806 – artykuł: potrzeby osób z borderline na przykładzie własnym

Po sesji, na której rozmawialiśmy z panem M. między innymi o moich potrzebach, a raczej ich braku, postanowiłam samodzielnie zgłębić ten temat. Usiadłam na kanapie z moim terapeutycznym notesikiem i zaczęłam się zastanawiać. Czego mogłabym potrzebować? Bo czegoś na pewno. Sama nie wierzyłam, że mogę nie mieć żadnych potrzeb. One muszą być, tylko gdzieś głęboko ukryte.

Jako pierwsza do głowy przyszła mi potrzeba poczucia bycia bezwzględnie i bezwarunkowo akceptowaną. To coś, czego brakuje mi całe życie. Coś, czego całe życie się domagam od innych, nawet od obcych, którzy pojawiają się w mojej rzeczywistości tylko na chwilę. Czasem robię to nieświadomie, czasem sobie zdaję z tego sprawę – to nieistotne.

Następnie uświadomiłam sobie, że egocentrycznie pragnę być podziwiana, uwielbiana i doceniana. Niska samoocena sprawia, że poszukuję u ludzi właśnie podziwu, uwielbienia i doceniania. To sprawia, że w moim umyśle potwierdza się moje poczucie bycia wyjątkową. Jakie to borderowe…

Poczucie bycia zrozumianą również jest bardzo ważną potrzebą, która znalazła się na trzecim miejscu mojej listy. Całe życie towarzyszy mi wrażenie, że inni mnie nie rozumieją. Już wtedy zaczęłam sobie uświadamiać, że mam potrzeby i to ogromne. Jednak ze względu na obawę ich niezaspokojenia, wypierałam je. W końcu wyparcie potrzeb jest mniej bolesne i zagrażające niż wystawienie się na ich niezaspokojenie lub, co gorsza, wyśmianie, wykorzystanie przeciwko mnie.

Czwartą, choć nie mniej ważną od pierwszych trzech, jest potrzeba poczucia bezpieczeństwa. Odkąd zmarła moja babcia, gdy miałam dwanaście lat, a rok później mama zachorowała na nowotwór złośliwy, straciłam je bezpowrotnie.

Potrzeba poczucia wyjątkowości wspomniana przeze mnie wyżej, zasługuje na wymienienie w osobnym punkcie, gdyż jest bardzo silna. Potrzebuję nie tylko czuć się wyjątkowa, ale i zapewnień innych o tym, że tak mnie odbierają.

Bycie kreatywną i twórczą jest jedną z potrzeb, które muszę zaspokajać sama i bardzo chętnie to robię. Oczywiście, gdy inni mnie za taką uznają, dostaję skrzydeł.

Ważne jest, by inni uznawali mnie za inteligentną, gdyż sama siebie za taką nie uważam, a zawsze aspirowałam do tego miana. Do tej pory nie potrafię się pogodzić z tym, że mam tylko wykształcenie średnie.

Jedną z ważniejszych potrzeb, choć wpadłam na to dość późno, jest uprawomocnianie moich emocji, czyli uznawanie przez osoby trzecie, że moje emocje mają rację bytu, są prawdziwe i mam do nich prawo. Całe życie spotykałam się z ich odrzucaniem i trywializowaniem, dlatego jestem tak głodna uprawomocniania.

Któż z nas nie chce być kochanym? Oczywiście jest to jedna z podstawowych potrzeb, którą odczuwa znaczna większość ludzi. Osoby z borderline jednak czują szczególnie duży głód miłości i zainteresowania.

Poważnym problemem w przebiegu pogranicznego zaburzenia osobowości (oczywiście nie u wszystkich zaburzonych) jest nasilona autodestrukcja, autoagresja i stany depresyjne. Takie kryzysy są bardzo obciążające dla osób bliskich, które często reagują odrzuceniem bądź ucieczką od osoby autodestrukcyjnej, co tylko nasila te objawy. Dlatego szalenie ważną potrzebą jest wytrzymywanie kryzysów osób z borderline i wspieranie ich.

Jak wiadomo, u osób chwiejnych emocjonalnie występuje silny konflikt na linii pragnienie bliskości – lęk przed nią. No właśnie. U mnie ten konflikt objawia się tym, że czuję silną potrzebę bliskości i kontaktu, ale tylko na własnych warunkach. Kiedy ktoś zaczyna przekraczać wyznaczone przeze mnie granice, uciekam. Jak to wygląda w praktyce? Szukam kontaktu z innymi, ale nawiązuję go tylko na chwilę. Nie jestem w stanie wytrzymać w relacji dłużej. Skupiam się na kontakcie przez kilkanaście minut, po czym odpuszczam i wycofuję się. Jest to doskonale widoczne nawet na terapii, choć w tym miesiącu mija pięć lat współpracy z panem M.

Bezpośrednio z powyższą potrzebą wiąże się kolejna – obecność Mrówka, czyli mojego narzeczonego. Być może zastanawiacie się, dlaczego obecność, a nie bliskość? Dobre pytanie. Moja miłość i bliskość są czysto platoniczne. Moje wyobrażenie idealnej bliskości to czyjaś obecność, bycie obok, na wyciągnięcie ręki. Jest to zupełnie pozbawione zabarwienia intymnego. Seksualność jest dla mnie tematem abstrakcyjnym. Nawet taka bliskość fizyczna, jak przytulenie czy pocałunek, wzbudzają we mnie lęk i chęć ucieczki. Dlatego bądź, przy mnie bądź, na wyciągnięcie ręki…

Potrzeba spokoju nierozerwalnie łączy się z moim introwertyzmem. Nie znoszę zgiełku, dużej ilości osób, intensywnych dyskusji, osób głośnych, kłótliwych czy zbyt spontanicznych i żywiołowych. Najbezpieczniej i najlepiej czuję się we własnych czterech ścianach lub na łonie natury, ale tam, gdzie nie ma ludzi.

Odkąd pamiętam, bardzo łaknęłam wolności i niezależności. Myślałam po swojemu i chciałam po swojemu działać. Są to dla mnie jedne z fundamentalnych potrzeb, których zaspokojenie jest podstawą do dobrego samopoczucia i życia. Bez nich pojawia się bezsens i niechęć do życia. Może być to spowodowane faktem, że w domu rodzinnym zostały one niezaspokojone, a ja byłam traktowana jako osoba do wypełniania poleceń. Bez możliwości wyrażenia własnego zdania.

No i ostatnia, bardzo silna potrzeba związana z emocjonalnym ekshibicjonizmem – dzielenie się swoimi myślami i emocjami. Nie tylko ich zapisywanie, ale i świadomość, że inni je czytają i jakoś na nie reagują.

Na sam koniec, autoironicznie dodałam dwie potrzeby, na które pan M. zareagował szczerym rozbawieniem. To potrzeba dramatu i tragedii oraz skrajnych emocji. Kto cierpi na zaburzenie sklasyfikowane jako F60.31, ten wie, jak silne są te dwie, autodestrukcyjne potrzeby. Na terapii uczę się ich nie zaspokajać i nie odczuwać ich braku.

Myślę, że duża część osób z borderline zgodzi się z moją listą i odnajdą w niej również swoje potrzeby. Namawiam Was, Kochani, odnajdźcie i uświadomcie sobie swoje potrzeby, a potem zacznijcie je zaspokajać.

Podziel się!

805 – terapia borderline: udawanie depresji

Sesję zaczęłam od stwierdzenia, że znów uleciała ze mnie energia i ogólnie wszystko jest do dupy.
Rozmawialiśmy również o tym, że nie wyrażam swoich potrzeb, oczekując, że świat je odgadnie. Mało tego, sama nie wiem, jakie mam potrzeby, więc inni mieliby to odkryć.
W trakcie sesji kilkukrotnie się ożywiałam, co nie umknęło uwadze pana M. I wtedy padło z jego strony stwierdzenie, które wbiło mnie w fotel i zszokowało.
– Pani udaje depresję.
Nastała chwila milczenia, podczas której miałam całkowitą pustkę w głowie. Zdziwiło mnie, że nie miałam ochoty wstać i wyjść, trzaskając drzwiami. Może to zasługa jego tonu, w którym nie było krztyny oskarżenia?
– Pani udaje depresję – powtórzył i zaczął rozwijać swoją wypowiedź. – Oczywiście nie zawsze, bo czasami bywa pani w takich stanach, że nie potrafi się pani z nich wygrzebać. Ale obserwujemy to chociażby tutaj. Mówi pani, że nie ma energii, ale chwilami się pani ożywia i widać, że ma jej pani dużo. Nie robi pani tego świadomie. To pani sposób na radzenie sobie z emocjami, takimi jak frustracja i złość.
Kiedy wyjaśnił, co ma na myśli, bez wahania się z nim zgodziłam. Byłam częściowo świadoma tego, że istnieje mechanizm, który odbiera mi energię, ale nigdy tak na to nie spojrzałam, jak przedstawił to terapeuta.
Jestem mu wdzięczna.

Podziel się!

804 – autoagresywny rachunek sumienia

W tamtym tygodniu zrobiłam autoagresywny rachunek sumienia. Wypisałam „za” i „przeciw”. Nie ukrywam, że zdecydowana przewaga „przeciw” pomogła mi nie sięgnąć po żyletkę.

Za:

  • zaspokojenie przymusu,
  • chwilowe, acz natychmiastowe poczucie ulgi,
  • odwrócenie uwagi od cierpienia psychicznego.

Przeciw:

  • pogłębienie stanu depresyjnego,
  • blizny,
  • wzmacnianie psychopatycznej i sadystycznej części mnie,
  • sprzeczność z celami:
    • zdrowie psychiczne,
    • dobre samopoczucie,
    • umiejętność radzenia sobie z przeciwnościami i dyskomfortem psychicznym,
    • przeżywanie emocji i umiejętność ich regulacji zamiast odreagowywania na sobie.
  • wzmacnianie złości i poczucia winy,
  • poczucie porażki,
  • wpadanie w ciągi,
  • ranienie bliskich.

Autoagresywna abstynencja trwa.

Podziel się!

803 – terapia

Chciałam napisać, jak było na sesji, ale nie mam siły. Rozmawialiśmy o autoagresji, autodestrukcji, przeszłości.
– Znęcam się na jednej postaci w „Obłędzie”, na nastoletniej Jess.
– I co jej pani robi? – pan M. się zainteresował.
– Tnę ją, podcięłam jej żyły i chyba jeszcze ją powieszę. Obdarowuję ją swoimi własnymi myślami. Zaczęła pisać dziennik, w którym opisuję swoje myśli samobójcze i przymusy. Ale to mało daje…

Ustaliłam z terapeutą, że przechodzę na stałe na dwie sesje w tygodniu. To pomaga mi trzymać się z dala od autoagresji i autodestrukcji. Raz w tygodniu to za mało.

Podziel się!

802 – tnij bohatera, tnij!

Na ostatniej sesji pochwaliłam się panu M.
– Chciało mi się ciąć, Ale to jest sprzeczne z moimi celami, więc pocięłam postać w książce. Zrobiło mi się trochę lepiej.
– Gdyby ograniczyła się pani do cięcia bohaterów, to byłby duży sukces.
Oczywiście musiałam znaleźć jakieś „ale”.
– To oni nic by nie robili, tylko się cięli – roześmiałam się. – A to by było przegięcie.

Niemniej jednak, od kilku dni, gdy jest mi źle, projektuję te emocje na jedną z postaci „Obłędu”. Wkładam w jej umysł swoje myśli i przymusy. Opisuję to, jak się okaleczania lub jej tendencję samobójcze. Biedna nastolatka. Jess stała się moim workiem treningowym, nad którym się znęcać, zostawiając swoje ciało w spokoju.

Podziel się!