104 – krytyka

Bezsenna noc. Przebijałam się przez bezkresne odmęty internetu. Przed czwartą znalazłam coś, czego wolałabym być nieświadoma.
Opinia, że Młody bóg jest na poziomie opowiadania dziecka z podstawówki.
– Pierdolę! Rzucam to pisanie!
I od razu myśli samobójcze. Fantazje o rzemiennej skakance. Trzymam ją pod łóżkiem. Nie mogąc zasnąć ściskam w ręce. Jakbym trzymała własne przeznaczenie.
Wiem. Przecież wiem, że muszę liczyć się z krytyką. A jednak. Nieprzychylne zdanie znów mnie pokonało. Rozłożyło na łopatki.

Podziel się!

103 – gdzie jest sens?

Im bliżej jestem skończenia drugiej części Młodego boga, tym bardziej się waham. Czy ta książka ma sens? Czy komuś będzie chciało się czytać same dialogi z terapeutą? Coraz częściej myślę, że to pisanie jest bezcelowe.

Dwa ulubione słowa poprzedniego terapeuty? Dwa słowa, które padały chyba najczęściej?
„JA” i „MNIE” – oczywiście w odniesieniu do jego osoby.
Źle się czułam w tygodniu? Zapewne dlatego, że mi go brakowało i czułam się przez niego opuszczona.
„Jak pani myśli, co ja myślę o pani?”
„Jak pani myśli, jak ja się czuję z pani milczeniem?”
Co tydzień, przed każdą sesją, widziałam jak nerwowo pali fajkę przed budynkiem, w którym miał gabinet.
Taki oo, egocentryczny, znerwicowany terapeuta.

Podziel się!

102 – na huśtawce

Cały dzień było dobrze. Dobry humor, w konsekwencji którego napisałam kolejny rozdział książki.
Poszłam na zakupy. Potem zaczęłam robić obiad.
I nagle wszystko straciło sens. Wróciły myśli samobójcze. A to wszystko przez status borderline. Pograniczne zaburzenie osobowości, jak sama nazwa wskazuje, jest tylko zaburzeniem. Nie chorobą. A ja się pytam, kurwa, dlaczego?
Leczenie na NFZ graniczy praktycznie z cudem. Pomijając fakt, że czeka się na nie około roku. Pomoc, którą oferuje państwo, nie wystarcza. Żeby terapia była efektywna, potrzeba co najmniej dwóch sesji tygodniowo. W praktyce wygląda to tak, że można liczyć na dwa-trzy (jak ktoś ma szczęście to cztery) spotkania w miesiącu. Kiedyś próbowałam leczyć się na NFZ. Mając bardzo silne myśli samobójcze, musiałam czekać trzy tygodnie na kolejne spotkanie z psychologiem.
Kolejna sprawa. Leki. Dlaczego muszę płacić sto procent za neuroleptyk (lęk przeciwpsychotyczny) skoro bez niego nie mogę normalnie funkcjonować? Bo co, bo refundacja przysługuje tylko osobom ze schizofrenią i depresją dwubiegunową?

Moje leczenie pochłania miesięcznie bagatela tysiąc złotych. Tysiąc złotych! Czyli praktycznie całą wypłatę, którą zarabiałabym pracując znów jako robotnik. Bo borderline w moim przypadku wiąże się z pracą dużo poniżej kwalifikacji. W takiej pracy jestem w stanie wytrzymać dwa-trzy miesiące. Traktowana jak śmieć, otoczona ludźmi, których jedyną ambicją jest dobre spakowanie lampy w karton, bardzo szybko dochodzę do stanu całkowitej depresji, nadużywania alkoholu, silnej autoagresji, myśli i prób samobójczych.
Gdyby nie finansowa pomoc cioci, nie dałabym rady leczyć się prywatnie w takim zakresie, jaki jest mi potrzebny.
Jest we mnie jakiś żal. Pretensje do siebie, państwa, specjalistów i poczucie winy, ale i pokrzywdzenia.
Dlaczego nie mogę liczyć (już nawet nie mówię o rencie), choćby na bezpłatne ubezpieczenie? Przecież splaciłabym ten dług podejmując pracę po wyleczeniu (a raczej zaleczeniu, bo z bpd ponoć wyleczyć się nie da). Dlaczego osoby choćby z depresją dwubiegunową są uznawane za chore i mogą liczyć na wsparcie państwa, a ja nie?
W konsekwencji, znów jedynym rozwiązaniem wydaje mi się śmierć.

Podziel się!

100 – rollercoaster

Pieprzony rollercoaster. Góra. Dół. Góra. Dół. Pętla. Na szyję. Góra. Dół…
Wkurwia się, że go zatruwam swoim złym samopoczuciem. A nawet nie mam do niego powodu. Przecież nic takiego się nie dzieje. Ani nie stało.

Nie umrzeć. Nie zasnąć na zawsze. A rozpłynąć się w powietrzu. Nie pozostawiając żadnych śladów po sobie na tym pojebanym świecie…

Podziel się!