839 – terapia borderline: to nigdy pani nie przejdzie

W tym tygodniu miałam sesje dzień po dniu – wtorek i środa. Wtorkowe spotkanie niemal w całości poświęciłam mojej relacji z Mrówkiem. Jednak zahaczyłam również o problem chwiejności emocjonalnej.
– Cały piątek byłam na petardzie emocji z konferencji. I pół soboty. Siedzieliśmy sobie nad rzeką, piliśmy piwo i nagle jeb, zrobiło mi się tak okropnie smutno, wszystko straciło sens. Mam dość tych wahań nastroju. Jeszcze rozumiem, jakbym o czymś pomyślała, coś sobie przypomniała albo zinterpretowała na swoją niekorzyść jakąś pierdołę. Ale nic takiego nie miało miejsca – żaliłam się panu M., a wtedy on powiedział coś, co sprawiło, że poczułam się jeszcze bardziej chujowo.
– Ta chwiejność nigdy pani nie przejdzie – rzekł poważnie.
CO?! Że co? Jak to, kurwa, nie przejdzie? To będzie tak już do końca życia?! W tamtej chwili straciłam ochotę na cokolwiek. Pojawiły się nawet myśli rezygnacyjne, które delikatnie ocierały się o samobójcze.

Później rozmawiałam z B., moją bliską koleżanką. Nieco mnie pocieszyła, bo powiedziała, że jej wahania nastrojów przeszły zupełnie. Próbuję nie nastawiać się negatywnie i mieć nadzieję, że i mnie uda się wyjść z chwiejności. Cóż, pożyjemy, zobaczymy.

Podziel się!

836 – terapia borderline: 28 maja 2021

Właśnie wróciłam z sesji i doświadczam całej gamy emocji. Od smutku, przez poczucie straty, rozpacz po wzruszenie, radość i poczucie bycia z siebie dumnym. A co to spowodowało? Ano już wyjaśniam.

Weszłam do gabinetu znowu spóźniona pięć minut. Szlag by to, im wcześniej zaczynam się zbierać, tym bardziej się spóźniam. Wyjaśni mi ktoś ten paradoks? Ale do rzeczy.

Gdy już wyjaśniłam panu M., skąd to dzisiejsze spóźnienie, zapytał mnie, jak się czuję, z racji tego ostatniego kryzysu. Stanowczo podsumowałam tamte dziesięć dni.
– Wróciłam z dalekiej podróży. Dziesięć dni od poniedziałku dwa tygodnie temu do wtorku w zeszłym tygodniu mam wycięte z życiorysu. Dosłownie – zaczęłam opowiadać o tym, co się działo. O paczce Lorafenu zeżartej w tydzień, cięciu, spaniu i płakaniu jako głównych aktywnościach. No, wiecie, o całym tym syfie, o którym tu pisałam.
Pan M. wcale nie był zły o ostatnią sesję, na którą przyszłam pijana. Wykazał się pełnym zrozumieniem.
– To nam tylko pokazuje, jak trudnym tematem jest dla pani rozstanie.
Przyznałam, że mnie to przygniotło.
– Wizja końca terapii stała się poczuciem końca… – zawahałam się, nie mogąc znaleźć odpowiedniego słowa.
– Wszystkiego – terapeuta dokończył za mnie, a ja mu przytaknęłam.
– No tak, nic, tylko położyć się do grobu – dodałam.
Zaczęliśmy rozmawiać o tym wyznaczeniu terminu zakończenia terapii.
– To jest tak, że terapia nie będzie trwać do końca życia – pan M. powiedział łagodnie, jakby nie chcąc znów wyzwalać we mnie burzy emocji.
– Tak, ja to wiem – odparłam stanowczo.
Pan M. wyjaśnił mi również, skąd się wzięła jego sugestia.
– Pani Aniu, kiedyś prowadziłem dłuższe terapie. Ale z doświadczenia wiem, że nie mają one sensu. Najwięcej udaje się wypracować przez te pięć, sześć lat. A dalsza terapia jest już ze szkodą dla pacjenta, bo wyrabia on w sobie przeświadczenie, że sam sobie nie poradzi. I tak naprawdę zaczyna się on uzależniać od terapii.
Wzięłam jego słowa na poważnie i podeszłam do nich racjonalnie. To, co mówił, miało sens. Spojrzałam na to zakończenie terapii z innej perspektywy.
– Wyznaczymy sobie na tyle długi okres, żebyśmy przepracowali temat rozstania. Myślę, że tak do wakacji powinniśmy zdążyć – ostatnie zdanie spowodowało, że w pierwszej chwili zdębiałam i próbowałam sobie przypomnieć, jaki mamy obecnie miesiąc i czy do wakacji zostało dużo czasu. Uświadamiając sobie po chwili, że jest wrzesień, odetchnęłam z ulgą.
– Ja myślałam o maju, bo w maju zaczynaliśmy – przyznałam szczerze, zdradzając wynik swoich tygodniowych rozmyślań na ten temat.
– Jasne, koniec maja będzie odpowiedni – terapeuta zgodził się ze mną, a ja w duchu się uśmiechnęłam, bo myślałam o początku maja. Wyszło więc na to, że podarował mi kilka spotkań w gratisie.
– Zakładając, że będziemy się spotykać we wtorki i piątki… – urwał, biorąc swój kalendarz i przekartkowując go. – Ostanie spotkanie wypada nam dwudziestego ósmego maja – rzekł i spojrzał na mnie.
Opadłam plecami na oparcie fotela, jednocześnie ciężko wydychając powietrze. Było mi dziwnie, nie potrafiłam nazwać tego stanu.
– No, dobrze. Skoro tak musi być, niech tak będzie – odpowiedziałam w końcu, przypieczętowując tym samym wspólne ustalenie daty naszej ostatniej sesji.

Tak więc 28 maja 2021 roku o godzinie 9:15 ostatni raz wejdę do gabinetu pana M. A punkt dziesiąta, zakończę swoją sześcioletnią indywidualną terapię psychodynamiczną z człowiekiem, którego polubiłam, któremu zaufałam, powierzyłam swój los i zaryzykowałam wpuszczenie go do mojego intymnego świata wewnętrznego.

Pan M. zachęcił mnie również do poszukiwania osób poza terapią, z którymi będę mogła pogadać. Żebym zobaczyła, że mogę rozmawiać o problemach nie tylko na sesji z terapeutą. Przyznałam, że mam taką jedną osobę (tak, tak, B., to o Tobie). Jednak stwierdził, że potrzeba ich więcej. Co przyjęłam z lekkim oporem.

Chce mi się płakać. Ale chyba bardziej ze wzruszenia niż rozpaczy. Choć, ciul wie, bo kłębi się we mnie tyle emocji, że trudno je wszystkie rozpoznać i nazwać.

Myślę, że ta data będzie dla mnie ważna z dwóch względów – będzie jednocześnie końcem i początkiem. Końcem leczenia psychoterapeutycznego i początkiem nowego etapu w życiu, w którym będę musiała dojrzale polegać na sobie i tym, czego się podczas terapii nauczyłam.

Podziel się!

835 – terapia borderline: to kara!

Minął tydzień, a ja wciąż nie napisałam nic o zeszłoponiedziałkowej sesji. A działo się, oj, działo.

Jeszcze przed wyjściem z domu zatankowałam jakieś dwieście mililitrów białej Żubrówki. Na wyjście wzięłam ze sobą jeszcze setkę zmieszaną z colą. Zwykle droga do gabinetu zajmuje mi kwadrans. Tym razem jednak szłam o wiele wolniej, więc mogło mi to zająć kilka minut więcej.

Kiedy usiadłam na ławce przed klatką, w której mieszkaniu przyjmuje pan M., było około pięciu minut do początku sesji. Popijałam swojego drinka i paliłam papierosa. Z klatki wyszedł pan M. i witając się ze mną, gdzieś poszedł. Nie odpowiedziałam mu. Po chwili wrócił i powiedział, że zaprasza do środka. Jednak ani nie spojrzałam na niego, ani nie drgnęłam. Byłam całkowicie skostniała, a w głowie szumiał alkohol.

Wiedziałam, że nadszedł czas, by iść do gabinetu, ale nie potrafiłam się ruszyć. Rozpacz, lęk, złość, poczucie opuszczenia i odtrącenia oraz utrata poczucia bezpieczeństwa – to wszystko sprawiało, że naprawdę nie byłam w stanie wstać i przekroczyć progu gabinetu.

Po upłynięciu jakichś dziesięciu minut sesji, napisałam do terapeuty SMS-a, mimo niezbyt wyraźnego widzenia literek na klawiaturze telefonu.

Nie moge sie przymuc,przelamac,zeby wejsc do srodka. (pisownia oryginalna)

Chwilkę później w drzwiach do klatki pojawił się pan M.
– Zapraszam, jest już pani tak blisko. Czekam na panią.
Jego słowa, jakby skruszyły część oporu. Po jakiejś minucie, gdy dopaliłam kolejnego szluga, wstałam i poszłam do gabinetu.

Z samej sesji nie pamiętam wiele. Rozhisteryzowałam się, zaczęłam płakać i praktycznie nie przestałam przez kolejnych dziesięć dni. Oskarżałam, żaliłam się, atakowałam i wycofywałam.

– Nie dalej, jak miesiąc temu, powiedziałam panu, że się do pana bardziej zbliżyłam. I co? Dlaczego mnie pan za to karze zakończeniem terapii?! – Bełkotałam.
– Pani Aniu, nie należy tego rozpatrywać w kategoriach kary… – zaczął, jednak nie chciałam go słuchać. Byłam przekonana o swojej racji. Emocje we mnie kipiały, skraplając się w oczach w postaci niekończących się łez. Nic nie mogło mnie uspokoić, żadne słowa.

Kiedy wróciłam do domu, pocięłam się po raz kolejny, dopiłam colę z wódką i, powalona rozpaczą, poszłam spać.

Z tej dalekiej i niebezpiecznej podróży wróciłam dopiero w środę. Po dziesięciu dniach od sugestii pana M. o wyznaczeniu terminu zakończenia terapii. Ale o tym już wiecie.

Podziel się!

834 – przememłane emocje lub ukrzyżowanie terapeuty

No, dobra.

Dziś odniosłam mały sukces. Pierwszy dzień od półtora tygodnia nie ryczałam. Od zeszłego poniedziałku było to jedyne zajęcie (oprócz spania), któremu poświęcałam zdecydowaną większość dnia. Ale nie, to nie tak, że przetrawiłam emocje. Przez dziesięć dni je memłałam, żeby w końcu przegryźć i przełknąć. Dopiero teraz zaczyna się etap trawienia.

Jestem dużo spokojniejsza. Na tyle, że również pierwszy dzień nie wzięłam Lorafenu. A ostatnimi czasy leciałam na maksymalnej dawce albo i powyżej (przepraszam, Doktorze).

Wczoraj po dwudziestej drugiej zadzwonił pan T. w odpowiedzi na moje wiadomości. Biedny pracoholik dopiero wrócił z pracy i właśnie wychodził z psem na spacer, więc nie rozmawialiśmy długo. Chciał się dowiedzieć, jak się czuję i, zapewne, wybadać, czy moje doniesienia o stanie zbliżającym się do tego sprzed hospitalizacji w lutym rzeczywiście mają rację bytu. Po usłyszeniu, że wybrałam się na sesję pod wpływem alkoholu, zażartował, że jednak sprawdzi się jego scenariusz (o którym pisał mi niedawno) i niedługo ukrzyżuję terapeutę.
– Może tak być – bąknęłam pod nosem, nieskora do żartów.
Ku jego uciesze, nie chciałam zmieniać leków z obawy, że może to przynieść więcej szkody niż pożytku. Gdyby sytuacja nie została opanowana, mam wpaść do niego za tydzień i pogadać.

Wciąż jestem senna i ogromnie kusi mnie ucieczka w sen, ale dziś już pracowałam nieco dłużej, choć robiąc przerwy co jakąś godzinę, półtorej.

Cały czas myślę o propozycji czy też sugestii pana M. o wyznaczeniu daty zakończenia terapii. Powoli zaczyna się we mnie rodzić myśl: cholera, a może on rzeczywiście ma rację? Może jestem już na to gotowa? Niesamowite, co? Przynajmniej nie odrzucam tego tak kategorycznie jak wcześniej. Myślę, że będziemy jeszcze o tym rozmawiać na sesji.

Zareagowałam bardzo gwałtownie. To była wielka nadreakcja, zupełnie nieadekwatna do sytuacji, a proces dochodzenia do siebie trwał niezwykle długo. Wiem. Nie zamierzam się jednak biczować. Po prostu wstanę, otrzepię się, wyciągnę wnioski i pójdę dalej.

Podziel się!

832 – terapia borderline: jeden wielki chaos

Chciałam opisać to, co działo się wczoraj na sesji. Ale nie mam siły. Nie mam siły na nic. Postaram się do tego wrócić. Może dam radę.

Tymczasem znów nie daję rady. Jest we mnie taki chaos… Sama jestem chaosem. Nie wiem nic. Nie wiem, czego chcę. Nie wiem, co czuję. Nie wiem, kim jestem. Nie wiem, co dalej. Nie wiem, czy żyję. Nie wiem, czy w ogóle chcę żyć. Czy jeszcze zależy mi na zaczerpywaniu powietrza? Dotlenianiu płuc? A może by tak udusić ten durny mózg. Zasnąć. Więcej się nie obudzić.

Nie wiem, czy jest we mnie cierpienie. Na pewno dominuje rezygnacja i obojętność. Nie mam siły pracować. Wciąż całymi dniami śpię. Uciekam w sen. Żeby nie myśleć. Nie czuć. Mam ochotę się rozpłakać i płakać tygodniami, ale na wczorajszej sesji wylałam chyba wszystkie łzy.

Myślę. Cały czas myślę, czy pan M. nie ma racji. Może faktycznie to czas na podjęcie decyzji o końcu terapii? Wiele z Was pisze mi, że terapia nie może trwać całe życie. Przecież ja to wiem. Ale w wielu mądrych książkach napisane jest wprost: koniec terapii nadchodzi naturalnie, bo pacjent już nie potrzebuje terapeuty. No właśnie – nie potrzebuje. Tu nie chodzi o żadne uzależnienie od pana M. Po prostu bez jego wsparcia nie radzę sobie z niczym. Nie potrafię zapanować nad emocjami. Nad sobą.

Pytacie mnie też, czy pan M. jest pod superwizją. Owszem, jest. U jakiegoś profesora z NY.

Czuję, że jeszcze tyle problemów mam nieprzepracowanych. Nagromadzenie konfliktów wewnętrznych nie daje mi spokoju. Pracuję nad sobą, naprawdę. Widzę w niektórych obszarach ogromne postępy, ale wciąż zostało tak wiele do zrobienia…

Podziel się!