472 – pisanie

Od małego marzyłam, by żyć tysiącami żyć. Być wszystkimi i nikim. Być duchem pozbawionym ciała. Niemym obserwatorem świata. Tajemniczą siłą towarzyszącą innym w ich codziennościach. Bez konieczności życia własnego. I, co za tym idzie, bez wyroku śmierci.
Pisanie daje tę możliwość. Wcielanie się w postaci, przenoszenie w inne rzeczywistości. Gdyby tak można było pisać cały czas. I nie musieć przeżywać własnego życia.

Podziel się!

471 – matur czas

Matura. Mimo że od mojej minęło 11 lat, wciąż dziwnie czuję się w tym okresie. Wracają wspomnienia. Tylko nie pachnie już zwietrzałą wódką wymieszaną z zapachem wiosny. Brakuje kaców gigantów i porannych klinów przed egzaminami.

Siedzę przy uchylonym oknie i próbuję pisać „Majkę”. Skupienie odeszło w niepamięć. Strona do przodu, to prawda. Ale kontakt z rzeczywistością osłabiony.

Maj. Miesiąc po moim miesiącu – kwietniu. Miesiącu radości ze świadomości życia. A czasem i tego życia przeklinania.

Tak trudno skupić się na „tu i teraz”. Choć jest ono obiecujące. Dające nadzieję na lepsze jutro. I na przyszłość, która ma nadejść.

Podziel się!

469 – byłoby w porządku

I wszystko byłoby w porządku, gdyby nie te cholerne przymusy autoagresywne. Ból w nadgarstku, ból na ramieniu. Koszulka delikatnie ociera się o skórę, a w środku skręca, że czuję dotyk bawełny, zamiast metalu.
– Musimy być przygotowani na to, że to będzie wracać. Nie chodzi o to, żeby się pani nie chciało. Tylko o to, żeby umiała pani nad tym zapanować i nie poddać się temu.
Tak, wiem. Terapeuta ma rację. Wyobrażam sobie, że przychodzę na sesję i muszę przyznać się, że znów upadłam. To trochę otrzeźwia. Przypomina o tym, co dla mnie ważne. Że od stycznia nie naruszyłam ciągłości skóry i jestem z tego zadowolona. Że tyle razy się powstrzymywałam, choć chciało się bardzo. I powtarzam sobie, że dam radę. Bo przecież tego chcę. Tego pragnę. Do tego dążę.
Mrówczyńska, musisz wytrzymać!

Podziel się!

467 – emocjonalny wstyd

Jestem bardzo emocjonalna i nie jest to żadną tajemnicą. A mimo wszystko wstydzę się okazywania wrażliwości. Zupełnie, jakby wzruszenie było znienawidzoną słabością.
Oglądaliśmy film. Co chwilę stawały mi łzy w oczach. Delikatnie i ukradkiem je osuszałam. Gdy tylko pojawiły się napisy końcowe, uciekłam do kuchni. Dlaczego? Żeby Mrówek nie zauważył tych łez.
Coś się jednak zmienia. Uczę się, że wyrażanie emocji jest czymś pozytywnym. Kiedy więc wróciłam do pokoju, wyznałam:
– Super ten film. Ale zbuczałam się na nim.
Poczułam pewnego rodzaju ulgę. Przyznałam się do wrażliwości, którą przecież tak u siebie cenię. I, na przekór sobie, nie myślałam o niej w kategoriach słabości.
To samo dzieje się na terapii. Przełamuję się i pozwalam sobie na wzruszenie.
– Wzruszyła się pani mówiąc o tym – skomentował ostatnio terapeuta, gdy skończyłam opowiadać o pewnym wydarzeniu przełykając łzy.
Kiedyś zamknęłabym się w sobie. Sparalizował by mnie wstyd, że jestem tak słaba. Że nie potrafię być silna i dopuszczam do głosu emocje. Tym razem było inaczej.
– Tak, wzruszyłam się. Te emocje wciąż są żywe – odparłam z ulgą, że sobie na to pozwoliłam.
Oczyszczenie – to słowo najlepiej opisuje ten stan. Stan dopuszczenia do głosu emocji i wyrażenia ich.
Po raz kolejny – jestem z siebie dumna.

Podziel się!