285 – smutku!

Przecież to nie tak, że dążę do smutku. To nie tak, że uciekam od szczęścia. Przecież go pragnę, a tego pierwszego nie znoszę.
Nie znoszę? Czyżby?
To w smutku słowa nabierają znaczeń. W smutku obrazy ożywają i ubierają się w trójwymiar.
Ucieczka od niego. I oglądanie się za nim. Czy nadąża? Czy się nie zgubił?
Może tak musi być.
Może łzy muszą podlewać oczy, by te nie wyschły. Nie straciły umiejętności patrzenia. I widzenia więcej. Widzenia przez, widzenia ponad, widzenia pomimo.
– Czuje pani smutek?
Smutek? Nie wiem. Dyskomfort życia. Czy może raczej świadomości życia.
Bez niego chyba już nie umiem.
To on nadaje znaczeń. Wszystkim i wszystkiemu.
Karmi kreatywność. Podsyca twórczą płodność. Pielęgnuje wrażliwość.
Wyrzec się go? W imię szczęścia? Szczęśliwym można bywać. Nie przeczę, że to kusi.
Smutek. Smutek organiczny, jak zwykłam mawiać, powtarzając po modernistach.

Czy ten smutek rzeczywiście jest zły? Chory może bardziej.

3:20
Sen nie chce przyjść. Zdrajca, zawsze oszukuje. Za to smutek… smutek wziął mnie w ramiona. I mocno do siebie przytulił.

Podziel się!

281 – smutek, lęk i pragnienie życia

Przepełnia mnie ogromny smutek. Taki, na granicy którego odechciewa się żyć. A jednocześnie rządzi mną lęk – przed tego życia utratą.
Poważne wątpliwości, co stanu swojego zdrowia – czy to tylko somatyzacje?
Przypomniał mi się cytat ze mnie, z któregoś wiersza:

„W desperackim pragnieniu śmierci, drzemie największa wola życia.”

Podziel się!

277 – o myślach samobójczych słów kilka

Czasem tak trudno wytrzymać. Z sobą. Swoimi myślami. Schematycznymi zachowaniami i reakcjami. Automatyzm myśli samobójczych, burzliwość emocji pojawiających się chaotycznie i nieadekwatnie do sytuacji, przeraża i odbiera poczucie kontroli nad własnym życiem.

Terapeuta do znudzenia powtarza, że o ile na nastrój bezpośredniego wpływu nie mam, to na zachowanie już tak.
– Ważne jest, aby zrobiła pani dla siebie coś dobrego, żeby nie była pani bierna, bo to pogłębia ten stan, w którym pani jest.
Gdy zastosowałam się do jego rady, okazało się, że z tego stanu beznadziei można się wyrwać. Nie, nie poczuć znakomicie i zostawić za sobą tendencje do samozniszczenia. Ale poczuć, że ma się choć odrobinę wpływu na samopoczucie.
Oddalanie od siebie myśli samobójczych to ciężka i mozolna praca, ale nie syzyfowa. Mózg dąży do jak najmniejszego zużycia energii, wybierając utarte ścieżki i preferując działanie schematyczne. Gdy całymi latami odpowiedzią na pojawiające się problemy było pragnienie śmierci (a właściwie ucieczka od życia), niezwykle trudno jest przestawić się na aktywne ich rozwiązywanie.
Powoli uczę się, że jestem odpowiedzialna za własne życie. I powoli tę odpowiedzialność na siebie biorę. Wciąż często zakładam ręce i ze łzami w oczach przeklinam swój los. Pozwalam sobie na bezwładne płynięcie z nurtem negatywnych emocji i fałszywej wiary w niemoc zmiany czegokolwiek. Jednak coraz częściej, w trakcie obmyślania planu samobójczego, udaje mi się powiedzieć sobie:
– Zrób dla siebie coś dobrego. Zrób cokolwiek. Nie uciekaj – walcz.
I czasem nawet tę walkę podejmuję.

Podziel się!

276 – życie jest piękne – uwierz

Muszę, muszę dać sobie radę. Przecież nie sama, a z pomocą terapeuty.
Muszę się z tego wygrzebać. Nie spać całymi dniami. Jeszcze tyle wschodów słońca jest do obejrzenia.
Muszę dać radę. Znów zapragnąć życia.
Przecież obiecałam sobie, że więcej za kraty nie wrócę.
Mówię, krzyczę do siebie:
„Życie jest tak piękne! Tylko w to uwierz…”

Podziel się!

274 – kryzys

Wczoraj i Lorafen nie był w stanie pomóc.
Cały dzień katar, osłabienie i kichanie. Leżenie w łóżku na przemian z próbami pracy.
Wieczór przyniósł prawdziwe załamanie. Potoki łez. Obmyślanie planów na wyjście ostateczne. Wściekłe trzaśnięcie drzwiami z tabliczką „Życie”. To miał być koniec. Nie wiedziałam tylko jak.
Jak zostawić Mrówka? Jak zostawić ojca i ciotkę? I, w końcu, jak zrobić to śmiertelnie chorej matce? Czułam się postawiona pod ścianą. Kolejne tabletki lorazepamu i kolejne łzy. Nic nie dawało ukojenia.
A noc?
Noc przyniosła cztery godziny snu. Cztery cholerne godziny, podczas których mogłam zapomnieć, że żyję.
A teraz znów pita kawa, łykane leki. Oczekiwanie na sesję po urlopie terapeuty.
11:45 – idę tam jak na ścięcie. Jak mu powiedzieć, że jest znacznie gorzej niż gdy wyjeżdżał?

Próbuję zająć głowę pracą i kolejnymi recenzjami. Ale to dziwnym trafem, tylko przybliża mnie do nieuchronnego…

Podziel się!