967 – jak się nie spieprzy, to się nie polepszy?

Cały weekend pisałam artykuł o trudnościach w relacjach społecznych i stygmatyzacji osób z pogranicznym zaburzeniem osobowości dla magazynu „Trening umiejętności społecznych”. Początkowo szło mi opornie, nie mogłam zacząć. Ale powoli powstawały kolejne zdania, a potem już poszło. Napisałam trzy czwarte, dwadzieścia pięć tysięcy znaków. Byłam bardzo zadowolona, że uda mi się go skończyć szybciej niż myślałam. I co? Oczywiście coś musiało się spierd… Zamknęłam plik, a po jego ponownym otwarciu okazało się, że wyczyściło mi całe formatowanie i ustawiło jakąś dziwną czcionkę. Nie byłoby w tym nic strasznego, w końcu ustawienie czcionki, rozmiaru, interlinii czy marginesów to chwila, ale na tym nie koniec. Wszystkie cytaty pisałam kursywą, która została wyczyszczona, więc nie wiem, co jest moim tekstem, a co cytatem. Mało tego, wypierdzieliło mi też wszystkie przypisy, także nie mam teraz pojęcia nie tylko, który fragment tekstu jest cytowany, ale i nie wiem, z jakiej książki i strony pochodzi… Super, nie? Ja nie wiem, czy zawsze wszystko musi iść jak po grudzie?

Cały czas mam wrażenie, że jutro normalnie idę na sesję. Nie umiem wyzbyć się jeszcze tego przeświadczenia. Jakbym nie chciała dopuścić do wiadomości, że to już definitywny koniec. Łapię się też wciąż na mówieniu do pana M. w myślach. Robiłam tak całe sześć lat i chyba szybko mi to nie przejdzie. Nastrój mam w porządku, ale zaczyna się pojawiać tęsknota. Myślę, że wraz z upływem czasu, przynajmniej przez jakiś okres, będzie tylko gorzej. Że tęsknota, poczucie straty i pewna pustka będą towarzyszyć mi jeszcze długo. Próbuję się nie zniechęcać i nie nakręcać. Zapewnić sobie przestrzeń dla pojawiających się emocji i ich zdrowego przeżycia. Choć dziś chce mi się płakać. Nie jest to podszyte rozpaczą, ale takim zwykłym, ludzkim smutkiem z powodu rozstania.

Podziel się!

965 – było świętowanie. I celebracja życia

Wczoraj mieliśmy wolne. Pojechaliśmy na Rynek. Mieliśmy iść do mojej ulubionej kawiarni literackiej, ale niestety nie było miejsc. Poszliśmy więc do innego baru. Było świętowanie. I była celebracja życia.
– Za życie! – Wzniosłam toast z uśmiechem na ustach i pełnym przekonaniem, że pragnę żyć i to życie kocham.
Rozmawialiśmy o planach wyjazdu na Sycylię jesienią. Nasz pobyt tam trwał ostatnio zbyt krótko. Zakochałam się w tej wyspie. A szczególnie w Katanii.
Wypiliśmy piwo, drugie trzecie i czwarte. A kiedy Mrówek wracał z toalety, przyniósł piąte. I to był błąd! Mój łeb nie jest już tak wytrzymały jak kiedyś. W efekcie nie pamiętam drogi do domu, hehe. Upił mnie mój własny facet! Ale było miło. Bez rozpaczania nad końcem relacji. To najważniejsze.
Dziś obudziłam się z ogromnym kacem, ale zadowolona. Z pozytywnym nastawieniem do życia i całkiem dobrym nastrojem. Czuję się trochę, jak dziecko, które właśnie wyprowadziło się z rodzinnego domu, by rozpocząć życie na własną rękę.
Zasiane tydzień temu zioła zaczynają wschodzić. Kiedy spryskuję ziemię i patrzę na te mikroskopijne roślinki, na moich ustach samoistnie pojawia się uśmiech. Uwielbiam opiekować się roślinami. A te, nie mogły wybrać lepszego momentu na rozpoczęcie swojej wegetacji. Jestem im wdzięczna, że właśnie teraz, kiedy zaczynam nowy etap, one zaczynają swoje życie. Ja też czuję się trochę taką maleńką roślinką, która metaforycznie stawia swoje pierwsze kroki. Razem będziemy rosnąć i razem rozkwitniemy, ciesząc oko pięknymi kwiatami.
I właśnie taką siebie lubię – uśmiechniętą, pewną siebie, pozytywnie nastawioną i chcącą od życia jak najwięcej. Także, chwilo trwaj! I pozwól mi cieszyć się jak najdłużej.

Podziel się!

964 – terapia borderline: zakończenie

I stało się. Nastąpiło to, czego tak bardzo się obawiałam. Zakończyłam sześcioletnią psychoterapię.
Wyszłam z domu wcześniej. Usiadłam na ławce pod blokiem, w którym znajduje się gabinet. Powoli paliłam fajkę i wspominałam te wszystkie lata. Te niezliczone sytuacje, gdy siedziałam na tej ławce pełna radości, smutku lub pragnąca się zabić.
Sesję zaczęłam od opowiedzenia o ojcu. Wylądował w szpitalu w sobotę półtora tygodnia temu. Dzień później miał operację – wycięcie wyrostka robaczkowego. Normalnie ludzie wychodzą do domu po dwóch dniach, ale on miał komplikacje. Utworzył się duży ropień, nie jadł przez tydzień, cały czas na środkach przeciwbólowych. Kiedy w końcu dali mu kleik i sucharki, zaczął się źle czuć. Okazało się, że ma perforację jelita. Dziś ma kolejną operację. Tak bardzo się o niego martwię i boję…
– Niefortunnie się złożyło, prawda? Koniec terapii i ta sytuacja z pani tatą – powiedział pan M. I miałam go ochotę prosić, że skoro jestem w trudnej sytuacji, to może jeszcze chociaż kilka spotkań. Aż ojciec wyjdzie ze szpitala. Ale nie powiedziałam tego na głos. Wiedziałam przecież, że to niczego nie zmieni.
Wyartykułowałam w zasadzie wszystko, co chciałam. Ale z drugiej strony nie mówiłam zbyt wiele. Byłam na siebie zła za każdą przemilczaną minutę. Nie potrafiłam się rozgadać.
Trochę podsumowywaliśmy to, co udało mi się osiągnąć. Trochę wspominaliśmy te sześć lat.
Przyznałam, że porównując siebie z okresu rozpoczęcia terapii z tym, jak jest teraz, widać ogromną zmianę. Jakbym była innym człowiekiem.
– Wczoraj miałam pozytywne nastawienie, a dziś obudziłam się ze łzami w oczach. Od razu po przebudzeniu zachciało mi się ciąć. Ale mam poczucie, że ta cała autoagresja i autodestrukcja już do mnie nie pasują.
– A kiedyś się pani z nimi identyfikowała, prawda?
– To było w zasadzie jedyne, co o sobie wiedziałam.
– Bo tak mocno to pani czuła.
Pan M. podkreślił, że kończenie terapii wywołuje ambiwalentne uczucia, a dla mnie są one szczególnie trudne do wytrzymania.
– Ta ambiwalencja często się pojawiała, ale zawsze skupiałam się na tych negatywnych stronach i już nie było problemu ambiwalencji – zauważyłam.
Powiedziałam też, że gdyby nie te kryzysy, w których tracę kontrolę nad swoim życiem, można by uznać, że wszystko jest już w porządku. Czułabym się wtedy zupełnie zdrowa.
– Zakończenie terapii to nie zupełny koniec – rzekł terapeuta w pewnej chwili. – Ten proces zmian dalej będzie w pani zachodził, tylko już bez mojej pomocy.
Tak, wiedziałam to i przyznałam mu rację. Choć mój umysł szczególnie zwrócił uwagę na to „bez mojej pomocy” i znów miałam ochotę prosić, żebyśmy nie kończyli. Jeszcze nie teraz.
Z każdą chwilą rosło we mnie napięcie. Świadomość nieuchronnie zbliżającego się końca sprawiała, że miałam ochotę się rozpłakać. Aż nadszedł ten moment, którego tak się bałam.
– To, co, pani Aniu, kończymy. Sześć lat minęło.
– Jak jeden dzień… – zaśmiałam się gorzko, a w oczach stanęły mi łzy.
Głęboko westchnęłam i po raz ostatni wyjęłam pieniądze z portfela i położyłam na stoliku.
– Dziękuję – pan M. powiedział jak zwykle w tym momencie.
– Dziękuję – odpowiedziałam, jak zwykłam to czynić. – I w ogóle… dziękuję za wszystko – dodałam łamiącym się głosem.
Spojrzałam na terapeutę po raz ostatni. Życzył mi wszystkiego dobrego i powodzenia. Wstałam powoli z fotela i wyszłam z gabinetu.
Kiedy pan M. zamknął za mną drzwi, tama puściła i polały się łzy. Całą drogę do domu płakałam. Teraz też nie potrafię powstrzymać tych łez. I chyba nawet nie chcę. Mam prawo płakać. Pozwalam sobie na to.
Terapeuta miał rację. Są we mnie ambiwalentne emocje. Z jednej strony czuję ogromny smutek, rozpacz, rozżalenie, złość, poczucie straty. A z drugiej strony dumę i zadowolenie siebie, że wytrwałam. Że wytrwałam te sześć lat i wytrzymałam do końca, do ostatniej sesji. Choć ten proces kończenia był dla mnie piekielnie trudny i zrezygnowałam z terapii najpierw we wrześniu, a potem w marcu, nie mogąc znieść tych wszystkich emocji. Jest też we mnie nadzieja. Nadzieja na to, że poradzę sobie samodzielnie. Że dalej będę ogarniać życie i siebie. Że będę miała poczucie kontroli i wpływu na to, jak wygląda moje życie.
To jest piekielnie trudne. Ta świadomość, że się więcej nie zobaczymy. Że więcej mi nie pomoże. Że mnie nie wesprze i następny kryzys będę musiała wytrzymać sama. Ale z drugiej strony nie chcę z tej ambiwalencji wyciągać tego, co złe. Już taka nie jestem, wierzę w to. Pragnę skupiać się na tym, co dobre. Co dała mi ta terapia, ta relacja. Przecież niejako przeżyję ją jeszcze raz, pisząc książkę. I zawsze będę mogła do niej zajrzeć, gdy będzie mi źle. Będę mogła wspominać i przypominać sobie to, co mówił terapeuta, jego analizy i interpretacje. Jego podnoszące na duchu słowa.
Dzisiaj płaczę. Dziś jest mi bardzo źle. Ale nie traktuję tego jak porażki. Rozstania są trudne i bolesne. Dlatego pozwalam sobie na ten smutek. Jednak się nie załamuję. Rozumiem skąd te mieszane uczucia. Rozumiem i akceptuję to, co się ze mną dzieje. Jest we mnie wewnętrzna zgoda na taki stan rzeczy.
Wiem, że jeszcze nie raz tęsknota za tą relacją da mi w kość. Przyjdą chwile, w których będę czuła złość, że jej już nie ma. Ale przecież jestem już innym człowiekiem. Dojrzalszym. I muszę zacząć radzić sobie sama.

Podziel się!

963 – coraz trudniej. coraz smutniej

Dziś obudziłam się ze łzami w oczach. Wczorajsze dobre nastawienie gdzieś uleciało. Trudno mi wykrzesać z siebie choćby krztynę optymizmu. Zupełnie zapomniałam, że są we mnie tak ogromne, niewyczerpane pokłady smutku. Chwilami przechodzi on w rozpacz. Nie chcę kończyć! Nie zdziwiło mnie to, że pojawił się przymus cięcia. Tak mnie ciągnie do żyletki… ale nie, nie okaleczę się. To już do mnie nie pasuje. Postanowiłam to sobie.
Okropnie się boję, że nie będę w stanie mówić na tej ostatniej sesji. Mam tyle do powiedzenia panu M., ale obawa, że zamilknę, jest duża.
Dziś znów nie potrafię sobie wyobrazić życia bez terapii i bez tej relacji. Czy życie bez dwóch godzin zwierzeń tygodniowo będzie w ogóle możliwe? Ehh, takie pytanie retoryczne. Trochę dramatyczne. Przecież wiem, że to nie koniec świata. Że początkowo będzie trudno i będzie mi ogromnie brakować naszych spotkań. Ale przecież z czasem do tego przywyknę. Na pewno się przyzwyczaję. Nie może być inaczej. Próbuję samą siebie przekonywać na siłę, że to była dobra decyzja. Że przecież udało mi się tyle osiągnąć. Tak bardzo się zmieniłam, dojrzałam, usamodzielniłam się. Przecież nie mogę wisieć na panu M. do końca życia. Choć tego właśnie pragnę.
Za godzinę wyjdę na terapię po raz ostatni i… nie potrafię opanować wzruszenia, rozpaczy, smutku. Coraz więcej łez staje w oczach, a niektóre już lecą po policzkach. Jest mi dziś tak piekielnie źle. Tak smutno. Tak trudno…

Podziel się!

962 – przygotowania do najgorszego rozstania

No, dobra. Zmieniłam trochę podejście do jutrzejszego rozstania. Wciąż jest mi bardzo ciężko, ale postanowiłam ugryźć problem od innej strony – celebrować zakończenie terapii (za radą pewnej osoby).

To było bardzo trudne sześć lat. Pełne wzlotów i upadków. Dumy i pogardy dla siebie. Górek i kryzysów. Sukcesów i porażek. Przez cały ten czas, mimo popełniania wciąż tych samych błędów, zapominania o tym, czego się nauczyłam, setek desperackich wiadomości, zrywania relacji, pan M. wciąż przy mnie niestrudzenie trwał. Pozwalał mi na potknięcia i nigdy nie dał odczuć, że stracił cierpliwość albo czuł złość na mnie. Jestem mu za to niesamowicie wdzięczna. Ale! Przecież to ja wykonałam największą pracę. Tytaniczną pracę, by znaleźć się tu, gdzie jestem. Z błądzącego we mgle dziecka stałam się dojrzałą kobietą, która wie, kim jest (zazwyczaj) i czego pragnie. Metaforycznie ta terapia pozwoliła mi się narodzić na nowo. Pozwoliła mi dorosnąć. Okiełznać objawy borderline, choć nie wyeliminowała ich zupełnie. Wciąż ciągnie mnie do starych schematów, ale przez większość czasu jestem w stanie wytrzymać te impulsy i im nie ulec.
Tak więc mam okazję do świętowania – kończy się etap pewnej zależności i rozpoczyna nowy. Symbolicznie zakończenie terapii jest jak osiemnastka, osiągnięcie pełnoletności. Tylko w tym przypadku, jest to osiągnięcie samodzielności. Bo przecież od jutra, odkąd wyjdę z gabinetu, będę musiała radzić sobie sama. Choć nie osamotniona. Przecież zostanie ze mną to wszystko, co osiągnęłam. Zostaną wspomnienia, do których zawsze będę mogła powrócić. Pan M. będzie funkcjonował w moim świecie wewnętrznym, jak każda ważna osoba w życiu.
Nie chcę wpadać w kryzys. Nie chcę rozpaczy i myśli samobójczych. Przecież to nie pasuje do nowego obrazu mnie. To było. Taka byłam. Takie miałam objawy. A teraz chcę patrzeć tylko w przyszłość i skupić się na „tu i teraz”. Pragnę przeżyć swoje życie najlepiej, jak potrafię i wycisnąć z niego, jak najwięcej.

Jutro robię sobie wolne. Ale zmieniłam plany. Nie będę znieczulać się lorafenem ani leżeć godzinami w łóżku i płakać. Będę świętować osiągnięcie samodzielności i celebrować życie. Zamierzam zabrać Mrówka na piwo w ulubionej literackiej kawiarni. Wzniosę toast piwem lub dobrym drinkiem i będę z siebie dumna. Dumna, bo przetrwałam. Bo mimo tylu kryzysów i bezpośrednich zagrożeń swojego życia, wciąż tu jestem. Bo udało mi się wytrwać do ostatniej sesji i pożegnania. I właśnie to dzisiaj czuję – dumę.

Podziel się!