120 – osiem lat wcześniej

Piszę codziennie. To właściwie jedyne zajęcie, na którym jestem w stanie się skupić.
Choć to wyczerpuje emocjonalnie. Opisuję wydarzenia sprzed ośmiu lat. Początki znajomości z Mrówkiem. To jeszcze czas, gdy szalenie kochałam pewnego Marka.
To zaskakujące, jak wiele faktów zapomniałam. Jak wspomnienia z biegiem lat stają się mniej bolesne.

Zastanawiam się, co by było, gdyby…
Błagałam o pomoc. Głośno mówiłam, że sobie nie radzę. Nikt mi nie uwierzył…

Podziel się!

117 – przymus autodestrukcyjny

Dziś cały dzień siedziałam nad książką. Zrobiłam wstępne poprawki.
Wydrukowałam.
Pięćdziesiąt kartek czeka aż Mrówek je przeczyta. Wyrazi swoją opinię.

Mam zeszyt A4. Z czerwoną okładką. Leży na oparciu kanapy. Czarnym długopisem zapisuję w nim pomysły i fragmenty dialogów do Julki.

Mam ochotę od jutra zacząć pisać trzecią część Młodego boga.

A jednak.

Skąd ten smutek? Skąd ten przymus skrzywdzenia siebie? Tak, panie M. Niby wiem, że to ta chora część mnie chce uciekać w stare schematy. Nie chce się leczyć. Ale dlaczego?
Gdy się dobrze czuję, jestem twórcza. W końcu znowu jestem twórcza. Nie tak, jak pisząc wiersze. Do weny nie jest mi już potrzebne cierpienie. Pragnienie śmierci. Proza wymaga dobrej kondycji. No, może to zbyt odważne stwierdzenie. Raczej… prozie nie przeszkadza dobra kondycja.

Więc skąd ten syf? Dlaczego chcę się skrzywdzić? Może nie zabić. Nie powiesić. Nie pociąć. Ale zeszmacić lekami.

Odstawiłam Ketrel. Byłam po nim nie do życia. Odcięta od rzeczywistości.

Ostatnio łyknęłam sto miligramów. Przez chwilę zachciało mi się spać, ale szybko przeszło. Tylko okropny ból nóg pozostał. Jak po Rispo. Co mi to dało? Przecież nic. Więc dlaczego mam ochotę znów to zrobić? Tym razem łykając więcej…

Podziel się!

112 – borderline – życie po diagnozie

Ludzie z natury nie lubią, gdy przykleja im się łatki. Ja też nie znoszę, gdy ktoś próbuje mnie zaszufladkować.
Ale był jeden wyjątek.
Pograniczne zaburzenie osobowości zdiagnozowało u mnie pięciu różnych psychiatrów. Jednak dopiero piątą diagnozę, otrzymaną po sześciotygodniowym pobycie w psychiatryku, uznałam za prawdziwą. I poczułam ogromną ulgę.
Dlaczego?
Moje problemy trwają pół życia. Dokładnie. Czternaście lat z przeżytych do tej pory dwudziestu ośmiu.
Próbowałam szukać pomocy. Jednak specjaliści, na których trafiałam, bagatelizowali objawy. Autoagresja, picie, łykanie tabletek garściami, myśli i próby samobójcze, lęki, depersonalizacje, derealizacje, poczucie permanentnej pustki, nieumiejętność określenia własnego ja, niedostosowanie do życia w społeczeństwie i życia ogólnie, brak zainteresowania własnym losem, brak planów życiowych i wiele, wiele innych. Co słyszałam od tych „specjalistów”? Że to tylko lekkie zaburzenia nerwicowo-depresyjne. Trzeba przestac pić, ciąć się i próbować zabić. Leczyć się nie trzeba. Ze to tylko jakieś problemy z emocjami. To tylko jakieś problemy osobowościowe.
Takie podejście sprawiało, że czułam się niezrozumiana, pozostawiona sama sobie. Zastanawiałam się. Skoro to „tylko jakieś lekkie zaburzenia” to czemu jest tak, jak jest? Co jest ze mną nie tak, skoro nic mi nie jest?
Dopiero nazwanie zespołu tych objawów konkretną diagnozą, uspokoiło mnie. W końcu wiedziałam, co mi jest. Z czym muszę się mierzyć. W końcu wiedziałam, jak to leczyć. Zrozumiałam, że to leczenie jest możliwe, a nawet potrzebne.
Najgorszy wróg to taki, którego nie znasz i nie wiesz, czego się możesz po nim spodziewać.

Podziel się!

110 – sentyment do psychiatryka

Psychiatryk, w którym kiblowałam dwa razy, jest niedaleko naszego domu.
Mijałam go codziennie jeżdżąc do roboty. Patrzyłam na niego z pewną nostalgią.
Przejeżdżałam też obok niego w drodze do poprzedniego terapeuty.
Teraz widuję go chodząc co jakiś czas do marketu oraz do psychiatry.

Czuję z tym miejscem jakiś dziwny i niezrozumiały dla mnie związek emocjonalny. Mijając go, zwalniam kroku.
To stary neogotycki budynek z czerwonej cegły. Wybudowany pod koniec XIX wieku. Od początku mieścił się tam psychiatryk.
Kątem oka patrzę na kraty w oknach. Jakbym spodziewała się dotrzeć w pierwszym oknie po lewej, na pierwszym pietrze, siebie. Palącą fajkę w palarni, w której farba odpada całymi płatami.
Nigdy nikt przez to okno nie wygląda. Ja lubiłam trzymać rękę z fajką za oknem. Oparta głową o kratę przyglądałam się życiu na ulicy.

Skąd ta tęsknota? Skąd ta potrzeba mijania szpitala? Kiedyś zrobiłam kilka zdjęć z zewnątrz. Potem, oglądając je, zastanawiałam się, kiedy znów tam wrócę…

Podziel się!