328 – iskierkę nadziei zgasić, fajki nie odpalać

Zwiększyłam dawki Tisercinu do całych tabletek – jedna rano, druga na noc. Nijak nie wpływa to na agresję, która próbuje ze mnie wykipieć. Gdy coś jest nie tak, stoję cała zesztywniała, trzęsę się, palce wyginają się, jak w zaawansowanym reumatyzmie, bluzgam i chcę wybuchnąć – eksplodować, pokrywając strzępkami ciała wszystko dookoła. A poza tym problemy z utrzymaniem równowagi – czasem myli mi się pion z poziomem i na odwrót.

Mrówek wymyślił rzucanie palenia – po raz kolejny, trudno nawet policzyć – który. Wczoraj osiem fajek własnopłucnie wypalonych, cóż. Postęp, jak ta lala, biorąc pod uwagę dawkę dzienną-normalną na poziomie 30 sztuk.

Właściwie chciałabym się poddać. We wszystkim i przed wszystkimi. Ale trzyma mnie w kupie ta maleńka iskierka nadziei, która zapłonęła po odczytaniu pewnego e-maila. Choć – tak, wiem. Będzie zapewne, jak zwykle: „Przepraszam, ale… Niestety. Nie tym razem. Nie w tym miejscu i czasie. Rozmyśliłam się. Wycofuję się. Nic z tego nie będzie.”

Jak żyć? Jak żyć, będąc tobą, pani Mrówczyńska?

Podziel się!

327 – przemyślenia przy poprawkach

Psychiatra w grudniu popołudniu.
Od jakiegoś czasu ratuję się Tisercinem. Pół tabletki na rozpoczęcie dnia, pół, by przetrwać drugą część czuwania, kolejne pół, żeby spać.
Znów potrzebuję neuroleptyka. Niestety. Wahania emocjonalne, za którymi idą myśli skrajne, nie dają nawet funkcjonować, a co dopiero żyć.
Dziś skończyłam ostateczne nanoszenie poprawek na „Terapię u Doktorka”. Tekst zwarty i gotowy czeka na wydanie. Jeszcze tylko wypełnienie formularza dla wydawnictwa – streszczenie, opisy i inne takie.

Czytanie tego, znów obudziło dawne emocje. Przymusy autoagresji i autodestrukcji, ucisk wyobrażonej pętli na szyi. Dziwne pochody kolorów, jak kiedyś halucynacji. Lorafen – musi pomóc.

Głęboki wdech i wydech. Świeże powietrze wpada z dworu. Smak gorącej, czarnej kawy i zapach, jednej z ostatnich, wypalanej fajki.

Przecież trzeba żyć. I chce się żyć. Aż do śmierci. A czasu coraz mniej. Trzeba się zacząć spieszyć.

Podziel się!

326 – terapia borderline: uleczenie

Wypowiadałam niejednokrotnie pobożne życzenia:
– Chcę się wyleczyć do trzydziestki.
I obietnicami siebie straszyłam:
– Jeśli się nie wyleczę do końca trzeciej dekady, to się…
A to blisko. Coraz bliżej. Pięć miesięcy. Sto pięćdziesiąt trzy dni. Trzy tysiące sześćset siedemdziesiąt dwie godziny, by naprostować to, co skrzywiało się przez dwadzieścia dziewięć lat.
Wiem, leczenie podjęłam zbyt późno. Jak zwykle wyznaczając cel niemożliwy do osiągnięcia.
Kończenie trzydziestki zbiegnie się z dwoma latami terapii u Pana M. Szmat czasu. Ale wciąż za mało na uzdrowienie.

Coraz mniej milczę na sesjach. Nawet, gdy tak, jak wczoraj, jest mocno depresyjnie. Wręcz:
– Mam wisielczy nastrój.
Ale przecież:
– To się powtarza, pani Aniu, prawda? Wielokrotnie to przerabialiśmy.
Tak, wiem. I zdaje sobie sprawę, że:
– Nie może być w pani przyzwolenia na to, by milczeć i odcinać się od kontaktu. Tylko mówiąc może pani przerwać ten stan.
Wiec mówię. Choćby łamiącym się głosem wśród strumyków łez. Nie wstydzę się. Już nie. Bo wiem, że ważne jest:
– Przełamywanie tego mechanizmu, który każe pani odcinać się od rzeczywistości i zatracać we własnym świecie. Tylko tak, może to pani zmienić.
I mówię. Na siłę, przez łzy. I nie boję się odrzucenia.
Ale to mało. Wciąż za mało. Trzydziestka nie będzie przebiegać pod hasłem „jestem zdrowa”, a „mam jeszcze tylko do zrobienia”.
Cóż, może do czterdziestki…

Podziel się!

325 – z cholernego pogranicza

Obiecywałam sobie i co? Znów wracam tu, żeby jojczyć i narzekać. Ehh, te stare nawyki. Cholerne objawy borderline, pieprzone pograniczne zaburzenie osobowości.

Wczoraj pół dnia wysyłałam kolejne kilkadziesiąt maili z propozycją sponsoringu wydania papierowego „Młodego boga…” w zamian za kolorową reklamę w książce, którą Wydawnictwo obiecało sfinansować. Z każdym kolejnym kliknięciem „Wyślij” opadałam z sił. Bezsens owijał mnie, jak miękki koc – obiecując spokój, ciepło i ciemność.
Znów te myśli. Najchorsze z chorych. Pragnienia ucieczek – przed sobą, myślami, życiem.
Po raz kolejny zapragnęłam świata zza krat. Tego bezpieczeństwa, które dawała nieustanna kontrola. Siedzenia w śluzie, rozmów z psychiatrą i psycholog, nawet palarni z odpadającymi płatami farby.
Znów chcę uciekać, zamiast stawiać czoła. Iść na łatwiznę unikając trudnych emocji.
Usiąść skulona w kłębek, płacząc i prosząc:
– Zamknijcie mnie, proszę. Zamknijcie!

Podziel się!

319 – refleksje cmentarne

Początek listopada pogłębia refleksyjność. Każe wspominać, co było, co mogłoby być, gdyby…
Wieczór, ciemność. A wkoło tysiące grobów rozświetlonych mdłym blaskiem zniczy. Kiedyś było jasno. Lane znicze z grubymi knotami tworzyły łunę unoszącą się nad cmentarzem. A teraz?
Labirynt ścieżek między nagrobkami. Żywi martwym podający dłoń.
Rodzinny grób mógł być już wielokrotnie zasilony tym ciałem. Moim ciałem. A mimo to, wciąż tu przychodzę. O własnych siłach.

Początek listopada 2008. Szpital psychiatryczny. Ksiądz na świetlicy odprawia nabożeństwo za zmarłych.
– Wieczny odpoczynek racz im dać Panie! – wypełnia pusty korytarz oddziału. Na jego końcu ja – wpatrzona w świat za kratami. Łzy. Jedna za drugą. Po chwili potok, niedający się zatrzymać.
Wisielcza pręga na szyi uświadamia, że tego dnia rodzina mogła zapalać znicz na moim grobie. Wystarczyłoby, że Mrówek znalazłby mnie kilka minut później.

I ta powracająca niepewność. Może jednak leżę w tym grobie? Może nie wiem, że nie żyję? Bo skąd mogę mieć pewność? Czy brak inskrypcji na temat mojej śmierci jest wystarczającym dowodem?

Podziel się!