790 – cicho szaaa

Jest siódma. Wstałam o szóstej. Ciemno, zimno. Wszyscy śpią oprócz wiernego psa.

Siedzę w kuchni nad zeszytem z kubkiem parującej kawy. Wspominam swoje poprzednie pobyty na oddziałach. Nie chcę, tak bardzo nie chcę tam wracać…

Psychiatra stwierdził kategorycznie, że widzimy się jutro. W celu omówienia szczegółów mojego pobytu w psychiatryku.

A jednak. Stało się. Klamka.zapadła. Świecie bez klamek, witaj!

Gdyby choć udało się coś pisać albo chociaż czytać. Ale we mnie chaos. Chaos, którego tylko otrze żyletki potrafi jakoś okiełznać. Tylko, czy tego chcę? Pakować się znów w ten syf? Ręce, brzuch, nogi – one zapewne mają inne zdanie.

Spokoju chcę, ciszy. Samotności. Czyli czegoś, czego w zamknieciu nie dostanę.

Doktorze, pomóż mi! Nie pozwól im testować na mnie tych wszystkich leków, których brać nie mogę. I jestem martwa w środku, jak bohaterzy Martwicy Mozgu.

Czy ja w ogóle chcę żyć? Czy mam na to siły? A chęci? Panie T. gdyby to pan był lekarzem prowadzącym mnie na oddziale… Ale to tylko mrzonki. Zwykłe myślenie życzeniowe, nie mające nic wspólnego z tą wersją rzeczywistości.

Podziel się!

789 – klamka zapadła – klamek nie bedzie

Po tym, jak Mrówek zadzwonił do ciotki i przywiozła nas do domu rodziców, leżę i płaczę. Niektórzy z Was zarzucają mi egoizm. Może i mają rację.

Wszyscy zebrali się w kuchni i zerkając na mnie co chwilę, o czymś dyskutowali. Ja siedziałam w salonie i chciałam zniknąć.

Co chwilę ktoś przychodzi i pyta, czy czegoś mi nie trzeba. Nienawidzę takich sytuacji. Wolałabym być niewidoczna. Żeby nikt nie zwracał na mnie uwagi.

Pierwsza przyszła matka. Przytuliła mnie bardzo mocno, nie zdając sobie sprawy, jak duży ból mi sprawia, ściskając świeże rany na rękach i brzuchu. Poleciało kilka niezauważonych łez.. Ale kiedy zaczęła mówić i zadawać pytania o moje samopoczucie psychiczne… Nie wytrzymałam i rozpłakałam się.

Napisałam do psychiatry „Błagam, niech mnie Pan stąd zabierze! Nie wytrzymam tutaj całego weekendu. Chciałabym zasnąć i się nie obudzić. Nie mam siły na nic…”

Odpowiedź nadeszła szybko „Widzimy się w poniedziałek i ogarniamy temat.”

A więc to tak. Tak się kończy ta przygoda – zamknięciem za kratami.

W przyszłym tygodniu, o ile będę mogła mieć telefon, odezwę się już z psychiatryka.

Koniec wolności, koniec fajnej pracy zarobkowej, porzucenie kilku projektów przed końcem i zamknięcie firmy. Oto co mnie czeka w najbliższym czasie.

Ale, Ale. Powinnam się cieszyć. Przecież tam podobno uratują moje nędzne życie.

Podziel się!

788 – pazurami się zaparłam, do psychiatryka zawieźć nie dałam

Wczorajszy dzień był z kategorii tych wycieńczających emocjonalnie. I to nie tylko mnie. Współczuję, naprawdę współczuję mojemu psychiatrze, że postawiłam go w takiej sytuacji. A to anioł, nie lekarz, jak o nim mówicie.

Pisałam z nim na Whatsapp’ie. Tak szczerze, jak szczerze powinno rozmawiać się z własnym psychiatrą. Zaprosił mnie na wizytę następnego dnia na 20:15. Siadłam w poczekalni, nie ściągając kurtki, na słuchawkach leciała „Moja obawa”. Ci, co czytali Psychiatryk, wiedzą, jak ważna jest dla mnie ta piosenka… Ale nie uprzedzając faktów…

Jechałam autobusem. Gdy zbliżał się przystanek, na którym miałam wysiąć, coś – wewnętrzny głos – kazało mi jechać na pętlę i tam… Jednak przemyślałam sprawę – miałam ze sobą tylko żyletkę, więc nic by z tego nie wyszło.

Gdy tak siedziałam w tej poczekalni, całkowicie zanurzona we własnym świecie (łącznie z wyłączeniem wizji przez mój mózg, co skutkowało ślepotą) nie zauważyłam, że pacjentka, która była przede mną już wyszła. Dopiero, gdy pan T. podszedł bardzo blisko i dotknął mojego ramienia, oprzytomniałam.

Spędziłam w gabinecie prawie dwie godziny. Bardzo emocjonalne godziny, choć łez nie było. Osuszyła je obojętność i brak zainteresowania własnym losem. Oprócz jednej, wypowiadanej jak mantra odpowiedzi: nie.

Lekarz usilnie chciał mnie przekonać, abym zgodziła się pojechać do psychiatryka. Próbował różnych metod: prośby, groźby, brania pod włos.

– Pani Aniu, znamy się już tyle lat…
– No właśnie, i sam pan widział, że wychodziłam z takich stanów o własnych siłach.
– Tak, wcześniej miałem takie przekonanie, ale tym razem czuję, że jest inaczej. Że nie zapanuje pani nad impulsem. To co, nie będę wzywał karetki, żeby nie robić tu afery. Sam panią odwiozę. Co? Zgadza się pani?
– Nie.
Po czym wstał, wziął papiery i zaczął wypełniać skierowanie do szpitala. Patrzyłam na to, jakby nieobecna. Przecież to skierowanie nie mogło dotyczyć mnie. W końcu się spakował i wziął kluczyki do auta.
– To co, jedziemy.
– Nie – odpowiedziałam stanowczo, nie ruszając się z fotela.
Pan T. usiadł ciężko i głęboko westchnął.
– Pani Aniu, ja panią bardzo lubię i nie jestem pani wrogiem. Nie robię tego przeciw pani. Po prostu cholernie się o panią boję.
– Nic sobie nie zrobię.
– Ale przecież przed chwilą powiedziała pani, że nie do końca sobie ufa.
– No naprawdę, nic sobie nie zrobię, obiecuję.
– Aż przyjdzie impuls, któremu pani ulegnie i zrobi mnie pani w chuja.
– To napiszę do pana, jak będzie naprawdę źle.
– Pani napisze o drugiej w nocy, a jak rano odczytam wiadomość, to wejdzie już stężenie pośmiertne.
– No to ja nie wiem…
– A terapeuta co mówi?
– No… Też jest za szpitalem.
– Widzi pani, dwa do jednego za szpitalem.
Rozmowa ciągnęła się w nieskończoność. W końcu, po wielu zapewnieniach i obietnicach oraz obietnicach, że tych obietnic nie złamię, stanęło na tym, że dostałam znów 225mg wenlafaksyny, podniesienie amisulprydu do 100mg i 7,5mg lorazepamu na dobę. A w razie czego, mam biec prosto na izbę przyjęć. W domu byłam po 22, tylko dzięki temu, że lekarz się nade mną ulitował i odwiózł mnie pod sam blok.

Podziel się!

787 – plan się posypał

Nie wiem, od czego zacząć. To, co było wczoraj u psychiatry opiszę później, nie mam teraz siły. Wywinęłam się z psychiatryka. Skrzętnie uknułam plan ratowania siebie. I co?

Z trzech sesji w tygodniu nici. Terapeuta wyjeżdża w czwartek na półtora tygodnia. Zostaję sama ze swoim pojebanym łbem i całym tym syfem, który się w nim dzieje.

Jakby tego było mało, psychiatra za tydzień wyjeżdża na trzy tygodnie.

Ja pierdolę… dlaczego wszystko zawsze musi iść jak po grudzie?! Wpadłam w niemałą panikę, przyznaję. Każdy kolejny dzień odbiera mi coraz więcej sił.

Podziel się!

785 – terapia borderline: intensywniej

Na sesję przyszłam pół godziny wcześniej. Nie chciałam siedzieć w domu i gapić się tępo w ścianę. Bałam się, że coś sobie zrobię. Jak wczoraj…

Kiedy weszłam do gabinetu i usiadłam, nie byłam w stanie nic powiedzieć. Nie zauważyłam nawet tego, na co zwrócił uwagę pan M.
– Nie ściąga pani okularów?
No tak, przeciwsłoneczne wciąż tkwiły na moim nosie. To dlatego panował taki bezpieczny półmrok. Podniosłam okulary na czubek głowy. Nieznośne światło, obiektywnie przyćmione, raziło oczy.

Tak bardzo chciałam porozmawiać, wyrzucić z siebie ten cały ból, cierpienie, bezsilność, frustrację, złość… A siedziałam, patrząc na własne dłonie.
– Jest pani śpiąca? – zapytał pan M., widząc mnie taką skuloną z na wpół zamkniętymi oczami.
– Nie… – udało mi się wyszeptać. – Chciałam bardzo z panem porozmawiać, ale nie mam siły…
To chyba już wtedy łzy napłynęły do oczu i do końca sesji broniły dostępu do oczu.

Do końca sesji opowiadałam o tym, co we mnie siedzi.

O pomyśle psychiatry, żebym dała się zamknąć w psychiatryku.
– Może to dobry pomysł?
– Przecież w szpitalu też można się zabić. To nic trudnego. Szczególnie, jak siedzi się tam całymi dniami i obmyśla plan unicestwienia siebie.

O zaleconej dawce dziennej 7,5 miligrama lorazepamu, żeby nie dać się zabić samej sobie. O tym, że wytrzymałam ledwie rok bez żyletki i zegar trzeba było wyzerować. O planie samobójstwa, przygotowaniach do niego, liście pożegnalnym i pierwszym od siedmiu lat wierszu. O poczuciu braku wsparcia, zrozumienia, o wpędzaniu w poczucie winy. O utraconej nadziei i braku chęci, by ją odzyskać. O umieraniu. I martwicy wnętrza.

A na koniec, zamiast standardowego „kończymy na dziś”, usłyszałam propozycję spotkania w czwartek.
– Zapisać panią?
Chętnie na to przystałam. Zwiększona częstotliwość sesji to jest to, czego mi teraz tak bardzo trzeba.

Podziel się!