178 – od początku do końca

Uwielbiam te chwile, gdy udaje mi się coś skończyć. Jestem ich szalenie głodna. Ukończenie czegokolwiek jest w moich oczach sukcesem. Szczególnie dlatego, że nigdy nie mogę nic skończyć.
– To stwierdzenie nie jest zgodne z prawdą – zwrócił mi uwagę terapeuta.
Poprawiłam się, więc:
– Zazwyczaj nie mogę nic skończyć.
Celebruję te chwile. Udzielam sobie pochwał. Szukam pretekstów do ich zwielokrotniania:
Przecież trzeba książkę przeczytać jeszcze raz – po poprawkach. Zawsze znajdzie się coś jeszcze. Więc po kolejnych poprawkach – znów skończyłam pisać! Jest czas na świętowanie, a potem znów – trzeba przeczytać jeszcze raz.
Spodobało mi się robienie czegoś od początku do końca. Dla tego dobrego samopoczucia i zadowolenia z siebie.
Ze spokojną głową otwieram plik trzeciej części Młodego boga. I wiem, że ją też ukończę.

Podziel się!

176 – czy ta psychoterapia jest skuteczna?

Dwa lata bez próby samobójczej. Dziewięć miesięcy bez podwieszania. Pięć miesięcy bez cięcia.
Sukcesy – niewątpliwie. Jednak mnie cieszy coś innego.
Na pytanie:
– Jaka jesteś?
Już na pewno nie odpowiem „autoagresywna, autodestrukcyjna”. To nie ja – to choroba. Wrażliwość już nie myli mi się z niszczeniem siebie.

Całe życie towarzyszyła mi huśtawka emocjonalna. Było to trudne do zniesienia, dlatego nauczyłam się radzić sobie z nią. Oczywiście biernie. Pogrążyłam się w wiecznym smutku, utożsamiłam się z nim i nazwałam go organicznym. Wahania zaczęły oscylować między „źle” i „tragicznie”. W pewnym sensie, przyniosło to ulgę. Uwierzyłam, że to jedyne rozwiązanie. W smutku odnalazłam miejsce dla swojej twórczości. Dostarczał weny, inspirował. Przeklęłam życie i siebie, całkowicie oddając się cierpieniu. Papier wszystko przyjmował. Rzyganie sobą i emocjonalne konwulsje. Chciałam głosić prawdę. A jedyną prawdą wydawały się bezsensowność i cierpienie.

Tragizm, bezsens, rozpacz, autoagresja, autodestrukcja, tendencje samobójcze – przyjmowałam to za nierozłączną część mnie. Za coś mnie definiującego. Coś, bez czego stanę się nikim. Zniknę.
Pan M. przebił się przez skorupę mechanizmów obronnych. Pobudził do myślenia odpowiednią część mnie. W końcu udało mi się to przetrawić.
Teraz widzę, że to objawy chorobowe. Już nie odbieram ich, jako części mojego światopoglądu. Jako części swojej osobowości. To taki paskudny emocjonalny nowotwór, który nacieka na zdrowe tkanki – racjonalne postrzeganie świata, siebie. Tworzy zniekształcenia. Wpływa na reakcje – emocje i zachowanie. Chcę się go pozbyć. Już nie boję się, że stracę część siebie. I że przestanę być twórcza.

Podziel się!

172 – bezczas

Życie obfituje w nieprzewidziane zwroty akcji. Kolejny raz, w głębokiej czarnej dupie, zauważyłam przebłysk. Nagłe olśnienie.
Kluczem jest bezczas. Czasoprzestrzeń z właściwościami próżni.
Wolna od czasu. Wolna od życia. Wolna od śmierci.
Pobyt w niej to stan między życiem, a śmiercią. Niebyt. Nieżycie bez konieczności umierania.
(Może stąd to pragnienie śmierci klinicznej? To zamiłowanie do stanu zawieszenia?)
Bodziec. W następstwie przykre emocje. Fantazje o bezczasie. Izolacja. Wycofanie z wszelkich kontaktów. Pozbawienie się możliwosci redukcji złości. Kumulacja złości. Pojawienie się agresji. Chęć odreagowania na sobie. Lęk i poczucie winy. Wzrost poziomu złości i agresji. Konfliktowość. Jeszcze wieksza izolacja. I tak w kółko.
Bezczas jest kluczem. Jak mówiłam.

Podziel się!

170 – borderline vs. schizoidalne bierno-agresywne

Do tej pory myślałam, że moim głównym problemem są objawy borderline. Terapeuta coraz bardziej mnie uświadamia, że destrukcyjna jest dla mnie również bierna agresja. Cechy schizoidalnego też robią swoje.

Trudno jest mi być w kontakcie.
– Coś do pani mówię, a pani nie odpowiada, w żaden sposób się do tego nie odnosi. Milczy. Zupełnie, jakby ignorowała moje wypowiedzi. Jakby nie była pani w ogóle zainteresowana kontaktem.
Milczenie. Co miałabym odpowiedzieć? Bronić się, że to wcale nie tak? Nie musiałam.
– Ja wiem, że tak nie jest. Ale gdybym nie był świadomy przyczyn, mógłbym tak pomyśleć. Tak to wygląda z boku, dla otoczenia.
– Zapytałam Mrówka, czy moje milczenie i izolowanie się odbiera jako agresję. Potwierdził.
– I co pani na to?
– Zdziwiłam się. Tyle razy pan o tym mówił. Teraz Mrówek potwierdził pana słowa. Niby przyjęłam to do wiadomości…
– Ale?
– Jakoś trudno mi w to uwierzyć…
– Bo nie kojarzy pani bierności z agresją, prawda?
– Milczenie bardziej kojarzy mi się z uległością.
– Pani Aniu, musi pani sobie uświadomić, że ta bierność jest dla pani bardzo destrukcyjna.

Temat poruszamy prawie od początku. A ja wciąż nie potrafię pogodzić się z tym, że nie robiąc nic – jestem agresywna.
Po prostu. Zapadam się we własnym świecie. Znikam. Widać ciało, ale ja nie istnieję. Jak mogę tym krzywdzić?

Pisząc tę notatkę uświadomiłam sobie, że, co prawda, relacja z terapeutą powoli się pogłębia i coraz więcej na sesjach nawiązuję z nim kontakt, jednak jest to czysto intelektualne doświadczenie. Emocjonalnie jestem odcięta. Zarówno od niego – wprawdzie ufam mu i czuję się przy nim bezpiecznie, ale emocjonalnie jest mi zupełnie obojętny. Nie mogę powiedzieć, że go lubię albo jest mi bliski. Jak i od treści dialogów – mówiąc nawet o najboleśniejszych emocjach, przeżyciach, będąc w fatalnej formie, nie odczuwam emocji. Mówię, jakbym pisała książkę, zdecydowanie nie autobiograficzną.

Podziel się!