922 – podestrukcyjna pustka

Dziwnie mi. Naprawdę mi dziwnie.
Nie jest najlepiej. Powiedziałabym nawet, że jest umiarkowanie źle. Ogromna tęsknota, poczucie straty, pustka po utraconej relacji, smutek, złość, niemożność pogodzenia się z rzeczywistością – te wszystkie negatywne emocje sprawiają, że jest mi okropnie źle. Że mam ochotę położyć się do łóżka i płakać nad swoim ciężkim losem. Ale tego nie robię.

Dlaczego mi dziwnie, zapytacie? Bo wcześniej taki stan sprawiłby, że cięłabym się, ile wlezie i chlała od rana, zapijając lorazepam wódką. A teraz nic takiego nie robię. Połknęłam pojedynczą dawkę benzo i próbuję pracować, choć nie do końca mogę się skoncentrować na tym, co robię. Przyłapuję się na odpływaniu myślami daleko od kodu wyświetlonego na monitorze. Niemniej jednak, nie robię nic autodestrukcyjnego. Mało tego, nawet o tym nie myślę i właściwie nie ciągnie mnie do autoagresji. Nie biorę pod uwagę możliwości pocięcia się. Nie po to sześć lat wałkowałam ten temat z panem M., żeby teraz do tego wracać.

I właśnie dlatego jest mi tak dziwnie. Przez dwadzieścia lat się niszczyłam i krzywdziłam lub wręcz próbowałam unicestwić. A teraz? Teraz jest we mnie umiarkowany spokój, którym próbuję zapewnić poczucie bezpieczeństwa swojemu wewnętrznemu dziecku. Trzymam się z dala od ekstremalnych emocji, które targałyby mną jak sztorm rybackim kutrem. Oddycham powoli, miarowo. W myślach przytulam małą Anulę i zapewniam ją, że wszystko będzie dobrze. Że przejdziemy razem przez ten trudny czas. I od razu mam skojarzenie z terapeutą. Zupełnie, jakbym przejęła jego rolę w stosunku do tej płaczliwej dziewczynki we mnie. Ileż razy z jego ust słyszałam zapewnienie, że przez coś trudnego przejdziemy razem, że razem sobie poradzimy z problemem. Teraz ja próbuję zapewniać o tym tę lękliwą i cierpiącą część mnie.

Czuję dziwną podestrukcyjną pustkę. Ale inną niż przez większość życia. Wcześniej pojawiała się ona po czynach autodestrukcyjnych. A teraz ta pustka pozostała po zaprzestaniu takich działań.

Nie byłabym sobą, gdybym uwierzyła, że będzie dobrze. A może to jednak wrodzona przezorność i dwie dekady doświadczenia każą mi mieć się na baczności i uważnie obserwować reakcje emocjonalne oraz myśli? Jest za wcześnie, zdecydowanie za wcześnie, by móc sobie pozwolić na spontaniczność w tej kwestii. Jeszcze sobie nie ufam. Nie do końca zbadałam obecną siłę oddziaływania starych schematów. Nie mogę też bezgranicznie ufać sobie. „Ufaj, ale pilnuj” – to moja obecna dewiza.

Na ostatniej sesji zrozpaczona mówiłam, że nie potrafię się sobą zaopiekować, że nie potrafię zapewnić sobie poczucia bezpieczeństwa. Ale to nie do końca prawda. Owszem, nie wychodzi mi to jeszcze najlepiej, ale wierzę, że jest to kwestia nieustannych ćwiczeń i nieodpuszczania sobie, w czym zawsze byłam mistrzem.

Dziś potrafię przytulić małą Anulę, ściskać ją tak mocno i tak długo, aż uwierzy i poczuje, że jest bezpieczna, bo ma obok siebie dorosłego, który obroni ją przed całym złem tego świata. Który odpowie na jej pytania, rozwieje wątpliwości, pomoże w razie trudności i otoczy ją tak wielką miłością, że nie będzie już obawiała się, że pozostanie sama i z czymś sobie nie poradzi.

Tak więc siedzę przed komputerem w pracy, trzymam moją Anulkę na kolanach, ona wplata swoje paluszki w moje wilgotne po kąpieli włosy i nieśmiało się uśmiecha. Chyba maleńkimi kroczkami udaje mi się ją przekonywać, że nie jestem jej wrogiem, że nic jej z mojej strony nie grozi. Że nie jestem oprawcą, tylko protektorem. Że zdobyta na terapii wiedza i umiejętności pozwolą mi teraz na wykorzystywanie ich w opiece nad wewnętrznym dzieckiem. Które to przecież ze strachu, lęku, bólu, cierpienia, poczucia zagrożenia czy niepewności dostarczało mi tylu negatywnych emocji, których nie rozumiałam, bo przecież w teraźniejszości nie było ku nim obiektywnych powodów. Bo „te emocje dotyczą przeszłości”, jakby powiedział pan M.

Nie chcę i nie zamierzam się krzywdzić i niszczyć. Wiem, że te przymusy będą się pojawiać w różnych momentach mojego życia. Ale przecież nie oznacza to, że muszę im ulegać i popłynąć, jak robiłam to całe życie. Równie dobrze mogę się zatrzymać i uważnie je obserwować, patrzeć jak się pojawiają, wytrzymać ich obecność i z poczuciem ulgi obserwować ich odpływ, jak fali cofającej się po piasku wprost do morza.

Podziel się!

921 – bezpieczna przystań

Dziś u mnie wielki smutek. Jak zwykle pochodzący z wnętrza. Tak, wiem, on mnie nie definiuje. Pochodzi z zaburzonej części mojej osobowości. Pozwalam sobie na jego odczuwanie i przyglądam mu się, by go nie wstrzymywać. Ale on jakoś nie kwapi się, żeby odejść.
Ogromnie chce mi się płakać, ale nie ma we mnie łez.

Próbuję uspokoić swoje wewnętrzne dziecko. Mówię do tej dziewczynki:
– Anula, nie martw się. Zaopiekuję się tobą. Jesteś przy mnie bezpieczna – ale ona nie chce słuchać, nie potrafi mi uwierzyć. Tak, jak ja nie potrafiłam przez całe lata przyjąć punktu widzenia terapeuty w wielu kwestiach. Przez swoją obojętność podświadomie odrzucałam to, co do mnie mówił.
Moje wewnętrzne dziecko jest zamknięte w sobie. Nie ufa dorosłym, nawet jeśli ich przedstawicielem jestem ja, jego starsza wersja.
I ze smutku rodzi się złość. Wściekłość na tego krnąbrnego bachora, przez którego nie mogę się dobrze czuć.

Terapeuta powiedziałby zapewne, że ważne jest próbowanie, podejmowanie wysiłku wydobycia się z tego stanu. Że to trud, który muszę wkładać w pracę nad sobą. Może… tylko co mi z tego przychodzi? Nic. I chociaż wiem, że to umiejętność, którą trzeba wyćwiczyć, niecierpliwię się i mam ochotę tym pieprznąć. Zbluzgać nieposłusznego gówniarza i się od niego odciąć. Sprawić mu przykrość, ból, dobić i dołożyć zmartwień. A potem się dziwić, że mi się pogarsza.

Dziś jeszcze bardziej niż wczoraj tęsknię za terapią. Za opieką, którą otaczał mnie pan M. W jego gabinecie czułam się najbezpieczniej. I choć tak często w takim stanie milczałam, zamknięta w sobie, sprawiając wrażenie obojętnej na jego słowa, byłam pewniejsza z samą sobą. Poziom lęku opadał, a ja nie czułam się tak zagrożona ze swojej strony.

Jednak wiem, że jestem teraz sama, lecz nie osamotniona. I choć mogę liczyć tylko na siebie, mam narzędzia, by móc zbudować swoją bezpieczną przystań. Na razie są to nieśmiałe podejścia, oglądanie materiałów budowlanych i próby jakiegoś uporządkowania tego bałaganu myśli i emocji. Tak, to ważne, że próbuję. A może kiedyś mi się uda?

Podziel się!

920 – moja osobista wojna

Kiedyś myślałam, że to, co wypracuję na terapii, będzie mi dane raz na zawsze. Rzeczywistość jednak okazała się mniej optymistyczna niż moje założenia. Pan M. często powtarzał mi, że chwiejność emocjonalna będzie mi towarzyszyć zawsze, a i kryzysy nie przestaną się pojawiać. Leczenie miało nauczyć mnie z tym funkcjonować i odpowiednio reagować, chociażby poprzez powstrzymywanie się od działań autodestrukcyjnych.

Wiele lat nie potrafiłam się z tym pogodzić, bo zaczynając terapię, oczekiwałam, że uwolni mnie ona od wszelkich złych pokus, przymusów krzywdzenia i niszczenia siebie aż do całkowitej anihilacji. W końcu jednak musiałam uznać, że to, co napisałam w opisie tego bloga, będzie ze mną do końca moich dni.

Borderline, depresja, autoagresja, tendencje samobójcze – z tym walczę na co dzień. Wygrana? Życie.

Bo choćby nie wiem, jak długo było dobrze, to zawsze wróci. I ja wiem, że wracać będzie.

Często wyznawałam terapeucie, że mam silne myśli samobójcze. Że czuję przymus powieszenia się lub podcięcia sobie żył. Ale jeszcze częściej przyznawałam, że nie chcę umierać. Ta wisząca nade mną śmierć i oplatająca szyję pętla to moje przekleństwo. I choć tak bardzo pragnęłam zostać uratowana, zrozumiałam, że nikt tego za mnie nie zrobi. To moja walka. Moja osobista wojna na wielu frontach. Wojna na śmierć i życie, w której stawką jest kolejny dzień. I tak długo jak będę walczyć, będę wygrana. Bo trzymam się tego życia kurczowo, wbijając pazury w jego kruche ciało. I choć ucieka ode mnie nieustannie, ja niestrudzenie biegnę za nim, próbując wyszarpać z niego, ile się da. Bo tak naprawdę, kocham to życie. Tylko czasem nie potrafię o tym pamiętać.

Podziel się!

919 – maniana odwalona, można iść dalej

Ależ wczoraj odwaliłam manianę. Bo jakże by inaczej? Raz na jakiś czas odpierdolić trzeba, bo życie byłoby nudne, prawda?

Wczoraj coś się stało, mniejsza o to, co. Trzy tygodnie poprawnego prowadzenia się, poszły się jebać. Z punktu płacz, rzucenie się na łóżko i „nienawidzę życia! Chcę się pociąć! Chcę się powiesić! Chcę zdechnąć!”. I już, pisać książki nie będę. Na święta jechać nie będę, choć dzień wcześniej wykupiliśmy pobyt. W jednej chwili wszystko straciło sens, a ja poszłam spać o dwudziestej, nie jedząc nawet obiadu.
Skutek był taki, że wstałam dziś przed piątą. Powertowałam trochę zdjęcia z dzieciństwa i powzruszałam się na myśl, jaka byłam kiedyś szczęśliwa, radosna i beztroska, bardzo kochana przez rodziców.
Następnie zabrałam się za pisanie książki.
Wczoraj nieźle podniosłam ciśnienie Mrówkowi.
– I tak się wyleczyłaś, tak? Gratulacje. Sześć lat psu w dupę! – Zirytowała go moja postawa.
Ehh, muszę go przeprosić, jak wstanie.
Z pozytywów muszę odnotować to, że nie zrobiłam nic głupiego. Jedyne co, to łyknęłam dwa i pół miligrama lorazepamu, czyli jedną tabletkę dawki, którą biorę. To chyba niewielki koszt, prawda?

Nie byłabym sobą, a tym bardziej sobą po zakończeniu terapii, gdybym od razu nie zaczęła analizować swoich emocji oraz reakcji. Czy mieściły się w granicach tak zwanej normy? Czy miałam prawo i mogłam sobie pozwolić na takie zachowanie? No, dobra, wiem, że nie było to zbyt dojrzałe. Ale czy było chore? Normalnie zapytałabym o to na sesji, a tak… muszę żyć w niepewności i świadomości, że teraz sama wyznaczam standardy. Tylko czemu to musi być tak trudne i nieść za sobą tyle niepewności?

P.S. Dobrze, że ostatnio kupiłam klawiaturę odporną na zalania. W przeciwnym razie nie miałabym na czym pisać. Przed chwilą (jak to się, kurwa, stało?!) wylałam pół kubka kawy na rzeczoną klawiaturę. Taa… nie ma to jak machać przeszczepami w niekontrolowany sposób.

Podziel się!

917 – przedwiośnie, a w głowie listopad

Ostatnia sesja odbyła się szesnastego lutego. Dziś mija miesiąc od zakończenia terapii, a ja wciąż mam wrażenie, że pan M. gdzieś wyjechał. Że to tylko przerwa w terapii. Że niedługo się zobaczymy i znów będę mogła mu o wszystkim opowiedzieć. Chyba wciąż jestem na etapie zaprzeczenia w przeżywanej żałobie po stracie tej relacji. Jeszcze nie potrafię i nie chcę zaakceptować tego stanu rzeczy. Tęsknota miesza się z pustką, lecz razem nie tworzą niebezpiecznej mieszanki. Jest spokój. Czy pozorny?
Nieustannie łapię się na mówieniu w myślach do terapeuty. Robiłam tak zawsze, codziennie przez sześć lat. W swoim świecie wewnętrznym opowiadałam mu o wszystkim, zdawałam na bieżąco relacje ze wszystkiego, co się działo. Często to pomagało mi dotrwać do sesji.
Trapią mnie wątpliwości, co do tego, jak mnie odbierał. Czy męczyło go leczenie mnie? Nie byłam łatwą pacjentką. Przez lata musiał mi w kółko powtarzać te same rzeczy. Gdy o nich mówił, zgadzałam się z nim i przyjmowałam je, zazwyczaj bez zastrzeżeń. Ale kiedy wychodziłam z gabinetu, magicznie zapominałam o wszystkim i popełniałam wciąż i wciąż te same błędy. Ile można? Czy nie był zmęczony i znużony nieustannym tłuczeniem mi do głowy tego samego?
I ta jego odpowiedź na moją pożegnalną wiadomość. Czy była wyrazem ulgi, że więcej mnie nie zobaczy?
Chce mi się płakać, ale nie mam w sobie łez. Coś mnie zmroziło od środka.
Usunęłam jego numer, wszystkie SMS-y i czat na Whatsappie. To działania raczej symboliczne, bo ma podany telefon na swojej stronie internetowej. Ale wiedziałam, że mając jego numer, nie będę w stanie powstrzymać się przed napisaniem do niego, gdy poziom wewnętrznego cierpienia przekroczy moje możliwości wytrzymania go.
Do psychiatry też się nie odzywam. Rozumiem, jak bardzo musiałam go zmęczyć tymi wiadomościami, które wysyłałam pod koniec terapii. To człowiek o anielskiej cierpliwości i skoro napisał, że mam się z nim nie kontaktować poza poradnią, oznacza to, że musiałam naprawdę mocno przekroczyć jego granice. Zakaz kontaktu został zniesiony, ale nie chcę przeginać. Łatwiej jest mi się powstrzymywać przed ponownym przekroczeniem granic, nie kontaktując się z nim wcale. Zresztą, co miałabym napisać? A raczej, jak mógłby mi pomóc? Przepisując tabletki na żałobę? Takie nie istnieją. Poza tym, wiem, że muszę to przeżyć. Dać sobie czas na te wszystkie emocje i cały ból z tym związany. Ucieczka niczego nie zmieni, a wręcz na dłuższą metę pogorszy mój stan.
Trzymam się z dala od autoagresji i autodestrukcji. A i myśli o samozagładzie brak. Jest po prostu smutek i ból, cierpienie i umiarkowana rozpacz, ale bez konotacji samobójczych. Jest tęsknota, jest nostalgia, pustka po stracie i poczucie opuszczenia. Ale jest i postanowienie, że wyciągnę z tych sześciu lat, ile się da. Że zaopiekuję się sobą, wezmę odpowiedzialność za siebie i będę żyć najlepiej, jak potrafię.

Podziel się!