276 – życie jest piękne – uwierz

Muszę, muszę dać sobie radę. Przecież nie sama, a z pomocą terapeuty.
Muszę się z tego wygrzebać. Nie spać całymi dniami. Jeszcze tyle wschodów słońca jest do obejrzenia.
Muszę dać radę. Znów zapragnąć życia.
Przecież obiecałam sobie, że więcej za kraty nie wrócę.
Mówię, krzyczę do siebie:
„Życie jest tak piękne! Tylko w to uwierz…”

Podziel się!

274 – kryzys

Wczoraj i Lorafen nie był w stanie pomóc.
Cały dzień katar, osłabienie i kichanie. Leżenie w łóżku na przemian z próbami pracy.
Wieczór przyniósł prawdziwe załamanie. Potoki łez. Obmyślanie planów na wyjście ostateczne. Wściekłe trzaśnięcie drzwiami z tabliczką „Życie”. To miał być koniec. Nie wiedziałam tylko jak.
Jak zostawić Mrówka? Jak zostawić ojca i ciotkę? I, w końcu, jak zrobić to śmiertelnie chorej matce? Czułam się postawiona pod ścianą. Kolejne tabletki lorazepamu i kolejne łzy. Nic nie dawało ukojenia.
A noc?
Noc przyniosła cztery godziny snu. Cztery cholerne godziny, podczas których mogłam zapomnieć, że żyję.
A teraz znów pita kawa, łykane leki. Oczekiwanie na sesję po urlopie terapeuty.
11:45 – idę tam jak na ścięcie. Jak mu powiedzieć, że jest znacznie gorzej niż gdy wyjeżdżał?

Próbuję zająć głowę pracą i kolejnymi recenzjami. Ale to dziwnym trafem, tylko przybliża mnie do nieuchronnego…

Podziel się!

265 – być malkontentem

Nie chcę narzekać. Według badań, ma to zgubny wpływ na mózg. Malkontenctwo tworzy takie połączenia neuronowe w mózgu, które po pewnym czasie sprawiają, że narzeka się odruchowo. Zauważyłam to u siebie.
Jednak co zrobić, gdy do oczu wiecznie cisną się łzy i nic nie sprawia radości? Próbuję się czymś zająć. Nie siedzieć bezczynnie ze wzrokiem utkwionym w nieistotnym punkcie i nicością w myślach. Próbuję – dobrze powiedziane.
Łapię się na odcinaniu się od rzeczywistości. Nic nowego. Mija godzina, a ja wciąż jestem na tej samej stronie czytanego tekstu. Mija druga, a kursor miga w tym samym miejscu. Mija trzecia i wciąż zastanawiam się, co mogłabym powiedzieć.
Chciałabym się w kogoś wtulić i płakać godzinami. Albo położyć głowę na kolanach i zasnąć, by nie śnić koszmarów.
Chciałabym cieszyć się ze słońca. Biegać boso po łące. I śmiać się do mijanych ludzi. Ale pobyt na świeżym powietrzu marnuję na bezmyślne wpatrywanie się w nurt rzeki i rozmyślaniach nad bezsensem życia.
– Myśl pozytywnie! – krzyczę do siebie. Po czym szeptem dodaję – Tak bardzo nie chce mi się żyć…

Podziel się!

255 – kac po sesji

Wczoraj na zmianę: rozpacz, ulga, pętla na szyi, bezbrzeżny smutek, bezkresna pustka.
Amplituda sinusoidy emocjonalnej wprowadziła totalny chaos. Niedający się poskromić w żaden znany mi sposób.
Myśli autoagresywne, autodestrukcyjne i te jeszcze bardziej radykalne.
Uspokoiła mnie dopiero podjęta decyzja. Zjawienie się w poniedziałek w gabinecie, by zakończyć naszą współpracę. Należy mu się ten szacunek, by rozstać się osobiście, a nie za pomocą sms.

Dziś została tylko pustka, po kolejnej koszmarnej nocy.
Najpierw śnił mi się terapeuta. Oczywiście nie mogło zabraknąć elementów strzelaniny, śmiertelnego zagrożenia, lęku o życie Mrówka, i innych tego typu atrybutów koszmaru.
Potem akcja przeniosła się do cioci na wieś. Ogrodzenie jej podwórka graniczyło bezpośrednio z lasem, w którym grasował wściekły dzik. Wszyscy – ja, ciocia, Mrówek, rodzice – baliśmy się go bardzo, bo był zdeterminowany, by zabijać. Psy cioci chciały nas chronić, odgonić go. W obawie o ich życie, zagoniliśmy je do domu. W pewnej chwili dzik sforsował ogrodzenie. Zaczął biegać wokół domu, próbując się do niego dostać. W pośpiechu zasłanialiśmy żaluzje. Wszystko na nic. Wdarł się do środka. Uciekliśmy więc na dwór. Gdy ten wybiegł za nami, wróciliśmy do domu. Na zewnątrz została ciocia z psami. Byłam przerażona. Myślałam, że ona i zwierzęta zginą. W pewnej chwili usłyszałam jej wołanie. Wyszłam na ganek i zobaczyłam, że siedzi na schodku, a obok niej leżą psy – przytulone do dzika. Liżą go, on je delikatnie zaczepia. Okazało się, że ten dzik był wściekły, bo potrzebował bliskości – człowieka i psów. Ciocia drapała go za uchem, a on zaczął się tarzać na grzbiecie. Tak, jak robią to psy ze szczęścia.

Idąc tropem terapeuty, był to wyraz emocji. Czym więc był ten dzik? Mną, potrzebującą terapii, czy terapią, którą zaczęłam tak demonizować?

Podziel się!

253 – mówcie mi: motywacja!

Jako dziecko, byłam radosna, wesoła, pełna życia, bystra, rezolutna, ambitna, głodna świata, wiedzy, głodna nowych przeżyć i doświadczeń. Tak bardzo kochałam życie!
Nadal je kocham. To prawda, sześć razy próbowałam je sobie odebrać, ale nigdy nie straciłam do niego sentymentu.
Pozwoliłam, by zaburzenia zapanowały nade mną. Uwierzyłam, że to prawdziwa ja. Zaczęłam się niszczyć. Odrzuciłam to, kim byłam. Dałam się stłamsić objawom chorobowym.

Muszę. Muszę odzyskać kontrolę nad swoim życiem! Chcę być tym, kim miałam być.

Myślę, że uratowało mnie pisanie. Największa pasja mojego życia. Nawet w najgorszych chwilach, ze stryczkiem na szyi, z tyłu głowy miałam myśl, że chcę coś po sobie pozostawić, podzielić się swoimi myślami. Że chcę i muszę pisać.

To najlepsza motywacja do zaangażowania w terapię, podjęcia ryzyka bliskości z terapeutą – walka o własne marzenia, pasję. I życie.

Podziel się!