z tym smęceniem, nie chcę Was zanudzać. W końcu dzieje się też coś pozytywnego. Otóż wczoraj podpisałam umowę z Psychoskokiem na wydanie „Dwóch słów”. Dziś Wydawnictwo otrzyma dokumenty – widziałam, że przesyłka jest już w doręczeniu. Także, Kochani, za pół roku będzie premiera mojej szóstej książki, a drugiego thrillera psychologicznego! Za długo trwał ten okres stagnacji bez wydawania.
Ale to nie koniec dobrych wiadomości. Pod koniec roku będę pospisywać umowę na wydanie „Granic obłędu”.
Kończę pisać artykuł dla „Treningu umiejętności społecznych” i zabieram się za kończenie nanoszenia poprawek na „Dwa słowa”. A kiedy tekst pójdzie już do Wydawnictwa (no dobra, i może po napisaniu jeszcze jednego artykułu, tym razem ogólnodostępnego, dla siebie), w końcu się zabiorę za przerwane pisanie wspomnień z terapii u pana M.

Podziel się!