155 – speliny w służbie nauce i sztuce

Tak mnie wzięło na wspominki.

Przed maturą sporo wagarowałam. Chodziłam na wybrane lekcje i fakultety. Resztę czasu spędzałam w spelunce kilka kilometrów od szkoły. Uczyłam się, pijąc piwo i snując plany na przyszłość. Chciałam iść na filozofię. Zrobić magistrat. Zostać na uczelni i się doktoryzować. A potem dalej i dalej.
Pierwszy semestr na wymarzonym kierunku zakończyłam z wysoką średnią. Później wszystko zaprzepaściłam, ale dziś nie o tym.

Po zakończonych egzaminach maturalnych przez jakiś miesiąc wychodziłam rano z domu. Szłam do speluny (typowej menelni), kupowałam duże piwo z beczki za trzy złote i pisałam. Ah! Jak ja pisałam! Poematy, wiersze, manifesty artystyczne.
Gdzie są te wszystkie zapisane kartki? Nie mam pojęcia. Całkiem możliwy scenariusz jest taki, że przesadziłam z alkoholem i gdzieś to zgubiłam. Bądź zalegają w kartonie wśród innych papierów oznaczonych jako arcyważne przy przeprowadzce. Nie wiem. Mam naprawdę krótką i dziurawą pamięć.

Podziel się!

153 – osobowość jak książka

Nad Majką myślałam wiele miesięcy. Ukladałam w głowie wydarzenia, kreśliłam rysy postaci.
Jednak dopiero podczas pisania historia nabiera rumieńców, a bohaterowie zaczynają żyć własnym życiem. Z płaskich założeń wykreowany świat staje się trójwymiarowy.
Jakiś czas temu przechodzilam poważny kryzys tożsamościowy. Był on wynikiem komentarza terapeuty, że być może siebie nie znam i bez zaburzeń byłabym innym człowiekiem.
Przeraziło mnie to. Podświadomie obawiałam się, przyjdę na sesję, a terapeutą stwierdzi:
– Oto nowa ty.
A ja siebie nie rozpoznam i nie zaakceptuję.
Jednak pisanie Majki złagodziło ten lęk. Zrozumiałam, że zmiana osobowości to proces. Powolny. Któremu można się przyglądać, a każdą zmianę obserwować i odnotować.
Tak więc terapia jest jak pisanie książki. Z jakichś założeń powoli wyłaniają się efekty, które można skorygować.
Tak, jak piszę Majkę, tak chcę napisać siebie. Od nowa. Chcę przepisać siebie na czysto. Bez tych wszystkich błędów i wielokrotnych skreśleń.

Podziel się!

152 – wokół sztuki

Nieustępliwie odwracam głowę od klamki, gdy wzrok nieświadomie na nią wędruje.
To nie czas i miejsce. Przede wszystkim nie rozwiązanie.
Uwagę skupiam na pisaniu lub czytaniu. Dopracowywaniu historii Majki.
Marzę o tym, by utrzymywać się z pisania.
Magicznym myśleniem zaklinam rzeczywistość, by zechciała być dla mnie łaskawa. Dziecięce marzenie o byciu artystką i wpisaniu się w historię polskiej literatury wciąż jest żywe. Wielkie i silne jak nigdy.
Niedostosowanie do życia? A pokażcie mi artystę, który był przystosowany. Na pewno żaden z kręgów mojego zainteresowania.
Świat jest rozczarowujący. Wolę żyć w swoim. Wypuszczając do niego tylko tych, którzy zechcą się w nim znaleźć.

Zapraszam.

Podziel się!

151 – niedostosowanie do życia

Podobno większość osób z pogranicznym zaburzeniem osobowości doskonale daje sobie radę w życiu zawodowym. Cóż, ja dostałam przydział do tej mniejszej grupy – całkowicie nieporadnej życiowo.
Już pominę załatwianie wszelkich spraw dorosłego życia.
Praca.

Pierwszą pracę załatwiłam sobie mając szesnaście lat. Chciałam na wakacjach dorobić roznosząc ulotki popularnej sieci pizzerii. Latałam z wywalonym ozorem po mieście w czterdziestostopniowy upał. Wytrwałam tak dwa dni. Poddałam się. Ile zarobiłam? Nic. Okrągłe nic. Nie, nie oszukali mnie. Po wypłatę nie poszłam. Powód? Wstydziłam się. Było to dla mnie zbyt krępujące.

Druga praca też trwała dwa dni. Mając jakieś dwadzieścia lat, poszłam do agencji pracy tymczasowej. Załatwili mi przemetkowywanie ubrań popularnej sieciówki. Innymi słowy – praca na magazynie na jakimś wypizdowiu, gdzie dojeżdżał tylko bus pracowniczy. Urobiłam się jak dziki wół. Wypłata wpłynęła na konto Mrówka (wtedy jeszcze swojego nie miałam) po jakiś dwóch miesiącach. Dzwonili potem jeszcze z agencji. Nie odbierałam.

Mając dwadzieścia sześć lat postanowiłam znaleźć etat – chciałam być ubezpieczona, żeby móc się leczyć. Wtedy jeszcze naiwnie wierzyłam, że NFZ zapewni mi taką pomoc terapeutyczno-psychiatryczną, jaką potrzebuję. Pierwszy miesiąc przepracowałam na umowę zlecenie. Po okresie próbnym zadowolona podpisałam umowę o pracę. I się zaczęło. Mój stan się stopniowo pogarszał. Z każdym dniem było coraz gorzej. Trzymiesięczny koszmar zdawał się nie mieć końca. Alkohol, cięcie. Silne myśli samobójcze. W końcu upragniona wizyta u psychiatry i L4. Kilka dni później rozpoczęcie terapii grupowej. Potem psychiatryk.

Rok później znów stwierdziłam, że muszę iść do pracy. Tym razem miało być inaczej. Już nie miałam być zwykłym robolem, a pomocą kuchenną. Lubiłam gotować, a brak doświadczenia lub wykształcenia zmuszał mnie do bycia pomocnikiem. Chciałam jednak awansować. Zająć się gotowaniem na poważnie. I znów to samo. Na początku się cieszyłam. Było dobrze. Ale z każdym kolejnym dniem mój stan się pogarszał. Chlanie przed pracą, chlanie w pracy, chlanie po pracy. Cięcie, benzodiazepiny. Rzuciłam tę robotę po trzech miesiącach. Mając w ręce skierowanie na oddział zamknięty w trybie pilnym.

Minął kolejny rok. Znów twierdzę, że powinnam iść do pracy. Ale nie szukam jej. Czuję, że jestem całkowicie niedostosowana do życia. Nie pasuję do kapitalizmu. Nie wiem, czy pasowałabym gdziekolwiek.
Mam przez to silne myśli samobójcze. Pasożytuję.
Praca sprawia, że zmieniam się w bezmyślnego robota. Po powrocie do domu nie mam siły na nic. Tylko zmęczenie i pustka. Pustka. Pustka. A wtedy to już tylko kłaść się do grobu.

Podziel się!

150 – nie pasuję tu, do tego świata

Terapeuta zauważył, że wciąż jest we mnie żal. Do rodziców, specjalistów, których odwiedzałam.
Za błędne diagnozy. Bagatelizowanie objawów i problemów.
Połowę życia bujam się sama z tymi pieprzonymi objawami borderline.
Zmarnowałam najlepsze lata swojego życia. Byłam tak zajęta niszczeniem siebie, że zapomniałam żyć.
Przebudzam się z trzydziestką na karku i ręką w nocniku. Świadomością, że nie pasuję do tego kapitalistycznego świata. I poczuciem, że już nic nie da się zrobić.

Podziel się!