344 – poranek

Wstałam o 8:18, zrobiłam dwie kawy-siekiery i siadłam przed komputerem. Po standardowym sprawdzeniu poczty, w Google wpisałam „fundacja pomocy bezdomnym”. Wczoraj wieczorem gadałam o tym z Mrówkiem. Uważa, że powinnam spróbować.
Przeglądałam kolejne strony fundacji. „Jeśli jesteś młody, energiczny…”, „poszukujemy optymistycznie nastawionych wolontariuszy”, „jeśli twoją pasją jest drugi człowiek” – ta… pasuję do opisu kandydatów na wolontariuszy, jak pięść do nosa. Mówiłam, że to się nie uda. Ja – gburowata, zamknięta w sobie, z wiecznie skwaszoną miną, milcząca, bojąca się wszystkiego, nieporadna, niezaradna. Szkoda gadać.
Wyłączyłam przeglądarkę i otworzyłam plik „Majki”. Może uda mi się dopisać choć kilka zdań.

Podziel się!

338 – terapia borderline: motywacyjnie

Przespałam się z emocjami po wczorajszej sesji. Pojawił się jakiś optymizm i zadowolenie z siebie w odpowiedzi na przełamanie lęku i wstydu. Choć te dwie emocjonalne przeszkody wciąż próbuję przełknąć. Wiem, że to, co robię, robię dla siebie, swojego dobra. Dodatkowo te wszystkie komentarze i prywatne wiadomości od Was dodają mi dużego kopa siły i wiary. Wiary, że to, co robię ma sens. Czasem, gdy chcę się poddać myślę sobie, że są osoby, które mi kibicują, obserwują moje postępy, wzloty i upadki. I czuję jakiś moralny obowiązek, by tych osób nie zawieść.
Zrobiłam ze swojego leczenia proces publiczny i czuję, że byłabym nie w porządku wobec Was, nagle to przerywając.

A jeśli chodzi o terapię… Prawda jest taka, że im jest trudniej, tym większa satysfakcja się potem pojawia, gdy udaje mi się zadziałać przeciw chorym schematom.

Życzę Wam wszystkim dużo siły, wiary w siebie i możliwość zmian oraz wytrwania w Waszych trudnych procesach leczenia. A niezdecydowanych namawiam – podejmijcie leczenie. To się naprawdę opłaca!

Podziel się!

334 – śmierć Mrówczyńskiej?

Na poważnie rozważam uśmiercenie Mrówczyńskiej i zniknięcie z „życia publicznego”. Nie mam na to siły.
Co by nie robić, wszędzie to samo:
– Nie, nie tym razem, statut nie pozwala, to jest doskonałe, ale… Trzymam kciuki i życzę powodzenia! Nie jesteśmy zainteresowani, nie mamy takich funduszy – i tak w cholerne kółko.
Jaki jest tego sens? A jaki koszt? Straty chyba przewyższają zyski i nie mam na myśli nic materialnego.
Na cholerę komu ta Anka. Na cholerę mi?

Rozmyć się. Rozłożyć ciało na atomy. Książki na litery. I zniknąć – jak pod słońcem mgła…

Podziel się!

333 – terapia borderline: bliskość

– Odczuwa pani silny lęk przed bliskością i musimy być przygotowani na to, że im bardziej będzie się pani czuła za mną związana, tym bardziej będzie chciała to zniszczyć. Co nie znaczy, że pani tej bliskości nie potrzebuje i nie pragnie – mówił terapeuta, a ja się z nim w pełni zgadzałam.
Jestem świadoma zarówno lęku, jak i pragnienia bliskości, bezwarunkowej akceptacji, wypuszczenia terapeuty do najintymniejszych zakamarków swojego świata wewnętrznego.
I myślę, że wczorajszy sen był tego potwierdzeniem. Nie bez powodu przyśnił mi się w noc poprzedzającą sesję. Nie bez powodu śnił mi się terapeuta, który kazał mi się zwijać w kłębek i mocno mnie przytulał całym sobą. Jak i nie bez powodu nie potrafiłam o nim opowiedzieć na terapii.
Lęk jest tak silny, że nie umiem mówić wprost o tej potrzebie. Odczuwam silny wstyd przed mówieniem o bliskości. Wszystkie sny, myśli, emocje, które pojawiają się w związku z nią, nie są na sesji artykułowane. Owszem, o lęku przed nią – mówię. Jednak, gdy mam powiedzieć o czymś, co świadczy o poczuciu bliskości, przywiązania – nie przechodzi mi to przez gardło. Jestem świadoma, że terapeuta może się tego domyślać i zapewne domyśla się. Jednak, gdy pyta o różne szczegóły – nie odpowiadam. Ratuję się odpowiedzią:
– Nie wiem – często nawet nie jest to kłamstwem, bo mechanizmy obronne zwyczajnie odcinają mnie od wiedzy, której wyjawienie oznaczałoby zbyt duże zbliżenie.
– Pani Aniu, gdy odpowiada pani „Nie wiem”, to tak, jakby dawała mi pani sygnał, że nie jest zainteresowana kontaktem, trzymała mnie na dystans, mówiła „Nie chcę mi się z Tobą gadać”.
Wiem. Wiem i bardzo mi to nie odpowiada. Chcę się przełamać, ale nie potrafię. Nie umiem zacząć. Gdy układam sobie w głowie zdanie i zbieram się w sobie, żeby je wypowiedzieć, a w moim umyśle jawi się ono jako zagrażające, powstaje mur, bariera, która zamyka mi usta. I za każdym razem schemat jest ten sam. Pada pytanie:
– O czym pani myśli?
– O niczym, mam pustkę w głowie – odpowiadam, choć dobrze wiem, że to nieprawda.
Co zrobić? Jak się przełamać?
Jutro znów spróbuję. Postaram się opowiedzieć o śnie. O pragnieniu jeszcze większej bliskości i poczuciu, że bardzo się do niego zbliżyłam.
A jego pocięcie mnie – mój lęk przed zranieniem, opuszczeniem? A może wyniesione z dzieciństwa przeświadczenie, że krzywdzenie może być objawem miłości i troski?

– Zbiłem cię, dla twojego dobra, bo cię kocham – rzucił ojciec, gdy po wpierdolu leżałam obolała i wystraszona na łóżku.

W moim świecie wewnętrznym bliskość jest zagrażająca i jest źródłem największych w życiu cierpień.

Podziel się!