928 – cierpiętnica

Miałam zamilknąć, wiem. Ale tak, jak moim przekleństwem jest cierpienie i chęć ukręcenia sobie łba, jest nim też pisanie. Wypisywanie tych bredni.

Szef wkurwiony. Przez trzy dni nie miał ze mną kontaktu. Nie miałam nawet siły mu odpisać, że jestem chora czy ściemnić coś innego. Nie odbierałam telefonów, choć ciotka i matka wydzwaniały. Spałam i miałam nadzieję, że w końcu zasnę raz a dobrze i więcej się nie obudzę.

Projekt, który robiłam miesiąc i szef mnie za niego bardzo chwalił, jest do totalnego przerobienia. Klient zobaczył efekt końcowy i stwierdził, że nie jest identycznie, jak na obrazku, który sobie namalował. Więc w cztery dni muszę przerobić wszystko to, co robiłam miesiąc. Niewykonalne.

Wczoraj, kiedy się obudziłam, przy głowie siedziała mi ciocia. Nienawidzę takich pobudek. Kojarzą mi się z najgorszymi czasami, kiedy za fraki wyciągali mnie na wieś. Przyjechała namawiać mnie, żebyśmy przyjechali do nich na święta. Po pierwsze, nie mogę się wyrwać z roboty i do wtorku będę siedzieć przy kompie dwadzieścia cztery ha na dobę. A po drugie, nie mam najmniejszej ochoty widzieć się z kimkolwiek. Nawet, jeśli są to rodzice i ciocia. Powiedziała, że zamknę się w pokoju i będę siedzieć sama. Wtf?! To po co mam tam jechać? Żeby się męczyć i odliczać czas do powrotu do domu?

N i e c h c ę s i ę z n i k i m w i d z i e ć!!!

Cały czas płaczę, śpię albo próbuję pracować, ale to ostatnie zupełnie mi nie wychodzi. A muszę, no, muszę.

Myśli samobójcze nie odpuszczają. Tak bardzo nie chcę żyć. Nie mam na to siły. Samoświadomość boli tak cholernie, że gdyby był to ból fizyczny, zapewne zeszłabym na szok bólowy. Ale wszyscy widzą tylko moje złe intencje. Mój gniew i niepohamowaną agresję. A ja cierpię. Tak okropnie cierpię…

Kolejny SMS do dr T. Kolejny bez odpowiedzi.

Tak bardzo chciałabym napisać do pana M. Że sobie tak cholernie nie radzę. Że bez jego pomocy zapominam jak się oddycha. Że gdybym mogła przyjść, wyrzucić to wszystko z siebie. Że może wtedy codziennie nie chciałabym się powiesić. Ale nie napiszę. Przecież obiecałam. Jest tylko we mnie gdzieś ukryty żal do niego. Że kopnął mnie w dupę i rzucił na zbyt głęboką wodę. Że naprawdę nie byłam gotowa na samodzielne życie. Życie… pff… marną bolesną egzystencję.

Przestałam pisać. Nie mam na to siły. A i sensu w tym nie widzę. Nie widzę sensu w niczym – jedzeniu, myciu się, oddychaniu. Robię tylko absolutne minimum, bo tak każe mi ten przeklęty organizm.

Za szesnaście dni moje urodziny. Trzydzieste czwarte. A ja wciąż jestem skrzywdzonym, porzuconym dzieckiem, które samotnie umiera każdego dnia. Tak cholernie tęsknię za czasami, kiedy ktoś otaczał mnie opieką. Personel szpitala, terapeuta, psychiatra. Kiedy czułam się bezpiecznie. Kiedy wiedziałam, że zawsze mam się do kogo zwrócić o pomoc. A teraz? Jestem sama jak palec. Owszem, jest rodzina. Ale przecież oni nie rozumieją. Nie potrafią pojąć, przez co przechodzę i dlaczego tak bardzo nienawidzę życia.

Urodziny… przez wiele lat to było moje święto. Wyjątkowy dzień, którego wyczekiwałam. A teraz? Teraz znów jest przekleństwem. I marzę, żeby go nie dożyć.

Podziel się!

927

Dziewięć dwa siedem, takie ładne cyfry, prawda? W sam raz na ostatni wpis bloga. Na dobre kończę bawić się w kogoś, kim nie jestem. Bo jestem zwykłym, nieprzystosowanym do życia śmieciem.

Ostatnie dni to istny Armagedon. Spanie, chlanie, ćpanie lorazepamu. Płacz i przeklinanie życia.
Pewnie zauważyliście, że blog i strona leżały. Straciłam też wszystkie maile. Wiadomości i blog udało się odzyskać po pięciu godzinach użerania się z serwerem. Tylko, po co?

Ostatni czas dobitnie pokazuje mi, że nie potrafię żyć bez terapii. Że nie potrafię w ogóle żyć. Że jestem jedną z tych życiowych pokrak, które powinny siedzieć w zakładzie do końca swoich dni.

Dziś usłyszałam, że z Mrówkiem łączą mnie tylko rachunki.

Jakoś nie mogę przestać płakać. I sama nie wiem, czy z żalu, czy z tęsknoty za utraconym życiem. I, proszę, nie mówcie mi, że wszystko się ułoży. Bo nic nie będzie dobrze.

Z resztą wpisu przenoszę się do pliku z blogiem offline.

Podziel się!

926 – bez terapii jak bez ręki

Kiedy pan M. chciał ustalić termin zakończenia, a ja się przeciw temu buntowałam, powiedział, że i tak długo bez terapii nie wytrzymam. Według niego, po naszym ostatnim spotkaniu, szybko znajdę sobie nowego terapeutę. Wtedy wydawało mi się to nie do pomyślenia. Jakże mogłabym zaufać komuś innemu? Zaczynać wszystko od początku? Do tej pory nie mieści mi się to w głowie, ale…
Prawda jest taka, że nie mogę, nie potrafię żyć bez wsparcia. Bez spotkań ze specjalistą, który mówi, co jest normalne, a co chore. Który nieustannie przypomina mi, jakie są moje cele i że wcale nie chcę umierać. Bez tego zaczynam się gubić w gąszczu starych mechanizmów działania i schematów myślenia. Już teraz tak trudno pamiętać mi o tym, że od autodestrukcji mam się trzymać z daleka. Nastroje depresyjne wróciły i nie biorą jeńców. Podrzynają gardła każdej zdrowej myśli.

Nie mam siły pracować. Wzbijam się na wyżyny, żeby przetrwać kolejny dzień grzebania w kodzie. A i tak większość czasu siedzę ze łzami w oczach. Powinnam być wdzięczna, że mam taką pracę – dobrze płatną, ze stosunkami koleżeńskimi, z domu, bez kontaktu z klientem. I niby jestem, a tak bardzo nie mam siły na zawodowe obowiązki.

Próbuję skontaktować się z dr T. Ale konsekwentnie milczy. Mimo że nie pisałam epopei, żeby mnie pocieszał. Chciałam się po prostu umówić na wizytę.

Coraz częściej zastanawiam się, czy nie odnowić kontaktu z dr C., kolegą dr T. On jest jednocześnie psychoterapeutą. Tylko, czy to coś da? Czy naprawdę chcę zaczynać wszystko od początku? A, co gorsza, narażać się na kolejne pożegnanie? Teraz, gdy już wiem, jak to boli, jak ogromne cierpienie za sobą niesie. Czy potrafiłabym się jeszcze do kogoś zbliżyć, tak, jak do pana M.? Nie wiem…

Jadę na lorazepamie. Inaczej nie potrafię. Wybuchy agresji uderzają z siłą tajfunu. Jakby chciały zniszczyć wszystko, co napotkają na swojej drodze. A z drugiej strony paraliżuje mnie niemoc, rozpacz i bezsilność.
Mam ochotę wybiec na ulicę i krzyczeć „kto mnie przygarnie? Kto się mną zaopiekuje?”. I z tych pragnień zostaje tylko pustka. I niechciane łzy w oczach.

Fizia jest u mnie do jutra. Ciocia dzwoniła do Mrówka i zgodził się na te kilka dni. Ale szczerze? Nawet obecność tego psiaka nie jest w stanie trzymać mnie na powierzchni. Wczoraj łapałam się na myślach, że wolałabym, żeby jej tu ze mną nie było.

Myślałam, że z czasem będzie lepiej, łatwiej. Ale, jak zwykle, się przeliczyłam. Zaczyna do mnie boleśnie docierać, że to nie przerwa, a prawdziwy koniec. Że już nigdy, przenigdy się nie spotkamy. Mam ogromną ochotę do niego napisać i powiedzieć, jak bardzo sobie nie radzę. Jak bardzo mi go brakuje, jak tęsknię i jak autodestrukcja znowu chce mnie wchłonąć. A ja przecież nie mam wystarczająco sił, żeby się jej przeciwstawić. To dlatego skasowałam jego numer telefonu. Wiem, że by nie odpisał. A ja obiecałam, że tamta długa wiadomość pożegnalna, jest ostatnią. I zamierzam słowa dotrzymać.

Wiem, że jestem sama za siebie odpowiedzialna i tylko ja mogę sobie pomóc. Ale…
Do kurwy nędzy, czy ktoś mnie przed samą sobą uratuje?!

Podziel się!

925 – ciągłość osobowości

Jest u nas Fizia. Ciocia była wczoraj w mieście i ją podrzuciła. Niestety, dziś ją zabiera.
Kiedy tylko zobaczyłam mojego Fiziulka, od razu poprawił mi się nastrój. Usta wykrzywiły się w szczerym uśmiechu, a i na sercu zrobiło się jakby cieplej.
Ale na dłuższą metę nie potrafię się cieszyć. Świadomość, że zaraz znów jej nie będzie, odbiera mi całą radość z jej obecności.

Okropnie ciągnie mnie w autodestrukcję. Mam tak silną potrzebę, by się skrzywdzić, że już nie wiem, jak z tym walczyć. Agresja we mnie kipi. Wystarczy najmniejszy bodziec, a przez zaciśnięte zęby lecą „kurwy” i całe ciało się trzęsie. Ostatnio wszystko wyprowadza mnie z równowagi.

Doktor wciąż milczy. Szczerze? Straciłam już nadzieję, że mi odpisze i zaprosi na spotkanie. Zresztą… co by to dało? Może godzinną rozmowę, dzięki której rozładowałabym nieco napięcia i znów naprowadziła się na dobre tory. No, okej. Ale tak naprawdę mogłaby mi pomóc chyba tylko dłuższa hospitalizacja. A na nią obecnie nie mogę sobie pozwolić.

W pracy źle. Nawet bardzo. Nie jestem w stanie skupić się na najprostszych sprawach. Totalne rozkojarzenie. A naprawdę muszę się spiąć i dokończyć zlecenie w terminie. Tylko jak? Gdy patrzę w kod, łzy stają mi w oczach i mam ochotę pobiec do łóżka. Nakryć się kołdrą po sam czubek głowy i wyjść stamtąd za rok. Albo dwa.
I wciąż uciekam w sen. Najchętniej nie dopuszczałabym swojego umysłu do jawy. Jest zbyt zagrażająca, zbyt bolesna i zbyt niepokojąca. A ja czuję się za słaba, by stawić jej czoła.

Od kilku dni jadę na benzo. Tylko tak jestem w stanie znieść rzeczywistość. Jedynie poranki są do wytrzymania. Gdy piszę wspomnienia i wyobrażam sobie, że znów jestem w gabinecie. Albo że zaraz do niego pójdę.

Nieustannie powtarzam sobie, że muszę odróżniać nastrój od myśli. Że ważne jest zachowanie pewnej ciągłości i pamiętanie, że wciąż jestem tą samą osobą. Niezależnie od samopoczucia. Tylko tak trudno jest to przyjąć za prawdę, gdy czuje się coś zupełnie przeciwnego.

Jest mi tak cholernie ciężko…

Podziel się!

924 – ten ból…

Ten ból jest nie do zniesienia!

Wczoraj przespałam cały dzień. I całą noc. Dziś wstałam o piątej, czyli czwartej według czasu zimowego. Od razu siadłam do pisania.

Jestem na etapie wzmożonego cierpienia. Żałoba po utracie relacji daje mi się bardzo we znaki. Ostatnimi dniami nie mam siły żyć. Chcę zabić samoświadomość ucieczką w sen. Wiedza o własnym istnieniu mnie zabija. Rani tak bardzo, że chcę uciekać. Uciekać na oślep. I najlepiej rozwalić łeb o pierwszą lepszą przeszkodę.

Dlaczego to musi tak boleć?!

Pan M. przygotowywał mnie na „chwilowe pogorszenie” po zakończeniu terapii. Nie wspomniał jednak o kurewskim kryzysie, który będzie chciał odebrać mi życie. Nie, nie będę się wieszać ani próbować zabijać w inny sposób. Ale świadomość tego, co się stało, powoli mnie zabija. Jak w wyliczance „kocha, nie kocha”, po kolei odrywa płatki z kwiatka. Pozbawiając mnie jeden po drugim powodów do życia.

I miałabym podjąć kolejną?! Znów zaufać? Znowu latami się zbliżać? Żeby potem przechodzić to od początku? Nie, ja podziękuję. Aż tak nie nienawidzę życia.

Jedyny specjalista, z którym mogę jeszcze porozmawiać, to dr T. Tyle że on milczy. Nie odpisuje. Ale nie będę go zamęczać. Jedna wiadomość z prośbą o spotkanie wystarczy. Nie chcę go ostatecznie do siebie zrazić.
Przypominam sobie te spotkania z nim, które potrafiły trwać ponad godzinę. W zaciszu jego prywatnego gabinetu. Przerywane wychodzeniem na fajkę. Za każdym razem chciał mnie częstować swoimi Camelami, ale ja wolałam swoje, robione. Choć z czasem przerzuciłam się na czerwone Winstony setki.
Wspólne wyśmiewanie się z moim samookaleczeń czy myśli samobójczych – to było coś, co często potrafiło mnie jakoś postawić na nogi.

Tak bardzo potrzebuję z kimś porozmawiać. Choć tych nieskładnie wypowiadanych słów rozmową raczej nazwać nie można. Bardziej desperacką próbą wyrzucenia z siebie maksymalnej ilości cierpienia. I zawierzenia się pod czyjąś opiekę.

Tuż przed ostatecznym zakończeniem terapii pan M. i dr T. wysyłali mnie na zamknięty do psychiatryka. Wtedy nie chciałam o tym słyszeć. Ale teraz… Chyba nie sprzeciwiałabym się temu tak stanowczo.

Podziel się!