378 – pozdrowienia z dna

Czwarta czterdzieści cztery. Dookoła cisza i mrok. Natłok myśli wyprowadził mnie w taki kozi róg, że musiałam wstać. Jeszcze chwila, a…

Kiedyś myślałam, że kryzys to taki czas, w którym się spada. Aż na samo dno. Potem wystarczy się odbić i wszystko wraca do normy. Może i tak było. Nie pamiętam już lepszych czasów.
Kiedyś wystarczyło poleżeć na tym dnie. Popłakac. Dać się pocieszyć. Nabrać sił na powrotną wspinaczkę.
Z biegiem lat coś się zmieniło. Dno już nie jest momentem zwrotnym. Coś we mnie odkryło, że da się spadać jeszcze niżej. Jeszcze boleśniej. Jeszcze destrukcyjniej.
Teraz leżąc, drapię w nim dziurę pazurami. By spadać jeszcze niżej. Jeszcze destrukcyjniej. Jeszcze boleśniej. I o drodze powrotnej mowy być nie może. Póki się nie upodlę wystarczająco. Nie zaatakuję tego, co najcenniejsze. Nie zniszczę wystarczająco wiele.
Każde dno z psychicznych den wygląda jak ser szwajcarski. Psychiczne durszlaki – nie zatrzymują, a odcedzają z resztek tego, co dobre. Największy syf spływa niżej i niżej. I drąży, jak kropla skałę. Za każdym razem przesiąkając głębiej.
Już nie potrafię się zatrzymać w kryzysie. Nie wiem, co to opamiętanie. Szukam coraz głębszych den. Okłamując się, że od kolejnego już na pewno się odbiję. Ale wciąż mi mało! Wciąż za mało. Muszę upaść po autoknockoucie. Leżeć, w bezsilności zaciskając usta. Z bólu dławić się powietrzem, by uznać, że kara była wystarczająca.
A im większe próby zebrania dupska w troki, tym marniejsze skutki. Opłakane konsekwencje. Sekunda motywacji, dziewięć rozpaczy – decyzja o rzuceniu ręcznika.

W tej chorej głowie nawet marzenia stały się narzędziami tortur. Wykorzystywane, jak emocjonalne bicze.
– Zobacz! Zobacz, ile pragniesz! A nic z tego nie dostaniesz! Nic!
Jak świeże bułeczki za szybą piekarni, gdy skręca z głodu, ale nie ma czym zapłacić. Jak pieprzony cukierek przez papierek…

Za chwilę piąta.

Podziel się!

376 – potwór, moje imię

Wczoraj zbudził się potwór. Siejący zniszczenie, niosący ból.
Wykrzyczane w formie rozkazów największe lęki. Byle zranić, jak najmocniej.
Na myśl o sobie, chce mi się rzygać. Co we mnie wstąpiło?!
Kłótnia? Ok. Ale to?
Zgniłam od środka. Już dawno temu.
Siedzę i płaczę, ale łzy nie zmyją win. Nic nie cofnie takich słów.

Co się ze mną dzieje?

Podziel się!

375 – psychiatra

Po wczorajszej wizycie u psychiatry wracam do fluoksetyny – po dwóch latach przerwy. Wenle odstawiłam z nowym rokiem, a ciało już straciło cztery kilo.
Jeśli sam Prozac nie wystarczy – powrót do neuroleptyków.
Nie mam na nic siły. Płacz, leżenie w łóżku i przymus autodestrukcji. Tak ostatnio wyglądają moje dni. Zwleczenie dupy na terapię lub do sklepu to gigantyczny wysiłek.
Użalam się nad sobą, wiem. Ale w moich oczach wszystko straciło sens.
Mimo to, jak zwykle, kolekcjonuję każdy nowy dzień. Trzy miesiące do trzydziestki. I coraz większy lęk.

Podziel się!

374 – powrót z bezdroży

Jak odnaleźć drogę powrotną? Szlajam się po manowcach od dłuższego czasu. Pozwalam emocjom interpretować fakty. Niebezpiecznie.

Mrówek wymógł na mnie kontakt z psychiatrą. Napisałam.

Na myśl o jutrzejszej sesji cała się trzęsę. A może nie próbować ciągnąć tematu bliskości i seksu na siłę? Może dać sobie czas i zająć się czymś innym? Łatwiejszym? Przecież znów muszę się jakoś otworzyć przed terapeutą.

Wczoraj dostałam do akceptacji tekst „Autoterapii” po korekcie. Dziś wstałam, więc skoro świt, mimo kolejnej zarwanej nocy. Plik poszedł do składu. A ja nie potrafię napisać trzech tekstów promocyjnych. Trzech krótkich artykułów…

Zaczynam sobie przypominać, że chcę żyć i to życie kocham. Gdzieś świtają wspomnienia, że czasem bywa dobrze. Choć wczoraj pół dnia przepłakałam w łóżku – że trzy dekady za mną, a od siedemnastu lat tak bardzo cierpię. Że już dłużej nie dam rady.

Do tego wszystkiego znów ogromny lęk związany z wydaniem. Jak zostanie odebrana ta książka? Czy był sens ją pisać? I przeświadczenie, że ona i tak niczego nie wnosi. Że poleje się hejt. Że już nigdy nic nie napiszę.

Objawy nerwicowe nie odstępują na krok. Te wszystkie myśli i przymusy zapchały łeb. Znów błagam o krótki urlop od siebie. Żeby odpocząć, odetchnąć i na nowo moc zacząć walczyć o życie.

Podziel się!

372 – trawienie

Wypłakałam się wczoraj w Mrówkowe ramię. Czy pomogło? Nie wiem.
Może po prostu trzeba to znieść, wytrzymać, przetrawić.
– Czuje pani złość? – terapeuta przerwał dłuższe milczenie.
– Złość, smutek, lęk, nienawiść…
Jakby puściły automatyczne zabezpieczenia. Rozlały się emocje – bez żadnej kontroli.
Chciałoby się zakończyć to wszystko. Zmarnować to, co się osiągnęło w terapii. Nie tędy droga – oczywiste. Tylko jak ukoić ten ból…

Podziel się!