319 – refleksje cmentarne

Początek listopada pogłębia refleksyjność. Każe wspominać, co było, co mogłoby być, gdyby…
Wieczór, ciemność. A wkoło tysiące grobów rozświetlonych mdłym blaskiem zniczy. Kiedyś było jasno. Lane znicze z grubymi knotami tworzyły łunę unoszącą się nad cmentarzem. A teraz?
Labirynt ścieżek między nagrobkami. Żywi martwym podający dłoń.
Rodzinny grób mógł być już wielokrotnie zasilony tym ciałem. Moim ciałem. A mimo to, wciąż tu przychodzę. O własnych siłach.

Początek listopada 2008. Szpital psychiatryczny. Ksiądz na świetlicy odprawia nabożeństwo za zmarłych.
– Wieczny odpoczynek racz im dać Panie! – wypełnia pusty korytarz oddziału. Na jego końcu ja – wpatrzona w świat za kratami. Łzy. Jedna za drugą. Po chwili potok, niedający się zatrzymać.
Wisielcza pręga na szyi uświadamia, że tego dnia rodzina mogła zapalać znicz na moim grobie. Wystarczyłoby, że Mrówek znalazłby mnie kilka minut później.

I ta powracająca niepewność. Może jednak leżę w tym grobie? Może nie wiem, że nie żyję? Bo skąd mogę mieć pewność? Czy brak inskrypcji na temat mojej śmierci jest wystarczającym dowodem?

Podziel się!

301 – niemy krzyk

Chciałabym krzyczeć:
– Błagam! Niech mi ktoś pomoże!
Choć sama nie wiem w czym.
Wydrukowałam te dziewięćdziesiąt stron „Autoterapii”. Czytam. Jestem na stronie numer pięćdziesiąt dziewięć. I nie mogę więcej. Nie zniosę. Rozpadłam się na części. Na kawałki. Rozbryzgałam na odłamki jak kryształ.
Nie sądziłam, że nawet podejście z takim dystansem do swoich problemów może być tak bolesne.
Chcę mi się płakać. I ciąć. I nażreć tabletek, których nie mam. Obojętnie, byle co. Żeby tylko nie czuć.
Zaklinam rzeczywistość, żeby pomógł ktoś, choć tylko sama mogę sobie pomóc.

Podziel się!

285 – smutku!

Przecież to nie tak, że dążę do smutku. To nie tak, że uciekam od szczęścia. Przecież go pragnę, a tego pierwszego nie znoszę.
Nie znoszę? Czyżby?
To w smutku słowa nabierają znaczeń. W smutku obrazy ożywają i ubierają się w trójwymiar.
Ucieczka od niego. I oglądanie się za nim. Czy nadąża? Czy się nie zgubił?
Może tak musi być.
Może łzy muszą podlewać oczy, by te nie wyschły. Nie straciły umiejętności patrzenia. I widzenia więcej. Widzenia przez, widzenia ponad, widzenia pomimo.
– Czuje pani smutek?
Smutek? Nie wiem. Dyskomfort życia. Czy może raczej świadomości życia.
Bez niego chyba już nie umiem.
To on nadaje znaczeń. Wszystkim i wszystkiemu.
Karmi kreatywność. Podsyca twórczą płodność. Pielęgnuje wrażliwość.
Wyrzec się go? W imię szczęścia? Szczęśliwym można bywać. Nie przeczę, że to kusi.
Smutek. Smutek organiczny, jak zwykłam mawiać, powtarzając po modernistach.

Czy ten smutek rzeczywiście jest zły? Chory może bardziej.

3:20
Sen nie chce przyjść. Zdrajca, zawsze oszukuje. Za to smutek… smutek wziął mnie w ramiona. I mocno do siebie przytulił.

Podziel się!

281 – smutek, lęk i pragnienie życia

Przepełnia mnie ogromny smutek. Taki, na granicy którego odechciewa się żyć. A jednocześnie rządzi mną lęk – przed tego życia utratą.
Poważne wątpliwości, co stanu swojego zdrowia – czy to tylko somatyzacje?
Przypomniał mi się cytat ze mnie, z któregoś wiersza:

„W desperackim pragnieniu śmierci, drzemie największa wola życia.”

Podziel się!

277 – o myślach samobójczych słów kilka

Czasem tak trudno wytrzymać. Z sobą. Swoimi myślami. Schematycznymi zachowaniami i reakcjami. Automatyzm myśli samobójczych, burzliwość emocji pojawiających się chaotycznie i nieadekwatnie do sytuacji, przeraża i odbiera poczucie kontroli nad własnym życiem.

Terapeuta do znudzenia powtarza, że o ile na nastrój bezpośredniego wpływu nie mam, to na zachowanie już tak.
– Ważne jest, aby zrobiła pani dla siebie coś dobrego, żeby nie była pani bierna, bo to pogłębia ten stan, w którym pani jest.
Gdy zastosowałam się do jego rady, okazało się, że z tego stanu beznadziei można się wyrwać. Nie, nie poczuć znakomicie i zostawić za sobą tendencje do samozniszczenia. Ale poczuć, że ma się choć odrobinę wpływu na samopoczucie.
Oddalanie od siebie myśli samobójczych to ciężka i mozolna praca, ale nie syzyfowa. Mózg dąży do jak najmniejszego zużycia energii, wybierając utarte ścieżki i preferując działanie schematyczne. Gdy całymi latami odpowiedzią na pojawiające się problemy było pragnienie śmierci (a właściwie ucieczka od życia), niezwykle trudno jest przestawić się na aktywne ich rozwiązywanie.
Powoli uczę się, że jestem odpowiedzialna za własne życie. I powoli tę odpowiedzialność na siebie biorę. Wciąż często zakładam ręce i ze łzami w oczach przeklinam swój los. Pozwalam sobie na bezwładne płynięcie z nurtem negatywnych emocji i fałszywej wiary w niemoc zmiany czegokolwiek. Jednak coraz częściej, w trakcie obmyślania planu samobójczego, udaje mi się powiedzieć sobie:
– Zrób dla siebie coś dobrego. Zrób cokolwiek. Nie uciekaj – walcz.
I czasem nawet tę walkę podejmuję.

Podziel się!