941 – nowa terapia

Ostatnio sporo się dzieje w kwestii mojego leczenia. Następują zwroty akcji o sto osiemdziesiąt stopni. Dopiero płakałam i byłam załamana, że nie mogę znaleźć żadnego terapeuty i zostanę bez pomocy. A teraz nie wiem, którego wybrać.

Na dwudziestego dziewiątego kwietnia jestem umówiona na konsultacje u nowego, poleconego przez pana M., psychiatry. Rozmawiałam z nim telefonicznie i mam mu wysłać na maila skany wszelkich dokumentów. Dlatego też złożyłam trzy podania o wydanie kopii dokumentacji medycznych – do poradni, psychiatryka i kliniki, w której byłam na oddziale dziennym. Jestem szczególnie ciekawa papierów z 2014 roku i pobytu na oddziale zamkniętym, podczas którego napisałam „Psychiatryk”. Wtedy się działo, oj, działo. Pielęgniarki na pewno miały o czym pisać w raportach, hehe.

W poniedziałek o dziewiętnastej konsultacje u pierwszego z dwóch terapeutów poznawczo-behawioralnych. U drugiego, na godzinę dwudziestą, ale jeszcze nie podał mi terminu. Postanowiłam, że spotkam się z nimi oboma i wtedy któregoś wybiorę. Obaj zadeklarowali, że są w stanie pomóc mi z autoagresją, autodestrukcją i kryzysami samobójczymi. Obaj mają doświadczenie w leczeniu pacjentów z borderline. Chociaż może powinnam napisać „pomocy klientom”? Choć zupełnie mi to nie leży – klient. To brzmi, jak odbiorca usługi, a nie ktoś, kto przyszedł się leczyć. No, ale cóż… Nie mam przecież wpływu na nazewnictwo. Rozumiem, że ma to na celu zmotywować do wzięcia odpowiedzialności za siebie i swoje życie, a nie stawiać w roli kogoś chorego i bezradnego, ale… jakoś mnie to mierzi.
Nie mniej jednak, cieszę się, że terapię u pana M. kończę za półtora miesiąca. To da mi możliwość przegadania mojego wyboru, rozwiania ewentualnych wątpliwości.

A tak poza tym? Mam cztery dni wolnego! Wzięłam wolny poniedziałek i wtorek. W końcu mam czas, żeby zająć się wspomnieniami z terapii.

Jutro poczuję się naprawdę stara. Wskoczy mi czwórka. Trzydzieści cztery lata. Kto by pomyślał, że dożyję takiego wieku.

Podziel się!

940 – Tja… Za długo było dobrze

No bo tak to już jest, prawda? Za długo nie może być dobrze, bo by mnie chyba zczyściło, jak po mleku z ogórkiem kiszonym. Mój umysł dobrego stanu zbyt długo nie wytrzyma. Byłoby w końcu nudno!

I tak od wczoraj znów jest płacz, poczucie bezsensu. Jest lorazepam, drzemki przez pół dnia i niemoc w pracy.

Udało mi się załatwić kilka spraw. Idę właśnie na pocztę wysłać pewne papiery do Urzędu Skarbowego, oświadczenie do SAiW Copyright Polska oraz podanie o wydanie kopii dokumentacji medycznej z poradni. Podanie do psychiatryka udało się wysłać mailem.

Z nowym psychiatrą jestem umówiona na konsultacje na 29 kwietnia, godzina 9:00. Będę się musiała pospieszyć, bo o 10:45 mam sesję.

Odpisal mi dziś drugi terapeuta CBT, do którego napisałam. Pracuje on z problemami, jakie opisałam. Umówiliśmy się na pierwsze konsultacje na poniedzielak rano. Niestety wtedy wyszło na jaw, że miał na myśli konsultacje online. Gdy odpisałam, że chodzi o tradycyjne spotkanie, zamilkł…

Czuję, że kolejny kryzys zbliża się wielkimi krokami. A ja nie mam na niego siły. Nie doszłam jeszcze do siebie po ostatnim. Dlaczego to wszystko musi się dziać? Czemu musi być takie trudne? Lubię stabilizację, znane sytuacje. A ostatnio same rewolucje. Naprawdę, tak zwyczajnie po ludzku, brak mi na to wszystko sił.

Podziel się!

938 – oszywiście, długo czekać nie trzeba było

Na co? Ano na to, co robię najlepiej – gnojenie siebie, doszukiwanie się i myśli samobójcze. Siedzę i płaczę. Ten pierdolony świat chce, żebym się zajebała, cały czas rzucając mu pieprzone kłody pod nogi.

I tak myślę… Co za różnica, czy wyhuśtam się teraz, czy za miesiąc?

KURWA! Przecież ja nawet nie chcę się leczyć na koszt państwa. Chcę iść prywatnie. I chuj. Dostałam jedno polecenie na fb. Sprawdziłam – jak w przypadku poprzednich terapeutów, do konca roku nie ma zapisów do kolejki.

Rozmawiałam że znajomą z zarządu PTDBT. Mówi, że w moim mieście nie mają dostępnego mężczyzny po kursie DBT. No i ten kolejny, co odpisał mi, żebym poszła na grupową DBT. Ja nie potrafię być w kontakcie z jednym terapeutą, którego znam 6 lat, izoluję się i wycofuje co chwilę z relacji, bo jest to dla mnie zbyt lękotwórcze i męczące. Więc co dopiero na terapii grupowej… Której, tak na marginesie, na razie i tak nie ma, bo spotkania są zawieszone przez pandemię.

I tak sobie myślę, próbując upchać płynne cierpienie z powrotem do oczu, co za różnica? Co za różnica czy zdechnęjuz teraz czy przecierpię kolejny miesiąc? Z tej sytuacji nie ma żadnego wyjścia.

I nie piszcie mi swoich złotych rad, żebym poszła do kobiety. Bo do kobiety nie pójdę, nie ma takiej możliwości. Nie akceptuję ich w takiej roli, uważam za gorsze i pozbawione kompetencji. Nie otworzę się przed babą ani jej nie zaufam. Nie ma po prostu opcji, żebym mogła pracować z kimś, kto nie jest mężczyzną.

Jestem załamana. Na lorazepamie. Ze łzami w oczach i przymusami, żeby coś sobie zrobić. Tak bardzo chciałabym porozmawiać z Panem M. na ten temat, a sesja dopiero tydzien…

Nic, tylko odciąć się od nich wszystkich. Zostać sama już w tej chwili. I czekać aż zdechnę. Cierpienie rozwali mnie na kawałki, których nie będzie się dało posklejać. Ból, złość i rozżalenie sprawią, że resztki nadziei zgniją.

Nie mam już siły na to wszystko. Serio. Mało tego, że nieustannie szarpię się sama ze sobą, to jeszcze z tym pierdolonym systemem ochrony zdrowia psychicznego.

Kładę się na bruku. Niech jadą po mnie czołgi. Mam to już gdzieś. Z tego życia i tak już nic nie będzie.

Podziel się!

937 – nie ma terapeutów i chuj

Przyszłam się pożalić, bo frustracja zaczyna osiągać niebezpieczny poziom.

Przejrzałam wszystkie strony na Google w poszukiwaniu terapeuty schematów lub DBT w moim mieście. I chuj. W kobietach można przebierać jak w ulęgałkach, a facetów nie ma. O, przepraszam. Znalazłam trzech, z czego do dwóch do końca tego roku nie ma już zapisów do kolejki, w której czeka się do roku na podjęcie terapii. Do trzeciego napisałam z opisem problemu i pytaniem o możliwość konsultacji. Dziś mi odpisał, że do wakacji nie ma miejsc na nową osobę i po opisie problemu sugeruje trening umiejętności DBT. A ja na żadne grupówki się nie wybieram. Co to, to nie.

No i tym sposobem za półtora miesiąca zostanę bez terapii.

Na dodatek, mało, że tracę relację z panem M., dr T. nie odpisał mi na żadnego SMS-a, którego wysłałam w kryzysie. A nie wysyłałam dramatycznych wiadomości, tylko prośby o spotkanie. Wczoraj dowiedziałam się, że dr T. odchodzi z poradni i będzie przyjmował tylko prywatnie. Tak czy inaczej, nie mam z nim kontaktu. A nie mogę sobie pozwolić na psychiatrę, z którym nie mogę się skontaktować w kryzysie.
Pan M. znalazł rozwiązanie, podając mi namiar na nowego lekarza, którego, jak się okazało, znam ze słyszenia. Napisałam do niego i wciąż czekam na odpowiedź.

Reasumując. Straciłam relację z dr T. Tracę relację z panem M. I do tego nie mam jak podjąć nowej terapii. Super. Jednym słowem, wszystko układa się zajebiście i idzie zgodnie z planem. Ehh…

Podziel się!

935 – krótka analiza tendencji samobójczych

Tendencje samobójcze nieco wystopowały. „Zabiję się” osłabło do „chciałabym, żeby mnie nie było”. Znów robi się bezpieczniej. Mniej boleśnie, bo tsunami cierpienia stało się zwykłą, spokojną falą.
Tak myślę o tym kryzysie. Skąd się wziął? Co było jego przyczyną? Mam pewne podejrzenia. Jeśli są prawdziwe, to naprawdę nie była żadna tragedia. Ale zaczęłam się gnębić. Wciąż i wciąż tłuc sobie do głowy, że to przekreśla wszystko. Całe moje pisanie, całe życie. I może rzeczywiście, gdyby wyłapać ten schemat już na początku, nie doszłoby do takiej eskalacji negatywnych emocji, bólu i, w konsekwencji, tendencji samobójczych. Ale to tylko przypuszczenia.
Pan M. wczoraj zwrócił na moją uwagę na to, że przetrwałam ten kryzys samodzielnie. Ja jednak nie byłabym taką optymistką. W końcu, jakby nie patrzeć, przeżyłam każdy kryzys, jaki pojawił się w moim trzydziestoczteroletnim życiu.
Trzydziestoczteroletnim… jak to w ogóle brzmi. Nie chcę tych urodzin. Wolałabym pozostać trzydziestotrzylatką. Ale wracając do tematu…
Zastanawiam się, co mnie uratowało tym razem. Co sprawiło, że mimo tak silnych myśli o odebraniu sobie życia, jednak nie związałam pętli i nie założyłam jej na szyję. I dochodzę do wniosku, że to było chyba poczucie obowiązku i lojalności wobec kontrahenta. Codziennie od popołudnia dokąd nie zasnęłam, planowałam, że następnego dnia rano, gdy Mrówek będzie spał, targnę się na swoje życie. Jednak, kiedy się budziłam, włączałam komputer i siadałam do pracy. Miałam wewnętrzny przymus, by to robić. Żeby nie zostawiać byłego szefa z nieskończonym projektem na głowie i dużymi karami umownymi za niedotrzymanie terminów. Choć popołudniu znów byłam już w takim stanie, że myślałam tylko o śmierci.
Jeśli moje obserwacje są trafne, oznaczałoby to, że pojawiło się coś nowego. Coś, co zatrzymało mnie przy życiu po raz pierwszy. A to z kolei byłoby dobrą wiadomością, bo świadczyłoby o tym, że poszerzył się zakres czynników przemawiających za życiem.

Intensywnie myślę o tej terapii behawioralnej. Próbuję przekonać siebie do podjęcia decyzji, co i rusz pisując w wyszukiwarkę „terapia schematów” i nazwę mojego miasta. Bo jeśli już miałabym się zdecydować, to chyba na schematy właśnie. Przemawia za nią nacisk na relację terapeutyczną, która, jak wiecie, jest dla mnie bardzo ważna. Nie wyobrażam sobie, że miałabym się spotykać i pracować z kimś, z kim nie miałabym głębszej więzi. Z kim robiłabym tylko durne ćwiczenia i je omawiała. Nie mieści mi się to w głowie i nie miałby to prawa funkcjonować.

Robi mi się niedobrze na myśl, że za półtora miesiąca znów mam kończyć terapię. Że znów będę przeżywać te wszystkie trudne emocje, które pojawiają się już teraz. Ale próbuję się dystansować. Staram się nie wyobrażać sobie, jak to będzie. Choć z marnym skutkiem.

Podziel się!