843 – historia lubi się powtarzać…

Jesteśmy pokłóceni. On ogląda serial na Netflixie. A ja?

Ja siedzę w tej samej kuchni, na tym samym krześle, co w 2014 roku. Na tym samym miejscu, z którego pisałam notatki, jak bardzo nie chcę żyć. Przy tym samym stole piję, a jakże, piwo, tylko tym razem inne.

Nie ma we mnie nic. Prócz cierpienia, obijajacego się od wewnętrznej, przerażającej pustki. Nie chcę żyć.

Aż trudno mi uwierzyć, że rano była sesja. To wydaje się tak odległe… Całą przepłakałam. Nie potrafiłam spojrzeć na problemy racjonalnie. Pan M. powiedział, że znów wchodzę w rolę ofiary. Pewnie ma rację. Tylko ten ból, ten cholerny Weltschmerz nie są grane. To nie części roli, a prawdziwe życie.

Chciałabym odejść, zasnąć – teraz, już w tej chwili. Wczorajsze pocięcie się niewiele dało. Wiem, że tylko unicestwienie tego ciała i umysłu pozwoli przejść do wiecznej nicości, w której nie będzie już bólu, nie będzie wypalających oczy łez.

Siedzenie w tym samym miejscu, w którym katowałam siebie i swoje pijane ciało przed psychiatrykiem, sprawia, że wszystkie wspomnienia wracają. Że zastanawiam się, jakby to było nie żyć od tych sześciu lat. Nie napisałabym ani nie wydała żadnej książki. Nie poznałabym pana M. Ale i oszczędziłabym sobie tak niezliczonej ilości cierpienia. Nie potrafię spojrzeć na nic przychylnym okiem. A w mojej głowie wciąż krąży myśl, żeby doczekać do końca maja. Jeszcze te kilka miesięcy. A potem adieu pieprzony świecie.

Mój umysł ułożył sobie plan. Krzyczy mi do ucha, że nie potrafię i nie mogę żyć. Tylko doczekać do końca terapii. Nie robić tego panu M. i nie zabijać się, będąc u niego w terapii. Byle do czerwca. By w końcu móc powiedzieć sobie „dość!”.

Podziel się!

840 – SMS-owa pogawędka z psychiatrą

Mój psychiatra-pracoholik zazwyczaj nie ma czasu odpisywać na SMS-y. Czasem jednak zdarza się nam SMS-owa pogawędka. Tak było na początku września, po sesji, na której pan M. zasugerował wyznaczenie daty zakończenia terapii.

Od tej fatalnej sesji cały czas myślę. Rozum podpowiada mi, że powinnam iść w poniedziałek i porozmawiać z terapeutą. Ale z drugiej strony nie wiem, czy emocjonalnie dam radę. Na samą myśl, że mam wejść do gabinetu, usiąść koło niego i mówić… robi mi się niedobrze, łzy napływają mi do oczu i mam ochotę uciec jak najdalej. W jednej chwili z zaufanego i lubianego specjalisty stał się obcym i zagrażającym człowiekiem. Po pięciu latach, w jednej chwili. Czuję się taka bezradna. Zupełnie nie wiem, co mam robić. Zamknęłam się w sobie. Jak Pan myśli, powinnam iść na tę sesję w poniedziałek?

Radzę iść.

Pewnie i tak nic nie powiem…

A może… wysłanie do niego SMS-a będzie ok? Tym razem bez dramy, tak na spokojnie, bez nadmiernych emocji. Może to pomoże mi wejść do gabinetu. Oczywiście w zależności od tego, co odpisze i czy w ogóle to zrobi.

Radzę iść i mówić…

Ehh, ja nie wiem, chyba się schleję, żeby tam w ogóle pójść.

Twórcze, dojrzałe, wypas, kupuję to od Pani.

Hehe, uwielbiam tę Pana bezpośredniość. No, ale co ja poradzę, że stresuję się tą sesją dziesięć razy bardziej niż wystąpieniem na międzynarodowej konferencji.

Niech mu Pani wleje za nielojalność??????

Brzydzę się agresją, jestem pacyfistką.

Pacyfiści są bierno-agresywni i przez to nie trafią do Valhalli.

Buahahahaha

Sorry, do mnie to nie przemawia, bo jestem zdania, że „all we have is now”.

Ja też, ale Valhalla jest zajebista.

Ee, ale tam chyba dziewice rozdają, nie?

To u Arabów, tam raczej wódka i wpierdol.

No tak, to ja się nie lubię bić. Unikam raczej konfliktów. A i dziewic bym nie chciała, bo co ja, aseksualna i nieakceptująca swojej płci i posiadania ciała w ogóle, po części mizoginka, miałabym z nimi robić?

Wódę chlać i krzyżować terapeutę.

Ee no, na ukrzyżowanie to chyba sobie nie zasłużył…

Warto mu o tym powiedzieć??

Wysłałam mu długiego SMS-a.

Tym razem nie pod wpływem emocji.

Odpisał, że będzie czekał.

Podziel się!

839 – terapia borderline: to nigdy pani nie przejdzie

W tym tygodniu miałam sesje dzień po dniu – wtorek i środa. Wtorkowe spotkanie niemal w całości poświęciłam mojej relacji z Mrówkiem. Jednak zahaczyłam również o problem chwiejności emocjonalnej.
– Cały piątek byłam na petardzie emocji z konferencji. I pół soboty. Siedzieliśmy sobie nad rzeką, piliśmy piwo i nagle jeb, zrobiło mi się tak okropnie smutno, wszystko straciło sens. Mam dość tych wahań nastroju. Jeszcze rozumiem, jakbym o czymś pomyślała, coś sobie przypomniała albo zinterpretowała na swoją niekorzyść jakąś pierdołę. Ale nic takiego nie miało miejsca – żaliłam się panu M., a wtedy on powiedział coś, co sprawiło, że poczułam się jeszcze bardziej chujowo.
– Ta chwiejność nigdy pani nie przejdzie – rzekł poważnie.
CO?! Że co? Jak to, kurwa, nie przejdzie? To będzie tak już do końca życia?! W tamtej chwili straciłam ochotę na cokolwiek. Pojawiły się nawet myśli rezygnacyjne, które delikatnie ocierały się o samobójcze.

Później rozmawiałam z B., moją bliską koleżanką. Nieco mnie pocieszyła, bo powiedziała, że jej wahania nastrojów przeszły zupełnie. Próbuję nie nastawiać się negatywnie i mieć nadzieję, że i mnie uda się wyjść z chwiejności. Cóż, pożyjemy, zobaczymy.

Podziel się!

836 – terapia borderline: 28 maja 2021

Właśnie wróciłam z sesji i doświadczam całej gamy emocji. Od smutku, przez poczucie straty, rozpacz po wzruszenie, radość i poczucie bycia z siebie dumnym. A co to spowodowało? Ano już wyjaśniam.

Weszłam do gabinetu znowu spóźniona pięć minut. Szlag by to, im wcześniej zaczynam się zbierać, tym bardziej się spóźniam. Wyjaśni mi ktoś ten paradoks? Ale do rzeczy.

Gdy już wyjaśniłam panu M., skąd to dzisiejsze spóźnienie, zapytał mnie, jak się czuję, z racji tego ostatniego kryzysu. Stanowczo podsumowałam tamte dziesięć dni.
– Wróciłam z dalekiej podróży. Dziesięć dni od poniedziałku dwa tygodnie temu do wtorku w zeszłym tygodniu mam wycięte z życiorysu. Dosłownie – zaczęłam opowiadać o tym, co się działo. O paczce Lorafenu zeżartej w tydzień, cięciu, spaniu i płakaniu jako głównych aktywnościach. No, wiecie, o całym tym syfie, o którym tu pisałam.
Pan M. wcale nie był zły o ostatnią sesję, na którą przyszłam pijana. Wykazał się pełnym zrozumieniem.
– To nam tylko pokazuje, jak trudnym tematem jest dla pani rozstanie.
Przyznałam, że mnie to przygniotło.
– Wizja końca terapii stała się poczuciem końca… – zawahałam się, nie mogąc znaleźć odpowiedniego słowa.
– Wszystkiego – terapeuta dokończył za mnie, a ja mu przytaknęłam.
– No tak, nic, tylko położyć się do grobu – dodałam.
Zaczęliśmy rozmawiać o tym wyznaczeniu terminu zakończenia terapii.
– To jest tak, że terapia nie będzie trwać do końca życia – pan M. powiedział łagodnie, jakby nie chcąc znów wyzwalać we mnie burzy emocji.
– Tak, ja to wiem – odparłam stanowczo.
Pan M. wyjaśnił mi również, skąd się wzięła jego sugestia.
– Pani Aniu, kiedyś prowadziłem dłuższe terapie. Ale z doświadczenia wiem, że nie mają one sensu. Najwięcej udaje się wypracować przez te pięć, sześć lat. A dalsza terapia jest już ze szkodą dla pacjenta, bo wyrabia on w sobie przeświadczenie, że sam sobie nie poradzi. I tak naprawdę zaczyna się on uzależniać od terapii.
Wzięłam jego słowa na poważnie i podeszłam do nich racjonalnie. To, co mówił, miało sens. Spojrzałam na to zakończenie terapii z innej perspektywy.
– Wyznaczymy sobie na tyle długi okres, żebyśmy przepracowali temat rozstania. Myślę, że tak do wakacji powinniśmy zdążyć – ostatnie zdanie spowodowało, że w pierwszej chwili zdębiałam i próbowałam sobie przypomnieć, jaki mamy obecnie miesiąc i czy do wakacji zostało dużo czasu. Uświadamiając sobie po chwili, że jest wrzesień, odetchnęłam z ulgą.
– Ja myślałam o maju, bo w maju zaczynaliśmy – przyznałam szczerze, zdradzając wynik swoich tygodniowych rozmyślań na ten temat.
– Jasne, koniec maja będzie odpowiedni – terapeuta zgodził się ze mną, a ja w duchu się uśmiechnęłam, bo myślałam o początku maja. Wyszło więc na to, że podarował mi kilka spotkań w gratisie.
– Zakładając, że będziemy się spotykać we wtorki i piątki… – urwał, biorąc swój kalendarz i przekartkowując go. – Ostanie spotkanie wypada nam dwudziestego ósmego maja – rzekł i spojrzał na mnie.
Opadłam plecami na oparcie fotela, jednocześnie ciężko wydychając powietrze. Było mi dziwnie, nie potrafiłam nazwać tego stanu.
– No, dobrze. Skoro tak musi być, niech tak będzie – odpowiedziałam w końcu, przypieczętowując tym samym wspólne ustalenie daty naszej ostatniej sesji.

Tak więc 28 maja 2021 roku o godzinie 9:15 ostatni raz wejdę do gabinetu pana M. A punkt dziesiąta, zakończę swoją sześcioletnią indywidualną terapię psychodynamiczną z człowiekiem, którego polubiłam, któremu zaufałam, powierzyłam swój los i zaryzykowałam wpuszczenie go do mojego intymnego świata wewnętrznego.

Pan M. zachęcił mnie również do poszukiwania osób poza terapią, z którymi będę mogła pogadać. Żebym zobaczyła, że mogę rozmawiać o problemach nie tylko na sesji z terapeutą. Przyznałam, że mam taką jedną osobę (tak, tak, B., to o Tobie). Jednak stwierdził, że potrzeba ich więcej. Co przyjęłam z lekkim oporem.

Chce mi się płakać. Ale chyba bardziej ze wzruszenia niż rozpaczy. Choć, ciul wie, bo kłębi się we mnie tyle emocji, że trudno je wszystkie rozpoznać i nazwać.

Myślę, że ta data będzie dla mnie ważna z dwóch względów – będzie jednocześnie końcem i początkiem. Końcem leczenia psychoterapeutycznego i początkiem nowego etapu w życiu, w którym będę musiała dojrzale polegać na sobie i tym, czego się podczas terapii nauczyłam.

Podziel się!

835 – terapia borderline: to kara!

Minął tydzień, a ja wciąż nie napisałam nic o zeszłoponiedziałkowej sesji. A działo się, oj, działo.

Jeszcze przed wyjściem z domu zatankowałam jakieś dwieście mililitrów białej Żubrówki. Na wyjście wzięłam ze sobą jeszcze setkę zmieszaną z colą. Zwykle droga do gabinetu zajmuje mi kwadrans. Tym razem jednak szłam o wiele wolniej, więc mogło mi to zająć kilka minut więcej.

Kiedy usiadłam na ławce przed klatką, w której mieszkaniu przyjmuje pan M., było około pięciu minut do początku sesji. Popijałam swojego drinka i paliłam papierosa. Z klatki wyszedł pan M. i witając się ze mną, gdzieś poszedł. Nie odpowiedziałam mu. Po chwili wrócił i powiedział, że zaprasza do środka. Jednak ani nie spojrzałam na niego, ani nie drgnęłam. Byłam całkowicie skostniała, a w głowie szumiał alkohol.

Wiedziałam, że nadszedł czas, by iść do gabinetu, ale nie potrafiłam się ruszyć. Rozpacz, lęk, złość, poczucie opuszczenia i odtrącenia oraz utrata poczucia bezpieczeństwa – to wszystko sprawiało, że naprawdę nie byłam w stanie wstać i przekroczyć progu gabinetu.

Po upłynięciu jakichś dziesięciu minut sesji, napisałam do terapeuty SMS-a, mimo niezbyt wyraźnego widzenia literek na klawiaturze telefonu.

Nie moge sie przymuc,przelamac,zeby wejsc do srodka. (pisownia oryginalna)

Chwilkę później w drzwiach do klatki pojawił się pan M.
– Zapraszam, jest już pani tak blisko. Czekam na panią.
Jego słowa, jakby skruszyły część oporu. Po jakiejś minucie, gdy dopaliłam kolejnego szluga, wstałam i poszłam do gabinetu.

Z samej sesji nie pamiętam wiele. Rozhisteryzowałam się, zaczęłam płakać i praktycznie nie przestałam przez kolejnych dziesięć dni. Oskarżałam, żaliłam się, atakowałam i wycofywałam.

– Nie dalej, jak miesiąc temu, powiedziałam panu, że się do pana bardziej zbliżyłam. I co? Dlaczego mnie pan za to karze zakończeniem terapii?! – Bełkotałam.
– Pani Aniu, nie należy tego rozpatrywać w kategoriach kary… – zaczął, jednak nie chciałam go słuchać. Byłam przekonana o swojej racji. Emocje we mnie kipiały, skraplając się w oczach w postaci niekończących się łez. Nic nie mogło mnie uspokoić, żadne słowa.

Kiedy wróciłam do domu, pocięłam się po raz kolejny, dopiłam colę z wódką i, powalona rozpaczą, poszłam spać.

Z tej dalekiej i niebezpiecznej podróży wróciłam dopiero w środę. Po dziesięciu dniach od sugestii pana M. o wyznaczeniu terminu zakończenia terapii. Ale o tym już wiecie.

Podziel się!