895 – terapia borderline: ostateczne pożegnanie

Przed sesją wypiłam mocnego drinka. Myślałam, że alkohol pomoże mi nieco złagodzić skutki decyzji, którą podjęłam. Myliłam się.

Kiedy usiadłam w fotelu po raz ostatni, zapadłam się w czarną dziurę. Włosy, które miałam na twarzy stworzyły barierę oddzielającą mnie od świata. I od pana M. Oddychałam ciężko, płytko i szybko. Nie byłam w stanie nic powiedzieć ani się poruszyć.
– Trudno pani dzisiaj zacząć mówić – terapeuta przerwał ciszę po wielu długich minutach milczenia. Ale ja nie potrafiłam nic na to odpowiedzieć. Siedziałam sparaliżowana poziomem cierpienia i lęku. Cisza trwała co najmniej drugie tyle.
W końcu, jakoś udało mi się z siebie wydusić, że dużo myślałam w ciągu ostatnich dni.
– Nad czym? – Zapytał, jeszcze nie zdając sobie sprawy z tego, co miałam mu ogłosić chwilę później.
Tak bardzo chciałam powiedzieć wszystko, co miałam zamiar, ale ściśnięte do granic możliwości gardło uniemożliwiało mi to, więc znów trwaliśmy w zawieszeniu.
W myślach wciąż w kółko informowałam go o swojej decyzji, ale w rzeczywistości panowała głucha cisza. Minęło sporo czasu, zanim wyszeptałam, że przyszłam dziś po raz ostatni.
– Co skłoniło panią do takiej decyzji? – Chciał wiedzieć i tym razem nieco krócej czekał na odpowiedź.
– Każde spotkanie sprawia mi takie cierpienie, że nie jestem później w stanie funkcjonować. Nie mogę tego wytrzymać – mówiłam ledwie słyszalnie.
– A co sprawia to cierpienie?
– Świadomość, że z każdym spotkaniem zbliżamy się do końca. A ja nie potrafię i chyba nawet nie chcę zaakceptować tej decyzji.
– Dlaczego?
– Bo nie czuję się gotowa.
– A czy byłaby taka chwila, że czułaby się pani gotowa?
– Nie wiem… – przyznałam szczerze, bo być może miał rację, mówiąc, że nigdy nie nastąpiłby taki moment.
– Odkąd ustaliliśmy termin zakończenia, kilka razy chciała pani przerwać terapię. To pokazuje, jak bardzo to jest dla pani trudne. Właśnie dlatego daliśmy sobie tyle czasu, żeby mogła to pani przeżyć.
– To jest dla mnie nie do zniesienia. Nie przeżywam tej decyzji jako naturalnego końca relacji, tylko jako najgorsze i najboleśniejsze opuszczenie w moim życiu.
Znów nastała cisza. Miałam nieodparte wrażenie, że ta sesja jest trudna nie tylko dla mnie, ale i dla pana M.
– Po prostu… nie umiem sobie sama radzić – musiałam to z siebie wyrzucić. – Nie potrafię się sobą zaopiekować ani zapewnić sobie poczucia bezpieczeństwa – mówiłam, mając wrażenie, że te słowa nie płyną z moich ust, a z drugiej strony czując, że artykułuję to, co siedzi gdzieś tam głęboko we mnie. I wtedy powiedział coś, co sprawiło, że miałam ochotę rzucić mu się do nóg i błagać, żeby tak myślał.
– Czyli terapia nic pani nie dała.
Po tym stwierdzeniu naprawdę chciałam krzyczeć, że nie ma racji. Że się myli. Ale moje usta niezmiennie pozostawały zamknięte. Za to on mówił dalej.
– Być może trudne jest dla pani zaakceptowanie tego, że panią rozczarowałem. Że mimo tylu lat, nie pomogłem pani.
Łzy stanęły mi w oczach. Nie mogłam znieść jego samokrytyki, którą uważałam za nie mającą racji bytu. A mimo to, nie odzywałam się.
– Być może potrzebuje pani czegoś innego?
W końcu nie wytrzymałam.
– Dzięki tej terapii wiele sobie uświadomiłam, wiele zrozumiałam. Obiektywnie patrząc, dużo się zmieniło od początku – próbowałam go bronić przed nim samym, ale większość myśli pozostawała w mojej głowie. A tak bardzo pragnęłam mu powiedzieć, ile dla mnie znaczyły spotkania z nim. I że już nigdy, przenigdy nie zbuduję drugiej takiej relacji. Jednak dotrwaliśmy do końca sesji w ciszy.
– Gdyby jednak zmieniła pani decyzję, będę na panią czekał w piątek – zakończył spotkanie inaczej niż zawsze.
Siedziałam nieruchoma, wpatrzona w jeden punkt jeszcze dobre kilkadziesiąt sekund, nim wyciągnęłam pieniądze z portfela i mu podałam.
Powoli wstałam i zabrałam swoje rzeczy. Otworzył mi drzwi, jak zwykle i powiedział „do widzenia”. Chciałam odpowiedzieć „żegnam”, ale nie przeszło mi to przez gardło, więc ciuchuteńko, łamiącym się głosem, odparłam „do widzenia”.
Mimo faktu, że było to nasze ostatnie spotkanie, nie spojrzałam na niego ani razu. Nie byłam w stanie. Chłonęłam tylko jego głos, starając się go zapamiętać.
Kiedy wyszłam z gabinetu, wybuchnęłam gwałtownym płaczem. Nie wiem, czy trwał minutę i znów zupełnie odcięłam się od emocji. Do domu wracałam niemal nieprzytomna z bólu wewnętrznego. Pożegnałam się z nim i to samo mam ochotę zrobić z życiem.
Wciąż nie mogę uwierzyć, że to koniec. Definitywny koniec. Że nigdy więcej go nie spotkam. Nie zobaczę, nie usłyszę. Że więcej nie otoczy mnie opieką i poczuciem bezpieczeństwa. Że mi więcej nie pomoże i nie ochroni przed samą sobą.
Pisząc to, piję jeszcze mocniejszego drinka, mając nadzieję, że w tym stanie alkohol będzie jednak jakimś ukojeniem. Choć raczej płonne są moje nadzieje.
Nie czuję nic. Nie potrafię uronić ani jednej łzy. Patrzę przed siebie nieprzytomnym wzrokiem. Ogarnęła mnie totalna pustka. Tak jest chyba lepiej. Bezpieczniej.


Podziel się!

894 – terapia borderline: definitywny koniec, czyli ostatnia sesja

Nigdy nie przypuszczałam, że tak to się skończy, ale cóż… życie pisze nieprzewidywalne scenariusze.

We wtorek ostatnia sesja. Co prawda, do końca terapii zostały trzy miesiące, ale już dłużej tego nie zniosę. Zamierzam powiedzieć panu M., że to koniec. Definitywny koniec i więcej nie przyjdę. Zbyt dużo mnie to kosztuje. Każda sesja jest jak tortury przed wykonaniem kary śmierci. Każda coraz bliżej końca. Każda raniąca coraz bardziej. Uświadamiająca, co za chwilę stracę. Nie chcę tego. Nie mam siły tego dłużej ciągnąć, więc pożegnamy się za dwa dni. Na zawsze.

Chyba odcięłam emocje. W końcu mi się udało. Nie chcę nic czuć. I tak właśnie jest – pustka. Tylko co jakiś czas poziom cierpienia osiąga apogeum i przedziera się przez zaporę, zalewając mnie łzami i bólem nie do opisania.

Kiedyś gdzieś wyczytałam, że terapia powinna kończyć się naturalnie, w momencie, gdy pacjent przestaje potrzebować terapeuty. Z takim przeświadczeniem podejmowałam terapię u pana M. Naiwnie wierzyłam, że dostanę to, czego potrzebuję. Wciąż w głowie słyszę jego słowa z konsultacji:
– Nie wiem, ile potrwa terapia. Może trzy lata, a może osiem. To zależy od wielu czynników.
I te słowa utwierdziły mnie w przekonaniu, że będzie przy mnie tak długo, jak będę tego potrzebować. Jakaż ja byłam głupia, jaka naiwna… Gdybym wtedy wiedziała, jak to się skończy, nie zdecydowałabym się na leczenie.
Żałuję, że podjęłam tę terapię. Nie żałuję tych sześciu lat, ale samego faktu nawiązania relacji, którą teraz tak boleśnie tracę. Dalej uważam pana M. za świetnego specjalistę, ale dla mnie jego decyzja jest ogromnym błędem. Nigdy się z nią nie pogodzę ani jej nie zaakceptuję.

Wychodzę z terapii z nowymi ranami, emocjonalnie pokiereszowana. Już nigdy, przenigdy nie zaangażuję się w taką relację. Miałam rację – nie można ufać ludziom, a tym bardziej się do nich zbliżać, bo prędzej czy później cię zranią i opuszczą. Pan M. opuszcza mnie jak każda ważna osoba w moim życiu. Zawsze, prędzej czy później, każdy odchodził, pozostawiając mnie osamotnioną i bardzo zranioną. Tak samo jest i w tym przypadku.
Możecie powiedzieć, że przecież terapia nie może trwać całe życie. Owszem, zgadzam się z tym. Tyle że naiwnie wierzyłam, że pan M. będzie przy mnie tak długo, jak będę tego potrzebować…

Relacja z nim była do pewnego stopnia doświadczeniem korektywnym, to na pewno. Doświadczyłam z nim ogromnej bliskości, pełnej zaufania i poczucia bezpieczeństwa. Wytrzymywał każdy mój kryzys, nawałnice emocji, dziesiątki wysyłanych wiadomości, gdy nie potrafiłam sobie z czymś poradzić sama. I jestem mu za to wdzięczna. Jednak ostatecznie ta relacja utwierdziła mnie tylko w przekonaniu, że nikomu nie można ufać. Że bliskość z innymi ludźmi rani i jest zagrażająca.

Pan M. uważa, że powinnam podjąć kolejną terapię, tym razem jakąś behawioralną. O nie, nie ma mowy. Już nigdy nie zaangażuję się w taką relację. Już wiem, jakie to pociąga za sobą cierpienie. Nie ma opcji, żebym dobrowolnie naraziła się na coś takiego ponownie. Po moim trupie!

Podziel się!

893 – ciepłe przywitanie

Z wiadomości do pana M.

Mrówek właśnie zrobił mi karczemną awanturę. Że go okłamałam, że wszystkich okłamałam. Że jestem pierdoloną wariatką, która chce się zabić przez koniec terapii. Że mnie ubezwłasnowolnią i matka będzie mi dupę podcierać. Że on się zaraz pakuje i jedzie do hotelu. Że dzwoni po ciotkę, żeby mnie zabrała i tym razem nieodwołanie zabrała prosto do szpitala. I że tak właśnie powinno się traktować takich, jak ja – naćpać lekami i odstawić w kąt.
– Co, myślisz, że ktoś będzie wokół ciebie latał? Interesował się tobą? Naćpają cię lekami, dadzą zastrzyk w dupę na uspokojenie i zostawią samą aż ci przejdzie.
Mówi, że okłamałam go w żywe oczy. Że wróciłam tylko po to, żeby go torturować.
Ja tak strasznie nie chcę żyć!
Nie mam nikogo, NIKOGO na tym świecie, oprócz Pana. No, ale jak wiadomo, jeszcze tylko chwilkę.
Mrówek mówi, że jestem pierdoloną oszustką i złym, wyrachowanym człowiekiem. Że przyjechałam do domu tylko po to, żeby go gnębić.
Wie Pan… ja naprawdę nie widzę możliwości dalszego życia.

Ten pierdolony zdrajca wysłał adres bloga do ojca i ciotki. mówi, że za każdym razem, jak coś napiszę, to od razu to do nich dotrze. Ojciec do mnie wydzwania. Nie mam siły z nim gadać.
Straciłam jedyne miejsce, gdzie mogłam bez cenzury pisać, jak się czuję i co myślę. Teraz nie mam już żadnej możliwości, by choć trochę zeszło ze mnie napięcie i negatywne emocje.
Mrówek jest okropnie na mnie wkurwiony. Szuka lotu, chce jechać na wakacje, a mnie zamknąć w wariatkowie. I mówi, że albo pójdę dobrowolnie, albo zabierze mnie karetka w kaftanie. Wyzywa mnie od najgorszych. Od pierdolonych wariatek i gnid, które trzeba zamknąć. On mnie nienawidzi i chce mnie zostawić. Nie chce dłużej ze mną być.
Wszystko się zjebało. Wszystko. Runął cały ten pierdolony, pseudo stabilny świat. Jestem sama. Zostałam sama jak palec.
Mrówek żałuje, że załatwił mi pracę. Że powinnam pakować lampy albo obierać marchewkę na kuchni. Chce się mnie pozbyć raz na zawsze. Jest tak strasznie okrutny… Nie mam już nic do stracenia. Nic.

Powiedział, że się zemści. Że się zemści za te wszystkie lata i pożałuję, że byłam dla niego taką suką.

On mnie tak strasznie nienawidzi. Musiałby Pan zobaczyć, z jaką pogardą i nienawiścią do mnie mówi. Jestem dla niego najgorszym człowiekiem na świecie. Nie mam już nikogo.
Muszę udawać, że wszystko jest w porządku. Tylko Panu mogę powiedzieć, co tak naprawdę myślę i czuję. Nikomu innemu. Ale Pan mnie opuszcza. A ja nie mam nikogo innego. Dookoła sami zdrajcy, którzy chcą dla mnie źle, chcą mnie zniszczyć. Nienawidzą mnie.

On chce się mnie pozbyć. Zamknąć mnie w psychiatryku i nigdy nie wypuścić. Pierdoleni zdrajcy. Nikomu nie można ufać. Chcą mnie ubezwłasnowolnić i wsadzić na dożywocie do psychiatryka. Muszę udawać. Grać przed wszystkimi. Nikt nie może dowiedzieć się prawdy.

Właśnie w takiej rzeczywistości żyję. Każdy chce mnie skrzywdzić. Tylko czekają, aż stracę czujność. Wtedy zaatakują. Nikomu nie mogę ufać. Nikomu nie mogę się zwierzyć ani powiedzieć prawdy. Dookoła sami zdrajcy… dlatego nie ufam ludziom. Nienawidzę ludzi. Bo to pierdoleni oszuści i kłamcy.
A Mrówek już się już nawet z tym nie kryje. Mówi wprost, że mnie wpakuje do szpitala, że mnie zostawi. Że mnie nienawidzi. Że odejdzie.

Mrówek ma rację. Jestem złym człowiekiem, który tylko rani i niszczy wszystkich dookoła. Nie mam prawda żyć. Lepiej im wszystkim będzie beze mnie. Zasługuję na karę. Za to, jaką jestem parszywą gnidą. Pierdolonym śmieciem, który potrafi tylko wszystkich dookoła ranić i zabijać.

We wtorek ostatnia sesja. Zamierzam powiedzieć panu M., że więcej nie przyjdę. To nie ma najmniejszego sensu. Te kilkanaście tygodni w tę czy w tę nie zrobi żadnej różnicy. Utrzymuje mnie to tylko w fałszywym przekonaniu, że komuś na mnie zależy i że mam do kogo zwrócić się o pomoc. Ale prawda jest taka, że wszyscy mają mnie w piździe.

Psychiatra jako pierwszy zrobił ten krok i mnie kopnął w dupę. Mam zakaz kontaktowania się z nim poza poradnią. Wkurwił się na mnie. Nic dziwnego, że ma mnie dość. Ale nie będę szukać innego. Bo i po co? Spotkam się z nim dwa-trzy razy do roku na dziesięć minut. Pół godziny rocznie chyba da radę mi poświęcić…

Podziel się!

892 – terapia borderline: kara śmierci

Niewiele pamiętam z dzisiejszej sesji. Wiem, że bardzo płakałam, ale tak bardziej wewnętrznie. Na zewnątrz ulewała się tylko nieznaczna część łez. Znów kaptur na głowie, szalik aż pod nos i okulary przeciwsłoneczne. Nie chciałam, nie potrafiłam spojrzeć na pana M.

– To bardzo ważny wniosek – podsumował, gdy opowiedziałam mu o swoim podejściu do samobójstwa. Że sama się zabijając będę samobójczynią, ale na tym nie będzie końca, bo zabiorę ojca ze sobą i stanę się pośrednio morderczynią.

Całą sesję płakałam, choć na zewnątrz wydostawała się nieznaczna ilość łez. Płakałam, ryczałam wręcz, wewnętrznie.

Pan M. znów gadał o szpitalu. Ale szczerze? Jest mi już wszystko jedno. Nie chcę żyć, choć swoją śmiercią samobójczą nie chcę sprawić ogromnego bólu najbliższym.

Wczoraj, zwijając się z bólu, tak napisałam do terapeuty:

Leżę w łóżku, nie mam siły się podnieść i tylko płaczę. Poziom cierpienia jest tak duży, że jest to nie do wytrzymania. Nie chcę dłużej żyć. Nie rozumiem, po co mam się męczyć, skoro moje dni i tak są policzone. Co za różnica czy wyhuśtam się teraz, czy za kilka miesięcy?
Panie M., to po prostu nie ma sensu. jutro wracam do domu, już wszystko ustalone. Nie mam dłużej siły udawać przed ciotką, że wszystko jest w porządku. Myśli samobójcze znów nie odstępują mnie na krok, choć wydawało mi się, że kryzys samobójczy minął. Pomyliłam się jednak, on tylko na chwilę ucichł. Te myśli nawet trudno mi nazwać samobójczymi. To raczej racjonalna decyzja o szybszym przerwaniu tego cyklu nieustannego bólu, tylko nieznacznie przyspieszająca to, co nieuniknione.
I nie wiem, po co ma się odbyć te kilkanaście sesji, które nam zostały. One i tak nie zmienią już niczego, więc może po prostu sobie je darujmy. One są jak tortury przed wykonaniem kary śmierci. Jakby samo zgładzenie nie wystarczyło.

Dokładnie tak się czuję. To nie to, że męczą mnie myśli samobójcze. Ja chcę świadomie zrezygnować z życia, to dojrzała i przemyślana decyzja. Tylko jeszcze nie wiem, co mam zrobić, żeby nie zranić bliskich. Ale dla mnie jedno jest pewnie – nie zniosę tego dłużej. Nie dam rady dłużej żyć. I nie, nie chcę podejmować kolejnej terapii. Opuszczenie przez pana M. jest jeszcze gorsze i boleśniejsze niż te pierwotne opuszczenia, które przyczyniły się do rozwoju borderline u mnie.
Nie zaufam już nikomu. NIKOMU.
Wiem, mam bliskich, ale i tak czuję się samotna. Pozostawione w tym wielkim i groźnym świecie dziecko. Ono umrze. Jest tylko jeden możliwy scenariusz – umrze w ogromnym cierpieniu. I nikt i nic mu nie pomoże.

Podziel się!

891 – wracam do życia

Zsyłka na wieś i idący za nią czas ochronny dobiegają końca. Jutro wracam do domu. I do roboty.
Niestety, nie pracuję na etacie. Nie mogę wziąć L4 i mieć na wszystko wyjebane. Fakt posiadania firmy i goniące terminy zmuszają mnie do powrotu do codzienności i obowiązków z nią związanych. Choć nie mogę powiedzieć, że wszystko jest już we względnej normie.

Mrówek zgodził się, żebym wróciła.
Wczoraj przeprosiłam go za to, co po raz kolejny odpierdoliłam. Że naraziłam go na stres i inne negatywne emocje.
„Przecież nie pierwszy i nie ostatni raz” – odpowiedział.
I tak, ma rację. Z moimi kryzysami nie można się nudzić. Nigdy nie wiadomo, co zaraz odwalę. Ja i moje zmienne nastroje jesteśmy nieprzewidywalni. W jednej chwili wszystko jest w porządku, a w drugiej się wieszam.

Te nagłe kryzysy sprawiają, że nie czuję się bezpieczna sama ze sobą. Czuję zagrożenie życia, którego źródłem jestem ja sama.

Terapeuta uważa, że część mnie, która chce żyć, bardzo walczy z tą autodestrukcyjną, która pragnie mnie unicestwić. Nie mówię, że to nieprawda, bo w końcu wciąż żyję i podnoszę się z kolejnych kryzysów. Jednak często czuję, że ona przegrywa. Że się poddaje pod naporem tak wysokiego poziomu autodestrukcji.
Jest również zdania, że dobrze byłoby, gdybym jednak poszła do szpitala. Mimo że kryzys samobójczy minął, pozostawiając na polu bitwy tylko ten emocjonalny, hospitalizacja miałaby mi pomóc. Psychiatryk, do którego miałam zostać zawieziona, znajduje się kilkadziesiąt kilometrów od domu. Ten, w którym byłam trzy razy jest spalony. To przechowalnio-umieralnia, gdzie tylko faszerują lekami i mają cię w głębokim poważaniu.
Docierające do mnie informacje, że lekarze i psycholodzy interesują się tobą tylko wtedy, gdy jesteś młody i trafiasz na oddział po raz pierwszy czy drugi, okazały się być prawdą. Hospitalizacja sprzed roku dobitnie pokazała mi, że trafiając do psychiatryka po raz kolejny, nie jesteś już obiektem zainteresowania personelu. Te dwanaście miesięcy wcześniej ze wzruszeniem i zazdrością obserwowałam, jak jest traktowana koleżanka z oddziału, dwudziestojednolatka w trakcie diagnozy. Była ona w strefie zainteresowania personelu, który objawiał się choćby częstymi rozmowami z psychiatrą czy psychologiem. Z rozrzewnieniem patrzyłam na to, jak otaczają ją opieką, jak mnie te kilka lat wcześniej. A ja? Byłam pozostawiona sama sobie. Pięć minut poświęcone mi przez lekarza prowadzącego przy przyjęciu i jedna dłuższa rozmowa z psycholog, po blisko trzech tygodniach na oddziale to było wszystko, co mieli mi do zaoferowania. Psychiatrze nie chciało się mnie nawet osłuchać z powodu okropnego kaszlu. Mimo iż ordynator kazała mu się mną zainteresować, choć tylko w wymiarze somatycznym, on oddelegował do tego dwie stażystki. Chodząc codziennie korytarzami oddziału, ani razu na mnie spojrzał. Miał wyjebane. Ot, kolejna wariatka usiłująca się zabić – faszerować chemią, następny. Ale… dość tych wspomnień. To i tak niczego nie zmieni.

Kończę podręcznik dla terapeutów „Terapia schematów w zaburzeniu osobowości typu borderline”. Czytam go w ramach zapoznania się z terapiami poznawczo-behawioralnymi. Pan M. twierdzi, że powinnam taką przejść po tym, jak skończymy wspólną pracę. Że terapie behawioralne mają udowodnione działanie i są popularne na Zachodzie.
Przyznam szczerze, że ze wzruszeniem czytałam o tym, jak duży nacisk kładzie się w terapii schematów na relację terapeutyczną, opartą o dużą bliskość, zaufanie i poczucie bezpieczeństwa. Zachłannie przyswajałam informacje o opiece, jaką terapeuta powinien objąć pacjenta. A potem doszłam do rozdziałów o tych wszystkich ćwiczeniach, tabelkach i odgrywanych scenkach, które to wypełniają sesje. I nie, to zdecydowanie nie dla mnie. Po prostu nie ma opcji, żebym robiła te durne ćwiczenia z terapeutą i już. Koniec tematu, nurt terapii odrzucony.

Czuję się małym, porzuconym i skrzywdzonym dzieckiem, które z głodu bliskości, opieki i poczucia bezpieczeństwa posunie się do wszystkiego, aby te potrzeby zaspokoić. Choć kilka dni temu uświadomiłam sobie, że relacja z panem M. nie musi być jedyną taką w moim życiu, wciąż coraz dobitniej czuję, że to nie czas na kończenie. Że ta porzucona i skrzywdzona kilkulatka we mnie potrzebuje ogromnej dawki poświęconej uwagi i opieki. I sama nie dam sobie z tym rady. Jestem na to za słaba, wciąż zbyt mocno zaburzona, aby samodzielnie zaspokoić jej potrzeby i otoczyć ją odpowiednią opieką, zapewnić poczucie bezpieczeństwa. I, choć wydawałaby się, że miałam już wystarczająco dużo czasu na oswojenie się z myślą o nieuchronnie zbliżającym się zakończeniu terapii, mam ochotę coraz głośniej krzyczeć:
– Panie M., nie opuszczaj mnie!
Coraz dobitniej czuję, że wyjdę z tej terapii pokiereszowana, z dojmującym poczuciem porzucenia. Bo to za wcześnie i nie mam tu na myśli długości trwania terapii, a jej postęp i etap, w których się znajduję. Sześć lat – wiem, że to długo. Ale biorąc pod uwagę fakt, że pozwoliłam sobie na zbliżenie się do terapeuty po jakichś trzech latach, wciąż obecny duży poziom lęku w relacji i fakt, że w dalszym ciągu nie potrafię się do końca otworzyć, bo paraliżuje mnie wspomniany lęk, a do tego wstyd, dystansowanie się i pewna sztywność uniemożliwiająca swobodną spontaniczność, jakoś dziwnie w moich oczach skraca jej długość. Czuję, że dopiero teraz powoli zaczynam być gotowa na prawdziwe otwieranie się i dopuszczanie terapeuty do tych ciemnych, przerażających miejsc w moim świecie wewnętrznym. Ale nie będzie ku temu okazji, bo mamy kończyć. Rozstać się i już nigdy nie spotkać. Pan M. mówi, że koniec terapii przeżywam jako śmierć. I ma rację. Dla mnie, to jak nagła śmierć rodzica dla małego dziecka. A może i obojga rodziców. Pozostawienie bezradnej i przerażonej dziewczynki samej w ogromnym i zagrażającym świecie, ze słowami, by radziła sobie sama. Niewykonalne.

Chce mi się płakać. Tak bardzo chce mi się płakać, że mam ochotę wyć do księżyca, że jeszcze nie potrafię zadbać o siebie sama. Że pan M. popełnia ogromny błąd. Ale może ma rację, a ja zwyczajnie dramatyzuję, próbując zrzucić z siebie odpowiedzialność za własne życie.

Podziel się!