215 – truciciel

Sączy truciznę w żyły. Wmawiając, że to moja wina.
Atakuje. Unieważnia. Poniża.
Niszczy wszystko na swojej drodze. Oskarża ofiary o cierpienie.
Wokół palca ich życie owija.
Odbiera chęci. Wrażliwość i radość zabija.
Odwodzi od zmian, karząc za stagnację.
Wybuchając szyderczym śmiechem, unicestwia.

Podziel się!

210 – artyści zawsze umierają w biedzie

Moją głowę wypełniają myśli paranoiczne. Czuję nowotwory w każdym zakamarku ciała. Nieustanny ból. Czy psychosomatyczny?
W poniedziałek mama wychodzi ze szpitala. Po raz drugi pokonuje złośliwego raka. Przecież jestem do niej tak podobna…
Chciałabym się przebadać. A jedynym sposobem na ubezpieczenie jest etat. Przez umowę z wydawnictwem nie kwalifikuję się na bezrobocie.
Osiem godzin w pracy? Najniższa krajowa. Bycie pieprzonym robotnikiem, wiecznie pomiatanym przez zwierzchników i współpracowników.
– Ja nie mogę iść na etat – próbowałam tłumaczyć cioci.
– Dlaczego?
– Bo ja chcę być pisarką!
– Dziecko, porzuć te mrzonki.
Nie ma to jak wsparcie bliskiej osoby.
Pracując na etacie nie ma mowy o pisaniu. Wieczne niewyspanie. Brak czasu. Zmęczenie.
Wracając z roboty po ośmiu godzinach harówki i gnębienia przez „koleżankę”, jedyne o czym myślałam to był sen. Żeby tylko uciec. Zapomnieć. Potem doszedł alkohol, tabletki i cięcie. Rozpaczliwe pragnienie, żeby się znieczulić.
– Zostaje ci przecież weekend na pisanie.
Czyżby? Sen do piętnastej, zakupy, obiad, sprzątanie. Tępe gapienie się w beznadziejny film.
Poczucie marnowania życie, które przecież od małego chciałam poświęcić sztuce. I wiem, nie zrozumie mnie nikt, kto nie był w takiej sytuacji.
Nie po to walczę z sobą o każdy kolejny dzień, by nie móc tworzyć.

Po raz kolejny. Łzy w oczach. Lęk. I poczucie, że z tej sytuacji nie ma wyjścia.
Nie potrafię być robotem. Bezmyślnym zoombie pakującym towar w kartony. To mnie zabija.

Ale czego ja chcę… W końcu od zarania dziejów, artyści umierali w biedzie.
Proszę tylko o jedno.
Dajcie mi jeszcze kilka lat. Chcę zdążyć spisać to, co we mnie siedzi.

Podziel się!

209 – piąta piętnaście

Jest piąta piętnaście.
Otula mnie chłodne powietrze, wpadające przez otwarte okno.
Ptaki swe kłótnie zaczęły jakiś czas temu. I słońce się wkrada, nie dając zasnąć.
Czuję, że każda komórka ciała choruje. Każdy fragment DNA mutuje. Wszystko, co tworzy mnie, jest przeciwko mnie.
Tak bardzo pragnę żyć, lecz umieram w przyspieszonym tempie.

Podziel się!

204 – zakratowane wspomnienia

Wiosna zawsze była czasem wyjątkowym. Pijany zapach za oknem, jak donoszą naukowcy. Upajałam się nim.
Maj słońcem wypalał cierpiącą duszę. Wiosennym deszczem oczyszczał. Ciepły wiatr puszczał latawce z poczucia rzeczywistości. To zawsze było tak nierealne…

Od dwóch lat wiosna jest czasem szczególnym. Rocznicą mojego zmartwychwstania. Młody bóg uświadomił sobie, że ta zaciśnięta pętla na szyi nie jest jego anatomiczną częścią. Że to tylko zbędny rekwizyt. Młodoboska świadomość zapragnęła ją ściągnąć.

Do szpitalnych murów wchodził światopoglądowy samobójca. Psychiatryk opuścił już piewca życia. Artystyczny renesans uzasadniał tę zmianę. Lewej ręce, już nie podcięcie żył, a pisanie zostało przeznaczone.

W murach psychiatryka, za zakratowanymi oknami, pozostał duch pogardy dla życia. Czasem wciąż słyszę jego zrozpaczone wołanie:
– Wróć po mnie! To ja jestem prawdziwy! Jestem tobą! Wróć po mnie!
Lecz teraz odwracam słuch. I skupiam go na ptasich rozmowach.

Podziel się!

202 – naprawdę nie mam siły…

Mam napisać prawdę?
Pod koniec tygodnia mama ma operację.
Tak szczerze?
Gdyby nie śmiertelna choroba matki, już by mnie nie było. Nie mam siły. Nie chcę żyć. Po raz kolejny, nie mam siły. Pragnę śmierci. Błagam, Boże, w którego nie wierzę, daj mamie żyć, pozwól mi umrzeć. Ja tak bardzo nie chcę żyć! Boże, jeśli istniejesz, zabij mnie! Tak bardzo nie chcę żyć!!!

Podziel się!