424 – niedziela

Chyba najgorszy dzień tygodnia. Nawet poniedziałek jej ustępuje.
Bezsenna noc – całkowicie. Czyżby przez arypiprazol? Z boku na bok, z boku na bok.
O 5:00 wstałam. Wypiłam dwie kawy, połknęłam leki. Cztery godziny później położyłam się i spałam do 11:00. Znów ta wysokiej jakości higiena snu… Ale co zrobisz, jak nic nie zrobisz? Można było połknąć Lorafen, no można było. Ale chciałam się z tym problemem uporać sama. No to się uporałam, nie ma co.

Cztery przeredagowane rozdziały „Terapii u Doktorka” w wersji cyfrowej spoczywają na dysku. Dokładnie na kilku dyskach. Lepiej mieć kilka kopii. Licho nie śpi, a złośliwość przedmiotów martwych… I tak dalej.
Pozostałe rozdziały, które pokrywają literami stosik kartek, czekają na swoją kolej. Uwielbiam kreślić czarnym długopisem po czarnym wydruku. I dopisywać, i skreślać, i skreślać, i dopisywać. Wtedy czuć, że się coś dzieje. A jak praca idzie do przodu to i człowiek czuje, że żyje.

Podziel się!

422 – motywacja

Dziękuję życiu za wszystkich tych ludzi, którzy we mnie nie wierzą. Mówią:
– Poddaj się, nic z tego nie będzie. Dorośnij, przestań żyć mrzonkami.
Nie zdają sobie bowiem sprawy, że to dla mnie największa motywacja. Nic nie daje mi większego kopa do działania.

Podziel się!

418 – goryczy smak

Budzę się rano. Słońce puka w zasłonięte okna. Trzeba wstać!
– To będzie wspaniały dzień! – witam go z uśmiechem na ustach.
Zaspana, trochę ziewająca. Ale z zapasem energii – choć jeszcze przed antydepresantem.
Pierwsze łyki kawy odmieniają świat – jego postrzeganie. Zupełnie, jakby jej gorycz przypominała o trudach i cierpieniu. O bezsilności i beznadziei. Godzinę po wspaniałej pobudce, chcę iść z powrotem spać. I zapomnieć, że świat istnieje.

Podziel się!

417 – trzymaj się i nie daj się

Ostatnio bez Lorafenu nie potrafię funkcjonować. Łykam go jeszcze przed antydepresantem. Pobudka przynosi tylko jedną myśl:
– Ja pierdolę, żyję. Za jakie grzechy…
Skąd taki nastrój? Skąd to nastawienie? Ze świecą szukać tego, co zna odpowiedź.
Wydrukowałam „Terapię u Doktorka”. Powiedzmy, że poprawilam pierwszy rozdział. Jeszcze tylko dwadzieścia sześć…
Cały czas czuję, jakbym miała wybuchnąć histerycznym płaczem. I szlochać tak cały dzień. Ale ani jednej łzy.
I karcę się:
– Opanuj się, do jasnej cholery! Za kilka dni psychiatra. Może nowe leki. Może będzie lepiej.
Ale nie. Ten zakuty łeb słuchać mnie nie chce. Odwraca wzrok w kierunku klamki i bólem nadgarstka przypomina krwawe rytuały.
Wytrzymać. Trzymać się i nie dać się. To najważniejsza misja na teraz.

Podziel się!

416 – piątek, piąteczek, piątunio

Pobudka o ósmej z przekleństwem na ustach.
– Po jakie trzy się obudziłam? No po chu…
Mocna czarna kawa, fajka, 60mg Prozacu i 1mg Lorafenu – moje śniadanie.
Nieznaczne uspokojenie. Chaos we wnętrzu nieznacznie obniżył nasilenie. Choć ledwie namacalnie.
Druga kawa, druga fajka. Próbuję czytać. Jedna strona i się poddaję. Próbuję pisać. Zawieszam wzrok na literach i nie wiem, co dalej robić. Próbuję grać w ulubioną gierkę zręcznościową. Zazwyczaj skupienie uwagi na niej bardzo pomaga. Nie tym razem. Zupełnie mi nie wychodzi, tracę życie po kilku sekundach, co złości mnie jeszcze bardziej.
Kładę się więc jeszcze na chwilę do łóżka. Może poleżę, uspokoję się i pomyślę, co dalej. Pięć minut odpoczynku i znów chuj mnie strzela. Muszę usiąść. Ale siedzę i czuję, jak opadam z sił. Więc znów leżeć. By za chwilę ponownie wstać. Pomyślałam, że pójdę na zakupy, żeby było już z głowy. Chciałam się zacząć ubierać i dopadła mnie niemoc. Lęk przed wyjściem z domu. I suchy, wewnętrzny płacz. Szloch może nawet bardziej. I skóra upomina się coraz głośniej o swoje „zabiegi”. Ale nie. Wyrzuciłam wszystkie żyletki. Tak być nie może. Przecież chcę przestać. Tylko ten przymus…
Jak ja mam z tym całym cholerstwem walczyć?

Podziel się!