946 – płaczliwie

Dzisiejsze nastawienie do wszystkiego jest tak złe, że mam ochotę pizdnąć robotą i iść spać. Przespać to, nie czuć tych wszystkich przykrych emocji, które kłębią się we mnie i otuliły mój umysł jak pieprzona mgła. Która klei się do mnie i nijak nie da się jej rozwiać.
Znów tak bardzo chce mi się płakać. Wczoraj wieczorem było dużo łez. Nie bezpodstawnych.
Tak cholernie boli mnie to, że bliscy nie czują mojej miłości. Że istnieje tak duży rozdźwięk między tym co myślę i czuję, a moim zachowaniem. Że mam w sobie miłość do rodziny, a na zewnątrz wyglądam jak oziębła emocjonalnie sucz. Tyle godzin przegadaliśmy z panem M. na ten temat. A mimo wszystko nie potrafię zachowaniem okazać, że ktoś jest dla mnie ważny. Dlaczego w myślach zależy mi na kimś, a nie zapytam, jak się czuje? Dlaczego martwię się o kogoś, a nie zapytam, jak mogę mu pomóc? Dlaczego czuję do kogoś miłość, a nie przytulę go? Stać mnie tylko na słowa „kocham cię”. Ale nie idą za nimi czyny, co sprawia, że wydają się być one czcze.
Czuję się taka beznadziejna. Chce mi się nad sobą płakać. Usiąść, załamać ręce i płakać.
Za oknem szaro, buro i ponuro. Tak samo w moim wnętrzu. Z chmur co chwilę lecą krople. Jak łzy toczące się po moich policzkach. Co jakiś czas. W niedużym natężeniu.
Bliskich martwią moje wahania nastrojów. Moje skrajności. Dobry nastrój traktują jak objaw, nie remisję. Ale, kurwa, przecież ja tego nie chcę! Nie robię tego specjalnie, bo nie mam wpływu na tę chwiejność nastrojów.
Dziś jest mi tak bardzo źle…

Podziel się!

944 – iście zajebiste nastawienie, brawo

Znów przyszłam się pożalić. Jest we mnie tyle negatywnych emocji, że muszę spuścić parę, bo chyba wybuchnę. I to nie przepełnionym złością krzykiem.

Jak pisałam wczoraj, po początkowym optymizmie, zalała mnie fala zwątpienia. Myślałam, że to prześpię i obudzę się w lepszym nastroju. I co? Jest jeszcze gorzej niż w nocy.

Najchętniej poszłabym wyżalić się panu M., a potem wróciła do domu i poszła spać w pizdu. Ale nie mogę, bo o trzynastej przychodzi facet od okien. Mam ochotę go odwołać.

Siadłam do książki, ale nie napisałam ani jednego zdania. Wyłączyłam komputer. Nawet pisanie wydaje mi się pozbawione sensu.

Chce mi się płakać. Ryczeć wręcz. I ciąć. I zniknąć. Chyba muszę wziąć benzo, bo jest coraz gorzej, a nie chcę doprowadzić się do stanu, w którym nie będę wstawać z łóżka.

Dziś tak bardzo nie chce mi się żyć. Nie wierzę w to, że ta nowa terapia jakkolwiek mi pomoże. Że uda mi się wyeliminować kryzysy samobójcze czy cięcie. Nie potrafię uwierzyć, że może być lepiej.

Myśl, że za miesiąc kończę terapię u pana M., sprawia, że robi mi się niedobrze. I dodatkowo nakręca spiralę negatywnych myśli.

Chcę się położyć do łóżka, zwinąć w kłębek i płakać. Tak długo, aż zasnę z wyczerpania. Nie mam siły na życie. Nic mnie nie cieszy i nic nie potrafi sprawić, żebym uśmiechnęła się choćby przelotnie. Na myśl o remoncie, który ma się odbyć w ciągu dwóch tygodni, robi mi się słabo. Czy wspominałam już, że lubię stabilizację i nie znoszę zmian oraz zamieszania? A rewolucji w domu to już w ogóle. Panowie mają podobno uwinąć się w jeden dzień, ewentualnie na drugi obrabiając wymienione okna. Ale dla mnie to i tak za dużo.

Opadłam z sił i mam ochotę usiąść dupą w swoim bagienku i narzekać, jak mi w nim źle. Ash… mam dość.

I co? Myślałam, że wyżalenie się we wpisie mi pomoże. A guzik dało. Wcale nie jest mi lżej. Dupa, dupa, dupa.

Podziel się!

942 – ogarniam życie

Próbuję wszystko jakoś ogarnąć, korzystając z tego, że dziś i jutro mam wolne. Dopytałam o kwestię występowania pod pseudonimem w konkursie, do udziału w którym się przymierzam. Przed chwilą dzwoniłam do firmy, żeby umówić się na pomiar okien, które będę wymieniać. Przed wykonaniem telefonu posprawdzałam, kiedy nie mogę, bo mam wizyty u terapeutów. I co zrobiłam? Oczywiście zgodziłam się na zaproponowany termin – jutro przed południem, choć na jedenastą trzydzieści mam sesję. Aż kur… Pozostaje mi mieć nadzieję, że facet przyjedzie na tyle wcześnie, że zdążę to załatwić do jedenastej…

Piszę wspomnienia z terapii. Wczoraj udało mi się dokończyć pierwszą część, czyli pierwszy rok. Jeszcze tylko pięć lat i książka będzie gotowa, hehe. Może do końca roku się wyrobię.

Stresuję się przed dzisiejszymi konsultacjami u pierwszego z terapeutów. Okazało się w ogóle, że ten psychiatra, do którego idę dwudziestego dziewiątego, pracuje w tym samym centrum, co ten dzisiejszy terapeuta, czyli panowie się znają. Ale jestem z nim umówiona w innym miejscu.

Czekam na informację od drugiego terapeuty w sprawie terminu konsultacji. Wiem na razie, że będzie to godzina dwudziesta.

Mam wrażenie, że ogólnie moje życie nabrało tempa. Ostatnio sporo się dzieje, ale ja nie lubię takiego zamieszania. Wolę, jak wszystko jest poukładane i nie jestem uczestniczką rewolucji. A tu remont, zmiana terapeuty, zmiana psychiatry… Boję się, że w pewnym momencie się pogubię. Że tego wszystkiego jest za dużo, tych zmian.

Podziel się!

939 – słowem wyjaśnienia – mizoginia

Czuję, że muszę napisać kilka słów wyjaśnienia do wczorajszych postów. Jak to jest z moją mizoginią?
Ona nie jest chyba u mnie w pełni rozwinięta. To nie tak, że nie cierpię kobiet i mam je za gorsze. Nie lubię kobiet jako ogółu i nie toleruję ich w roli psychiatry/psychoterapeuty, ale tylko w odniesieniu do mnie. Nie mam nic przeciwko kobietom na takich stanowiskach i nie uważam, że nie powinny podejmować się takiej pracy. Jeśli komuś to odpowiada, proszę bardzo. Tu chodzi tylko i wyłącznie o mnie. Nie akceptuję ich w moim procesie leczenia. I tylko w moim.
Moja mizoginia nie przeszkadza mi mieć przyjaciółkę i koleżanki, znajome płci żeńskiej. Więc jeśli jesteś kobietą, nie martw się, nie odrzucę Cię tylko ze względu na Twoją płeć.
Po prostu dla mnie relacja terapeutyczna lub z psychiatrą, to musi być relacja z mężczyzną, inaczej nic z tego nie będzie.

Ot, tyle. Proszę, nie obrażajcie się na mnie za mój stosunek do kobiet jako zbiorowiska. Sama nie akceptuję tego, że jestem kobietą (nie, nie czuję się facetem i nie zamierzam zmieniać płci).

Podziel się!

936 – fazy samopoczucia

Ostatnio mam niezły zapieprz w pracy zarobkowej i zupełnie nie mam czasu dla siebie. Nie mam kiedy pisać ani czytać. Póki co, jeszcze aż tak nie daje mi to w kość, ale obawiam się, że jeśli ten gorący okres będzie się przeciągał, w końcu znów popadnę w poczucie beznadziei. A mam do tego dużą skłonność. Kiedy nie tworzę, zaczyna ogarniać mnie poczucie bezsensu życia. Obecnie jest z tym o tyle gorzej niż w przeszłości, że kiedyś w trudnych stanach emocjonalnych pisałam wiersze. Moja poezja karmiła się cierpieniem i na nim wzrastała. Z prozą jest inaczej – by powstawała, potrzebne jest mi zazwyczaj dobre samopoczucie i energia.
Całe szczęście, że udaje mi się wygospodarować kilkadziesiąt minut, żeby napisać coś na blogu, bo, gdyby nie to, nie wiem, czy już nie popadłabym w rezygnację.

Ale ja dziś nie o tym.

W każdej wolnej chwili, jaką udaje mi się znaleźć – myślę. A mam nad czym. Próbuję rozgryźć mechanizm działania mojego nastroju i mam już pewne wnioski. Otóż, przyglądając się zmianom w samopoczuciu można zauważyć pewien schemat – cztery wyraźne fazy nastroju.

Normalność
Coś na kształt remisji.
W tej fazie jest normalnie, tak zwyczajnie. Nie ma zbyt wysokich wzlotów ani bolesnych upadków. Nastrój jest wyrównany, a myślenie racjonalne. Wtedy funkcjonuję w granicach normy – śpię, jem, pracuję, tworzę, czytam.
Ale to nie może trwać wiecznie. I w końcu znajduję jakiś powód do zmartwienia.
Często wydawało mi się, że kryzys przychodzi znikąd, po prostu uderza jak grom z jasnego nieba. Ale kiedy się nad tym głębiej zastanowić, okazuje się, że jego początkiem jest jakaś myśl.
Może to być totalna pierdoła, która dla normalnego człowieka nie byłaby nawet powodem do zwykłego zmartwienia, a w moim umyśle urasta do rangi problemu nie do rozwiązania. Problemu, który przekreśla dalsze życie. Czasem jest to dewaluacja mojej twórczości lub poczucie odebrania możliwości tworzenia. Innym razem są to pobudki egzystencjalne.
W moim umyśle powstaje zalążek, który zaczyna nakręcać spiralę. Nie potrafię sobie odpuścić. Nieustanne myślenie o tym sprawia, że z każdą godziną wzrasta on jak śniegowa kula. Przy każdym powrocie zataczając coraz szersze kręgi.
I pojawia się on…

Kryzys
Dochodzę do punktu, w którym mam poczucie, że dłużej żyć nie mogę. Samoświadomość staje się bardzo niewygodna i trudna, dlatego zaczynam uciekać w sen. Śpię coraz dłużej i częściej. Spędzam w łóżku każdą wolną chwilę. Zaczynam tracić poczucie panowania nad sobą. W konsekwencji czego, w końcu pojawiają się myśli, a następnie tendencje samobójcze. Wraz z nimi zalewa mnie tak wielka fala cierpienia, że odbiera mi możliwość racjonalnego myślenia. Ból wewnętrzny jest nie do zniesienia i tworzy złudzenie, że nie ma możliwości dalszego życia. Że zawsze było źle i już nigdy nie nastąpi poprawa. Że jedyną nadzieją na przerwanie tego szaleństwa jest śmierć.
Próbuję jeszcze chwytać się ostatniej, w moim mniemaniu, deski ratunku, czyli autoagresji i autodestrukcji. Zaczyna się chlanie, zapijanie benzodiazepin alkoholem, cięcie – wszystko to, co, wydaje mi się, może pomóc złagodzić wewnętrzne cierpienie, a tak naprawdę tylko je podsyca, bo sprawia, że tracę kontrolę nad swoim życiem. Pan M. często nawiązuje do poczucia kontroli i zwraca mi uwagę na to, że w kryzysach najczęściej właśnie o nią chodzi. Bo mam wtedy poczucie, że nad niczym nie panuję. Płynę z prądem beznadziei, zalewana falami bólu, topię się w cierpieniu. To jest nie do wytrzymania. Do tego stopnia, że chcę odebrać sobie życie.
I z jednej strony chcę się zabić, a z drugiej rozpaczliwie szukam możliwości pomocy. Wypisuję desperackie wiadomości do terapeuty i psychiatry, mając nadzieję, że pomogą mi uzyskać stan, choć chwilowej, ulgi.
Jednak wbrew temu, co wtedy myślę, w końcu emocje nieco cichną. Już nie są tak intensywne, jak wcześniej i powoli przechodzę do kolejnej fazy.

Pustka
Intensywność przeżywanych emocji i desperackie zachowania doprowadzają w końcu do poczucia wyczerpania. Jestem tak zmęczona przeżytym kryzysem, że ogarnia mnie całkowita pustka. Nie odczuwam żadnych emocji, a i myśli gdzieś ze mnie ulatują. Nie mam na nic siły. Patrzę przed siebie tępym wzrokiem i pogrążam się w niebycie.
Wtedy wciąż jest ze mną źle, ale już nie tak niebezpiecznie. Bowiem ta pustka pochłania i unicestwia wszystko. Autodestrukcję, a nawet tendencje samobójcze. I znów mam wrażenie, że ta niemoc jest tak rozciągnięta w czasie, iż zawsze trwała i trwać będzie. Wszystko jest mi całkowicie obojętne. Ta apatia i bierność sprawiają, że przestaję myśleć o samobójstwie. Jest we mnie brak chęci poprawy swojego losu, co w kryzysie jest tożsame z radykalnym przerwaniem cierpienia za pomocą śmierci.
Lecz, wbrew moim oczekiwaniom, i ta faza okazuje się mieć swój koniec. A po niej przychodzi…

Wesołkowata górka
Zjawia się znikąd. Jednego dnia nie czuję nic, a następnego już wszystko mnie śmieszy. Nagle wraca siła i nie potrzebuję kilkunastu godzin snu na dobę. Wręcz przeciwnie – śpię po pięć godzin na dobę, zrywam się z łóżka bladym świtem, bo przecież mam tyle do zrobienia! Podejmuję się każdej możliwej aktywności i nie potrafię usiedzieć na miejscu. Energia ze mnie kipi, co sprawia, że szuka ujścia nawet w ciągłym mamrotaniu do siebie. Cokolwiek robię, komentuję to na głos. Co chwilę wybucham śmiechem. Wieczorem nie potrafię nic obejrzeć w spokoju, bo cały czas coś gadam do Mrówka. No i wszystko wydaje mi się zabawne. Mam wrażenie, że mnie rozsadzi od środka. Ogarnia mnie hurraoptymizm, którego nic nie jest w stanie zakłócić, nawet racjonalne przesłanki. Bo wtedy też nie myślę racjonalnie i funkcje poznawcze są zakłócone, tyle że w drugą stronę. Jestem panią swojego losu, mam poczucie kontroli nad wszystkim. Wszystko mogę, jeśli tylko zechcę. Wszystko mnie zachwyca i wzrusza (nawet reklamy).

Oczywiście te fazy niekoniecznie następują po sobie w tej kolejności. Czasem się mieszają, czasem przechodzą jedna w drugą w innym porządku. Z normalności potrafię wpaść w górkę lub z górki wprost w kryzys, ale po kryzysie zawsze następuje pustka.
Generalizując jednak, zazwyczaj mechanizm wygląda właśnie tak, jak opisałam.

Podziel się!