387 – na przekór!

– Zrób to – ktoś mnie poprosi.
Nie umiem. Nie potrafię. Nie dam rady. Nie poradzę sobie. Nie chce mi się. Bierna agresja wychodzi ze mnie, jak olej podczas pierwszego tłoczenia.
Ale spróbuj powiedzieć, że sobie z czymś nie poradzę. Ooo… Choćbym się skichać miała – zrobię to!
Od małego – wszystko na odwrót. Czy to w wersji: na złość mamie uszy sobie odmrożę. Czy też: mam marzenia i cokolwiek byście nie mówili, nie zawaham się ich spełnić. Zawsze na przekór.

Mając trzy latka poszłam z rodzicami do obuwniczego po sandały dla mnie. Spodobały mi się jedne, ale nie było mojego rozmiaru. Nie szkodzi! Mama pokazała mi inne:
– Nie! Ja chcę tamte!
– Ale tamte są za małe. Przymierz te.
Ledwie założyła mi pierwszego – płacz.
– Cisną! Boli! Ściągnij!
Co z tego, że były o rozmiar za duże? Ja już miałam swoje upatrzone. Nieważne, że stopa ledwie w nie wchodziła i całe palce wystawały poza buta. Te były w sam raz i nic nie cisnęło!

Podziel się!

382 – z pola bitwy

Najnowsze doniesienia z pola bitwy o siebie.

Znów zaczęłam wstawać o ludzkiej porze. To zasługa Prozacu, który rano wybudza ze snu i nie daje na powrót zasnąć. I dobrze. Wieczorem padam, jak mucha.
Przymusy autoagresywne osłabły. Myśli samobójcze – też. Nastrój rozczarowująco nie chce współpracować – twardy zawodnik z tego smutku i poczucia bezsensu. Cóż, i z tym w końcu sobie poradzimy.

Pisanie. Na razie moje pisanie ogranicza się do researchu i czytania o prokuraturze PRL. Ble, że też musiałam sobie wymyślić taką postać…

Słońce za oknem dodaje sił. Znów pojawiają się strzępki wiary, że będzie dobrze. Choć samo się to nie zrobi – wiem. Potrzeba nakładów pracy własnej, by wygrzebać się na dobre i – co najważniejsze – na dłużej. Powoli też wraca stabilność – na tyle, na ile można mówić o stabilności w przypadku chwiejności emocjonalnej.

Mrówczyńska, powoli, powolutku. Nie trać cierpliwości. I, do cholery, nie zepsuj tego, co zaczynasz osiągać. Nie pozwól sobie na to, by to zniszczyć.

Fragment „Majki”:

„- Widzę, że nie smakuje urodzinowe śniadanie – powiedział z pogardą i kopnął leżący na ziemi talerz. – Odwiedziliśmy waszą matkę. Wie, że jesteście na skraju śmierci samobójczej. Jednakże ktoś musi zostać oskarżony i skazany. Skoro was już na tym świecie nie będzie… Dziś, po tym, jak zidentyfikuje wasze ciało, zostanie postawiona w stan oskarżenia o brutalne morderstwo męża. Już zaczęliśmy ją przesłuchiwać – prokurator rzucił zdjęcie na ziemię.
Andrzej drgnął.
– Przecież… co wyście jej chuje zrobili?! – krzyczał, nie mogąc uwierzyć, że widzi matkę pobitą, w poszarpanych ubraniach.
– Mówiłem już. Przesłuchiwaliśmy ją. Ale nie smućcie się tak. Mam dla was prezent urodzinowy. Jeśli mnie wyręczycie w zrobieniu wam samobójstwa, zapomnę o sprawie, a wasza matka będzie dalej wiodła swój nędzny żywot – mówiąc to, wyciągnął broń z kabury. – To jak będzie? Uratujecie matkę?
Chłopak skinął głową.
– W takim razie powiedzcie mi, co tam się stało.
– Zamordowałem ojca z zimną krwią… – zaczął cicho.
– Nie dosłyszałem!
– Rozjebałem łeb temu skurwysynowi! – krzyknął tak głośno, że prokurator zdawał się być zdziwiony jego nagłym wybuchem.
– Rozumiem – rzekł prokurator i zaczął zapisywać coś w aktach mrucząc pod nosem. – Oskarżony przyznał się do winy i jest głęboko wstrząśnięty zbrodnią, której dokonał. Wykazuje myśli samobójcze, sugerowana obserwacja – skończył zapisywać. – Nie wiem, czy sobie zdajecie z tego sprawę, ale rozpatrzenie wniosku o obserwację trochę trwa. To co, nie traćmy czasu. Jest kolejka do tej izolatki – podał mu broń.”

Podziel się!

381 – mozolnie, ale pod górę

Wczorajsza próba spektakularnego wejścia w rejony położone wyżej wyszła połowicznie.
Pisanie „Majki” – było. Marne 664 wyrazy, 4238 znaków wątpliwej jakości, dyskusyjnej treści, która po przemyśleniu zdaje się pasować do całej historii, jak pięść do nosa. Ale nie, nie będę się wściekać na siebie. Już jakiś czas temu powiedziałam sobie:
– Mrówczyńska, lepiej napisać rozdział, który się potem skasuje, niż nie napisać nic.
Hmm, chyba dobre postanowienie?
Nie oczekuję od siebie gwałtownej poprawy nastroju. A raczej konsekwentnej pracy, mozolnego wspinania się pod górę. Powoli. Krok po kroku. Noga za nogą. Wzrok jeszcze odwraca się w stronę łóżka:
– Pierdol to! Nic nie ma sensu. Połóż się do wyra i czekaj na śmierć.
– Aaa weź zamknij się! – odkrzykuję w myślach cholernemu schematowi.
Nic się nie chce. Sensu nie widać. Ale wiem, że to się zmieni. Wkrótce się to może zmienić. Tylko wytrwać w postanowieniach. Nie dać się zgnoić samej sobie.

Siły Wam wszystkim życzę.

Podziel się!

379 – dość żółci

Tak bardzo chciałabym napisać, że się podniosłam.
Mam dość zalewania Was żółcią z trzewi. Jak kiedyś, na pierwszym blogu. Gdy żyć nie potrafiłam bez użalania się i desperackiego szukania pocieszenia.
Bywają momenty, że się uśmiecham. Ba! Czasem nawet szczerze się śmieję. Przypływ siły, nadziei, pragnienie zmian. To wszystko bywa, nawet teraz. Lecz przychodzi noc. Przemyślenia.

Ale obiecuję: Podniosę się. Otrzepię. Pójdę dalej swoją ścieżką.
Jeszcze chwila. Dzień. Tydzień. Miesiąc. Aż w końcu się otrząsnę. Znów będę śmiać się do słońca. Wdychać noc. Gubić duszę na wietrze. I z wdzięczności za życie będę krzyczeć:
– Jestem!

Podziel się!