60 – ciche dni

Między nami ciche dni.
Wiem. Moja wina.
Izolacją zabijam.

Jutro i pojutrze szkoła. Po dziesięć godzin. Kupiłam bilet dwudziestoczterogodzinny. Idę tylko w jeden dzień. Nie dam rady więcej.

Pustka.
Chciałoby się ją czymś zagłuszyć. Boleśnie poczuć, że się żyje.

Daję sobie czas do trzydziestki. Jeśli się nie wyleczę, palnę sobie w łeb.

Podziel się!

59 – ostateczność

Mam dość. Mam totalnie dość.
Siebie. Życia.
Brak zrozumienia. Poczucie winy.
Chcę spieprzyć do szpitala. Na miesiąc. Albo dwa. Znów być naćpana lekami. Żeby nie wiedzieć, co się ze mną dzieje.
Przed oczami rozorana łapa. I wisielcza pręga na szyi.
Rezygnuję z tej szkoły. Pierdolę.
Niemy krzyk w moich oczach. Usta w milczeniu zagryzione.
Nikt we mnie nie wierzy. Na pewno nie ja sama.
W bezsilności oczy przymkniete. Nie pamiętam, kiedy ostatnio uroniły łzę.
Rozpad. I zgnilizna. Na ścierwie tego ciała nie urośnie żaden kwiat.

Podziel się!

58 – burdel i rozpiździel

Burdel i rozpiździel. W głowie. W emocjach. Myśli właściwie brak. Tylko przymus by działać impulsywnie. Destrukcyjnie.
Łapy wciąż całe. I szyja nie nadwyrężona.
Najchętniej za namową terapeuty i psychiatry spieprzyłabym do psychiatryka. Choć byłaby to zwykła ucieczka.
W weekend szkoła. Sobota i niedziela po dziesięć godzin. Na co mi to było… Nie chcę tam iść.

Podziel się!

56 – cmentarz

Byliśmy na nim w piątek. Pierwszego nie czułam się na siłach.
Znów siedzę przy rodzinnym grobie. Jak wtedy, gdy ućpana tabletkami przychodziłam tu pić piwo.
I piję. Znów.
Próbując złagodzić swój ból. Próbując sobie wmówić, że to nie czas, by tu dołączyć. Choć wcale nie mam myśli samobójczych.
Znicze, które zapaliliśmy w piątek, wciąż się palą. Wypalają.

Nigdy nie chciałam mieć grobu. Chciałam popełnić samobójstwo tak, by nikt nie znalazł mojego ciała.
Wiem, że to byłby cios dla rodziny. Dla najbliższych ważne jest, by móc zapalić znicz nad martwym ciałem członka rodziny.

Podziel się!

52 – nieznajomy

Miałam czternaście lat.
Piłyśmy browary z koleżanką. U mnie na chacie. Rodzice wrócili wcześniej niż mieli.
Upita w trzy dupy zaoferowałam:
– To ja odprowadzę Monikę!
Zatoczyłam się z nią pod rękę na koniec ulicy. Do pierwszego skrzyżowania.
Gdy przeszła przez pasy, odwrocilan się na pięcie i zaczęłam wracać do domu. No… próbowałam. Dwa kroki. Sru na chodnik. Zbieranie się. Dwa kroki. Stu na chodnik.
Z pomocą przyszedł zaawansowany nastolatek (jakieś 17+).
– Pomoc ci? Gdzie mieszkasz?
– Tam…
Uwiesiłam się na nim.
Po jakimś czasie holowania stanęliśmy pod bramą.
– Już sobie poradzę – wybełkotałam.
– Odprowadzę cię do samego domu.
Po wielu problemach wdrapalismy się na pierwsze piętro.
Uprosiłam go, by nie dzwonił do drzwi. Chciał mnie osobiście oddać w ręce rodziców. Drzwi otworzyłam z klucza.
Poszłam prosto pod prysznic. Nie pomogło.
Próbowałam rozmawiać z rodzicami. Udawać, że ja wcale nie piłam. Choć ledwie trzymałam się na nogach. A to, co wychodziło z moich ust, było zupełnie niezrozumiałe.
O coś zapytałam.
Ojciec:
– To sprawdź w encyklopedii.
Litery wirowały. Ale odnalazłam tom na właściwą literę. Odnalazłam jakoś hasło. Zaczęłam bełkotać to, co było zapisane.
Potem ojciec mówił do mnie ze trzy godziny… Ale to już inna historia.

Kimkolwiek byłeś. Dziękuję, że mnie bezpiecznie odholowałeś do domu. W sumie… różnie się to mogło skończyć…

Podziel się!