334 – śmierć Mrówczyńskiej?

Na poważnie rozważam uśmiercenie Mrówczyńskiej i zniknięcie z „życia publicznego”. Nie mam na to siły.
Co by nie robić, wszędzie to samo:
– Nie, nie tym razem, statut nie pozwala, to jest doskonałe, ale… Trzymam kciuki i życzę powodzenia! Nie jesteśmy zainteresowani, nie mamy takich funduszy – i tak w cholerne kółko.
Jaki jest tego sens? A jaki koszt? Straty chyba przewyższają zyski i nie mam na myśli nic materialnego.
Na cholerę komu ta Anka. Na cholerę mi?

Rozmyć się. Rozłożyć ciało na atomy. Książki na litery. I zniknąć – jak pod słońcem mgła…

Podziel się!

333 – terapia borderline: bliskość

– Odczuwa pani silny lęk przed bliskością i musimy być przygotowani na to, że im bardziej będzie się pani czuła za mną związana, tym bardziej będzie chciała to zniszczyć. Co nie znaczy, że pani tej bliskości nie potrzebuje i nie pragnie – mówił terapeuta, a ja się z nim w pełni zgadzałam.
Jestem świadoma zarówno lęku, jak i pragnienia bliskości, bezwarunkowej akceptacji, wypuszczenia terapeuty do najintymniejszych zakamarków swojego świata wewnętrznego.
I myślę, że wczorajszy sen był tego potwierdzeniem. Nie bez powodu przyśnił mi się w noc poprzedzającą sesję. Nie bez powodu śnił mi się terapeuta, który kazał mi się zwijać w kłębek i mocno mnie przytulał całym sobą. Jak i nie bez powodu nie potrafiłam o nim opowiedzieć na terapii.
Lęk jest tak silny, że nie umiem mówić wprost o tej potrzebie. Odczuwam silny wstyd przed mówieniem o bliskości. Wszystkie sny, myśli, emocje, które pojawiają się w związku z nią, nie są na sesji artykułowane. Owszem, o lęku przed nią – mówię. Jednak, gdy mam powiedzieć o czymś, co świadczy o poczuciu bliskości, przywiązania – nie przechodzi mi to przez gardło. Jestem świadoma, że terapeuta może się tego domyślać i zapewne domyśla się. Jednak, gdy pyta o różne szczegóły – nie odpowiadam. Ratuję się odpowiedzią:
– Nie wiem – często nawet nie jest to kłamstwem, bo mechanizmy obronne zwyczajnie odcinają mnie od wiedzy, której wyjawienie oznaczałoby zbyt duże zbliżenie.
– Pani Aniu, gdy odpowiada pani „Nie wiem”, to tak, jakby dawała mi pani sygnał, że nie jest zainteresowana kontaktem, trzymała mnie na dystans, mówiła „Nie chcę mi się z Tobą gadać”.
Wiem. Wiem i bardzo mi to nie odpowiada. Chcę się przełamać, ale nie potrafię. Nie umiem zacząć. Gdy układam sobie w głowie zdanie i zbieram się w sobie, żeby je wypowiedzieć, a w moim umyśle jawi się ono jako zagrażające, powstaje mur, bariera, która zamyka mi usta. I za każdym razem schemat jest ten sam. Pada pytanie:
– O czym pani myśli?
– O niczym, mam pustkę w głowie – odpowiadam, choć dobrze wiem, że to nieprawda.
Co zrobić? Jak się przełamać?
Jutro znów spróbuję. Postaram się opowiedzieć o śnie. O pragnieniu jeszcze większej bliskości i poczuciu, że bardzo się do niego zbliżyłam.
A jego pocięcie mnie – mój lęk przed zranieniem, opuszczeniem? A może wyniesione z dzieciństwa przeświadczenie, że krzywdzenie może być objawem miłości i troski?

– Zbiłem cię, dla twojego dobra, bo cię kocham – rzucił ojciec, gdy po wpierdolu leżałam obolała i wystraszona na łóżku.

W moim świecie wewnętrznym bliskość jest zagrażająca i jest źródłem największych w życiu cierpień.

Podziel się!

329 – terapia w nurcie fizycznej bliskości

Koszmarna noc. Sen przyszedł po 3:00, a i tak co chwilę budziłam się całkowicie zlana potem. Po wstaniu, koszulkę można było wykręcać, a włosy wyglądały jak po wyjściu z kąpieli.
Jednak mimo ogromnych lęków, niepokojów i bólu psychicznego przeżywanego przez sen, tę noc mogę określić tylko jednym słowem: OCZYSZCZENIE.
Motyw podstawowy: terapia.

Ostatnio na sesji opowiadałam terapeucie o poszukiwaniach sponsora na wydanie.
– Gdybym to ja się zareklamował w pani książkach, pewnie tłumy pani czytelników waliłyby do mnie drzwiami i oknami – żartował.
Mózg nie omieszkał tego wykorzystać – oczywiście przeciw mnie.

Chodziłam do jakiegoś terapeuty prowadzącego sesje w dziwnym nurcie – opartym na bliskości fizycznej. W gabinecie siadaliśmy na kanapie, na dywanie. Dużo mnie przytulał. Czasem chciał, żebym kładła się na łóżku i zwijała w kłębek:
– Ułóż się w pozycji niedźwiedź w norze – mówił, kładąc się za mną i mocno przytulając. Mówił łagodnym głosem i zachęcał do wyzwolenia emocji.
Cały lęk, niepokój, ból, cierpienie – wychodziły ze mnie pod postacią ogromnych drgawek, trzęsłam się jak osika i nie potrafiłam wydusić z siebie słowa. To były ogromnie bolesne doświadczenia, ale oczyszczały.
Był też psychiatra, inne terapeutki. Raz przyszedł ze mną Mrówek, a po drugiej stronie siedział terapeuta z dwiema koleżankami po fachu do pomocy. Uważali mnie za skrajnie trudną pacjentkę na skraju nieuleczalności. Głównym problemem było to, że nie potrafiłam się przełamać i mówić. Przemawiało jedynie moje ciało – uporczywym milczeniem, szybkim oddechem, zamieraniem, trzęsieniem się, łzami.

Oczywiście nie zabrakło dziwnych misji do wykonania, jak zaparkowanie auta tak, by żółtko jajka umieszczone w pojemniczku na dachu spadło wprost do miski stojącej na końcu miejsca parkingowego. Dziwnym trafem terapeuta siedział na miejscu pasażera i zauważył postać szantażysty odbity w trzymanej przez siebie skorupce jajka. WTF?!

Na swojej stronie internetowej, ów terapeuta opublikował informację, że leczę się u niego – tym samym zdradził moje miejsce zamieszkania. Mało tego – jedna z jego koleżanek zamieściła analizę moich książek wraz z moimi zdjęciami.
Następna scena nie mogła więc przynieść nic dobrego. Jakaś grupa hejterów ściągnęła te zdjęcia, znalazła zdjęcia Mrówka i porozwieszała nienawistne plakaty na mieście.

Najgorsze jednak miało dopiero nadejść.
Wiedząc, jak cisną mnie przymusy autoagresywne, terapeuta postanowił mnie uleczyć raz na zawsze. Gdy w prawej ręce trzymając skalpel mówiłam o tym, jak chce mi się ciąć, chwycił mnie mocno za lewą dłoń, a nie był to uścisk przyjacielski. Wyjął żyletkę i jednym, bardzo mocnym cięciem rozwalił mi nadgarstek. Okropny ból. Na tym jednak nie poprzestał. Zaczął robić drugą, bardzo głęboką sznytę. Tym razem jednak powoli. Przycisnął żyletkę z całej siły, zatopił ją w skórze, warstwie tłuszczu, następnie mięśniach i bardzo powoli ją przeciągał. Nie wydałam z siebie żadnego dźwięku, ale okropnie cierpiałam, trzęsąc się cała i z całej siły zaciskając skalpel w prawej ręce.
– Wiem, że to brutalne, ale chcę żeby pani zapamiętała ten ból – rzucił, zatrzymując na chwilę ostrze, i kręcąc nim w głębokiej ranie, by spowodować jeszcze większe cierpienie. – Chce pani, żebym przestał?
Przytaknęłam głową, nie potrafiąc wydusić z siebie słowa.
– Chcę to usłyszeć.
Przez zaciśnięte zęby syknęłam:
– Chcę.
– Dokończę tę sznytę tylko pod warunkiem, że wypuści pani ten skalpel i nigdy więcej nie weźmie do ręki żadnego ostrza. Proszę się skupić na tym bólu. Widzę, jak bardzo pani pragnie, by się już skończył.
Otworzyłam prawą dłoń, skalpel bezszelestnie spadł na dywan w kałużę mojej krwi. Terapeuta szybkim ruchem dokończył dzieła.
– Proszę pamiętać, nigdy więcej. Inaczej będziemy powtarzać te zabiegi.
Złapałam się za rozwalony nadgarstek. Jedyne, o czym mogłam myśleć i jedyne, co czułam, to ten piekielnie silny ból.
– No, już dobrze – przytulił mnie z wielką czułością.

Były też lasy, wędrowanie wzdłuż torów kolejowych, chińska plantacja ponad dwumetrowych pomidorów o owocach wielkości dyń i inne tego typu „atrakcje”.

Na 11:45, jak zwykle, sesja. Tym razem u prawdziwego terapeuty.

Podziel się!

328 – iskierkę nadziei zgasić, fajki nie odpalać

Zwiększyłam dawki Tisercinu do całych tabletek – jedna rano, druga na noc. Nijak nie wpływa to na agresję, która próbuje ze mnie wykipieć. Gdy coś jest nie tak, stoję cała zesztywniała, trzęsę się, palce wyginają się, jak w zaawansowanym reumatyzmie, bluzgam i chcę wybuchnąć – eksplodować, pokrywając strzępkami ciała wszystko dookoła. A poza tym problemy z utrzymaniem równowagi – czasem myli mi się pion z poziomem i na odwrót.

Mrówek wymyślił rzucanie palenia – po raz kolejny, trudno nawet policzyć – który. Wczoraj osiem fajek własnopłucnie wypalonych, cóż. Postęp, jak ta lala, biorąc pod uwagę dawkę dzienną-normalną na poziomie 30 sztuk.

Właściwie chciałabym się poddać. We wszystkim i przed wszystkimi. Ale trzyma mnie w kupie ta maleńka iskierka nadziei, która zapłonęła po odczytaniu pewnego e-maila. Choć – tak, wiem. Będzie zapewne, jak zwykle: „Przepraszam, ale… Niestety. Nie tym razem. Nie w tym miejscu i czasie. Rozmyśliłam się. Wycofuję się. Nic z tego nie będzie.”

Jak żyć? Jak żyć, będąc tobą, pani Mrówczyńska?

Podziel się!