417 – trzymaj się i nie daj się

Ostatnio bez Lorafenu nie potrafię funkcjonować. Łykam go jeszcze przed antydepresantem. Pobudka przynosi tylko jedną myśl:
– Ja pierdolę, żyję. Za jakie grzechy…
Skąd taki nastrój? Skąd to nastawienie? Ze świecą szukać tego, co zna odpowiedź.
Wydrukowałam „Terapię u Doktorka”. Powiedzmy, że poprawilam pierwszy rozdział. Jeszcze tylko dwadzieścia sześć…
Cały czas czuję, jakbym miała wybuchnąć histerycznym płaczem. I szlochać tak cały dzień. Ale ani jednej łzy.
I karcę się:
– Opanuj się, do jasnej cholery! Za kilka dni psychiatra. Może nowe leki. Może będzie lepiej.
Ale nie. Ten zakuty łeb słuchać mnie nie chce. Odwraca wzrok w kierunku klamki i bólem nadgarstka przypomina krwawe rytuały.
Wytrzymać. Trzymać się i nie dać się. To najważniejsza misja na teraz.

Podziel się!

416 – piątek, piąteczek, piątunio

Pobudka o ósmej z przekleństwem na ustach.
– Po jakie trzy się obudziłam? No po chu…
Mocna czarna kawa, fajka, 60mg Prozacu i 1mg Lorafenu – moje śniadanie.
Nieznaczne uspokojenie. Chaos we wnętrzu nieznacznie obniżył nasilenie. Choć ledwie namacalnie.
Druga kawa, druga fajka. Próbuję czytać. Jedna strona i się poddaję. Próbuję pisać. Zawieszam wzrok na literach i nie wiem, co dalej robić. Próbuję grać w ulubioną gierkę zręcznościową. Zazwyczaj skupienie uwagi na niej bardzo pomaga. Nie tym razem. Zupełnie mi nie wychodzi, tracę życie po kilku sekundach, co złości mnie jeszcze bardziej.
Kładę się więc jeszcze na chwilę do łóżka. Może poleżę, uspokoję się i pomyślę, co dalej. Pięć minut odpoczynku i znów chuj mnie strzela. Muszę usiąść. Ale siedzę i czuję, jak opadam z sił. Więc znów leżeć. By za chwilę ponownie wstać. Pomyślałam, że pójdę na zakupy, żeby było już z głowy. Chciałam się zacząć ubierać i dopadła mnie niemoc. Lęk przed wyjściem z domu. I suchy, wewnętrzny płacz. Szloch może nawet bardziej. I skóra upomina się coraz głośniej o swoje „zabiegi”. Ale nie. Wyrzuciłam wszystkie żyletki. Tak być nie może. Przecież chcę przestać. Tylko ten przymus…
Jak ja mam z tym całym cholerstwem walczyć?

Podziel się!

414 – Mrówczyńska, mam cię dość!

Droga pani Mrówczyńska,

uprzejmie donoszę, że mam pani serdecznie dość. Skąd w pani tyle złości? Skąd w pani przymus niszczenia tego, co dobre? Czy sabotowanie dobrego nastroju coś pani daje?
Pani Mrówczyńska, wydałaś pani właśnie drugą książkę. Patrzysz się pani na TOP10 książek psychologicznych. Co pani widzisz? Swoją książkę na pierwszym miejscu. Patrzysz się pani na TOP10 wszystkich kategorii e-booków. I co pani widzisz? Swoją książkę na miejscu czwartym. A co pani myślisz? Że chcesz się pani zabić? Że pociąć? Że życie nie ma sensu? Że świat jest do dupy? Że chcesz płakać, choć organizm jest innego zdania i nie chce produkować łez?
Zasiadasz więc pani przed komputerem, jak na tronie. Otwierasz pani plik z „Terapią u Doktorka”. Patrzysz na pierwsze przerobione pół strony i co? Twierdzisz pani, że to jest gorsze od wersji pierwotnej. Ale jeszcze jakiś głos rozsądku się w pani odzywa. Zjeżdżasz więc pani trochę niżej, do drugiego rozdziału. I co pani robisz? Myślisz. Tak, myślisz. Ale co?
– To nie ma sensu. Nie dam rady. Nie potrafię. Nie chce mi się żyć!
Właśnie to pani myślisz. Zamiast się skupić na pracy, sabotujesz pani samą siebie. Bo za dobrze być nie może?
Pani Mrówczyńska, powiem to otwarcie i wprost: mam panią w dupie! Mam pani serdecznie dość!

Nie pozdrawiam i mam nadzieję, że nie do zobaczenia,
poirytowana

Podziel się!

408 – marzec

Marzec witam skłoniona życiu w pas. I nie, nie jest to ukłon z wyrazami wdzięczności. Złapał mnie przykurcz w kregosłupie witalnym, głowę dociążył chaos, a pod wpływem słońca zwiędły resztki sił i motywacji.
I nie, nie dam się złamać samej sobie. Idzie wiosna, moja wiosna!
Ach, ten marzec…

Podziel się!

406 – na marudzeniu świat stoi

Weszłam tu z zamiarem marudzenia. Użalania się nad swoim marnym losem. Problem był tylko w tym, że nie potrafiłam napisać kilku zdań. Skąd ten nastrój? Dlaczego? A dlaczego nie?
Zaczęło się dobrze. Może nawet zbyt dobrze, jak na mnie. Pobudka o siódmej. Zwarta i gotowa do życia. Kawa przy odpisywaniu na e-maile, aktualizacja strony, wstawianie recenzji. Jeszcze jeden rzut oka na recenzję… Tak! To będzie dobry dzień! Uśmiech od ucha do ucha i eksplozja sił witalnych.
Do terapeuty szłam z dużym zapałem. O tylu sprawach chciałam mu opowiedzieć! I co?
– Pojawiła się recenzja.
– Z pani nastroju wnioskuję, że dobra?
Ale to przecież byłoby za piękne. Gdybym prowadziła normalną rozmowę, chyba bym umarła, prawda? Rozpadła się na kawałki i zaprzeczyła swojemu jestestwu.
– Coraz częściej mam wrażenie, że ja nie żyję w rzeczywistości. Żyję w swoim własnym świecie, a do rzeczywistości wchodzę tylko czasem, na chwilę.
– Problemem jest to, że pani jest dobrze w tym swoim świecie.
Otóż to. Chowam się w nim. Uciekam.
Od słowa do słowa, od myśli do myśli i ku mojemu zdziwieniu pojawiły się zaczątki „myślenia na głos” – stanu, do którego w terapii dążę.
Dzień mijał dość gładko. Do czasu. Wymyśliłam sobie zabranie się do „Terapii u Doktorka” na sam wieczór. Po napisaniu jakichś dziesięciu zdań zrezygnowana zamknęłam plik.
– Przecież ja nie umiem. Przecież już nigdy niczego nie napiszę!
Przecież. Przecież trzeba było sobie czymś zepsuć nastrój. Udowodnić sobie, że dobrze być nie może. Malkontenctwo górą! Świat marudzeniem stoi!

A właśnie, że nie. Nie dam sobie tej satysfakcji i narzekać nie będę. Ups… Czyżbym już to zrobiła?

Podziel się!