961 – zostało już tylko pożegnanie…

Przed chwilą wróciłam z przedostatniej sesji. Nie mogę, nie potrafię, nie chcę uwierzyć w to, że zostało już tylko pożegnanie. Że za dwa dni to będzie definitywny koniec. Że po ostatnich czterdziestu pięciu minutach pan M. zamknie za mną drzwi i już więcej się nie zobaczymy. Czuję, jakby ktoś odbierał mi członka rodziny. Bardzo ważnego i bliskiego członka rodziny. Kogoś, kto, wydawało się, pozostanie w moim życiu na zawsze.

Od wczoraj jestem w kiepskim stanie. Ogromny smutek, rozpacz wręcz, przeplata się całkowitą pustką. Nie byłam wczoraj w stanie pracować. Nie mogę się na niczym skupić. Nie odpływam myślami, bo nie myślę. Po prostu zapadam się w sobie. Przeradzam się w niebyt. Są we mnie tylko emocje. Emocje lub ich całkowity brak pod postacią pustki właśnie.

Tak bardzo chce mi się płakać. Opłakiwać relację terapeutyczną i płakać nad sobą. Mam ochotę użalać się nad swoim losem. Nad tym, przez co właśnie przechodzę. Pożegnanie, koniec tak ważnej relacji, rozstanie – to osób z zaburzeniem borderline szczególnie trudne doświadczenia. I tak właśnie to przeżywam. Poczucie końca, walenia się wszystkiego, utraty stabilności dominują teraz w wewnętrznym świecie moich przeżyć. Jakby już nic dobrego miało mnie nie spotkać. Jakby dalsze życie nie miało sensu i nie było możliwe. Mam ochotę krzyczeć, rwać włosy z głowy, paść przed panem M. na kolana i błagać go, żeby mnie nie opuszczał. Mam ochotę grozić samobójstwem i chwytać się każdej rozpaczliwej próby zatrzymania go. Oczywiście nic takiego nie robię. Dojrzałam i zmieniłam się na tyle, by potrafić zapanować nad tymi impulsami. Co nie zmienia faktu, że w moim wnętrzu rozgrywa się prawdziwy dramat.

Całkowicie odechciało mi się podejmować tę nową terapię. Mam ochotę nie pisać do pana K. i nie umawiać się z nim. Kiedy sobie pomyślę, że mam przechodzić przez kolejne rozstanie i znów przeżywać te wszystkie trudne emocje… wytrzymanie tego wydaje się być poza moim zasięgiem.

Ostatnio mam dużo zajęć. Praca zawodowa, przygotowania do pisania artykułu dla magazynu „Trening umiejętności społecznych”, ostatnie poprawki „Dwóch słów”, wykłady, webinary i warsztaty. Trochę się w moim życiu dzieje i chyba tylko to trzyma mnie jakoś w kupie. Chyba tylko to sprawia, że nie kładę się do łóżka i nie przesypiam tego, co się teraz ze mną dzieje. Zwyczajnie szkoda mi czasu na nadprogramowy sen.

Nie wyobrażam sobie tego czwartku. Chyba zrobię sobie wolne w pracy. Wrócę do domu, wezmę lorafen, rzucę się na łóżko i będę płakać. Będę wyć i boleśnie przeżywać koniec pewnego etapu w życiu. Pozwolę sobie na słabość i rozpacz. A potem otrzepię się, wytrę oczy i powoli ruszę do przodu. Wkroczę w nowy etap. Rozpocznę kolejny rozdział – samodzielnego życia. W końcu, jaki mam wybór? Mogę się załamać, odrzucając wszystko, co dała mi terapia i relacja z panem M. albo czerpać z wiedzy, którą zdobylam i zmian, które we mnie zaszły. Mogę popaść w regres, wracając do starych schematów i mechanizmów albo rozwijać się dalej. Ta druga opcja brzmi o wiele lepiej. Rozsądniej.

Tylko wciąż nie mogę sobie wyobrazić tego, że na koniec czwartkowego spotkania nie usłyszę „widzimy się we wtorek”. Że wszystko zrobię po raz ostatni. Wypalę ostatnią fajkę przed sesją. Ostatni raz usiądę w fotelu. Ostatni raz z nim porozmawiam. Ostatni raz się pożegnam, tym razem na zawsze. Wypalę ostatnią fajkę po sesji. I ostatni raz wyjdę z osiedla zamkniętego, gdzie ma gabinet. I już nigdy, przenigdy tam nie wrócę. I co mam powiedzieć na pożegnanie? „Do widzenia”, skoro więcej się nie zobaczymy? „Żegnam”, choć to takie oschłe?

Kiedyś jeszcze się z nim skontaktuję, wysyłając mu wspomnienia z tej terapii. Ale nie spodziewam się dłuższej wiadomości zwrotnej niż „dziękuję”.

Mam ochotę olać wszystko. Zamanifestować to, jak bardzo cierpię, jak jest mi trudno. Ale komu zrobię tym na złość? Przecież tylko sobie. A nie chcę siebie sabotować. Nie chcę rzucać sobie kłód pod nogi. Robiłam to całe życie i nie chcę tak dłużej.

Wiem, że musi minąć jakiś czas. Że muszę to przetrawić w myślach. Cierpliwie przeżyć te wszystkie trudne emocje, które są przecież normalne w takiej sytuacji. Muszę dać sobie czas i przestrzeń do przeżycia żałoby po relacji. W teorii wiem to wszystko. Ale wciąż na myśl, że pan M. znika z mojego życia raz na zawsze, sprawia, że wraz z końcem naszej znajomości, chciałbym zakończyć wszystko. Łącznie z życiem, które zdaje się stawać nie do wytrzymania bez naszych spotkań.

Życzę sobie siły. Cierpliwości. I wytrwania.

Podziel się!

960 – niech ten tydzień nie nadchodzi…

Dochodzi północ. Za dwadzieścia minut zaczyna się poniedziałek. Przed chwilą się położyłam, mając całkiem dobry nastrój. Ale świadomość nieuchronności tego, co się zbliża, coraz bardziej mnie przeraża. Boleśnie zaczyna do mnie docierać rzeczywistość najbliższego tygodnia. Za cztery dni po raz ostatni spotkam się z panem M. Boję się wtorku. Tak bardzo się obawiam, że zmarnuję tę sesję. Że zamiast mówić, będę milczeć. Ale to ta czwartkowa, ostatnia sesja przeraża mnie najbardziej. Jak to wytrzymać? Jak być w kontakcie, mając świadomość, że jeszcze chwila i na zawsze zamkną się za mną drzwi jego gabinetu?

Chce mi się płakać. Ryczeć. Na dodatek dostałam dziś okres i dochodzi do tego płaczliwość wywołana hormonami. Gdzieś kiedyś czytałam, że najwięcej kobiet podejmuje próby samobójcze w okolicach menstruacji. Nie wiem, czemu mi się to przypomniało. Nie mam przecież myśli samobójczych. Przynajmniej na razie.

Nie potrafię wyobrazić sobie życia bez spotkań z nim. Wiem, że w czerwcu zacznę nową terapię, ale to nie to samo. Pan K. kazał mi się zastanowić, czy terapia u niego nie będzie dla mnie zastępstwem za relację z panem M. Ale jak można kogoś zastąpić? Od początku potrafiłam odpowiedzieć na to pytanie. Nie, to nie będzie zastępstwo i wypełnienie pustki po obecnym terapeucie. To będzie coś innego, nowego. Myślę, że tej pustki po relacji z nim nigdy i nic nie wypełni. Czy zawsze będzie to tak boleć? Pewnie nie. Zapewne w końcu się z tym oswoję i stanie się to normą. Ale póki co, mój emocjonalny świat wewnętrzny stanął na głowie. I mam wrażenie, że wszystko się sypie. Oby tylko na łeb nie zawaliła mi się cała konstrukcja, budowana przez lata z takim mozołem.

Podziel się!

959 – końcówka terapii, szkolenie i urlop

Wczoraj miałam sesję, a po niej zrobiło mi się tak bardzo chujowo. Świadomość, że został mi tylko tydzień, dwie sesje. Że w przyszły czwartek spotkam się z panem M. po raz ostatni… chce mi się płakać. I wiem, rozumiem, że ten smutek, złość, poczucie końca, straty, to naturalne emocje. Że ich pojawienie się jest zdrowe i świadczy tylko o tym, że nasza relacja była udana i ważna dla mnie. Ale tak trudno jest mi je wytrzymać. Pokusa zagłębiania się w ten stan jest ogromna. Bo przecież to koniec naszej relacji, rozstanie. Pozostałości po zaburzonej części mnie, szepczą do ucha, że moim obowiązkiem jest kryzys. Bo przecież to koniec wszystkiego, poczucie sensu nie ma racji bytu, a co za tym idzie, dalsze życie nie jest możliwe. Więc trzeba zatracić się w cierpieniu i autodestrukcji. Bo inaczej będzie to oznaczać, że pan M. nie był dla mnie ważny. Próbuję być głucha na ten wewnętrzny głos, który podpowiada tak chore wnioski. Ale jest mi trudno nie identyfikować się z tym sposobem myślenia. Owszem, jestem świadoma tego, że jest zaburzony. To już coś, a nawet ogromna zmiana. Ale zupełnie czym innym jest niepodążanie za nim.
Pan M. uprzedzał, że po zakończeniu terapii najprawdopodobniej nastąpi chwilowe pogorszenie. W końcu trzeba przejść przez etap żałoby po relacji. Ostatnio nawet mu mówiłam, że wiem, iż to, co dała mi ta relacja, zostanie ze mną. To nie tak, że wraz z jej końcem wszystko zniknie. Ale świadomość, że po tych sześciu latach, kilkuset przegadanych (i przemilczanych) godzinach, więcej się z nim nie spotkam… A z drugiej strony pojawia się we mnie nieśmiało nostalgia. Dawno nie gościłam u siebie tej emocji. A do tego jakieś dziwne rozrzewnienie. Ten przyjemny smutek każe mi spoglądać wstecz, na minione lata i wspominać to, co dobre. To chyba dobry objaw. Tylko bardzo boję się, co będzie za tydzień. Obawiam się kolejnego kryzysu samobójczego. Takiego jak dwa tygodnie temu, gdy uświadomiłam sobie, że zostało nam pięć spotkań. Wtedy ten kryzys był bardzo intensywny, ale nie poszłam w autodestrukcję, mimo jednorazowego, lekkiego pocięcia, i wygrzebałam się z niego po trzech dniach. Jak będzie tym razem?

Ze spraw bardziej przyziemnych – wczoraj miałam trzygodzinne szkolenie „Psychoterapia pacjenta z borderline – szkolenie dla psychoterapeutów” organizowane przez Centrum Terapii DIALOG. Pilnie robiłam notatki, które zajęły mi dziesięć stron. Pytałam organizatorów i mogę napisać artykuł na jego podstawie. Pracę nad tekstem zacznę po napisaniu artykułu dla magazynu „Trening umiejętności społecznych”, bo termin oddania tekstu powoli się zbliża.
Postanowiłam rozszerzyć bloga o dział z treściami merytorycznymi, zawierającymi dawkę wiedzy. Zamierzam pisać dla Was artykuły na podstawie książek czy webinarów. Tak, żebyście mogli też coś wynieść z mojej strony, a nie tylko czytali o tym, co się ze mną dzieje.

A trzynastego czerwca jedziemy z Mrówkiem na tygodniowy urlop! Przyda mi się oderwanie od codzienności i nabranie jakiegoś dystansu.

Spotkania z panem K. chcę rozpocząć w drugiej połowie czerwca, po powrocie z wyjazdu. Może te trzy tygodnie bez terapii pozwolą mi choć częściowo przeżyć żałobę po relacji z panem M.

Podziel się!

957 – terapia borderline: rozstanie

Na wczorajszej sesji udało mi się poruszyć temat naszego rozstania. Zbierałam się do tego z kwadrans, mówiąc o innych sprawach. Ale w końcu udało mi się z siebie to wydusić.
– Chyba przestałam odbierać zakończenie terapii jako opuszczenie. Ale tylko chyba – podkreśliłam.
Pan M. powiedział, że z jego perspektywy terapia musi się skończyć. Słuchałam tych słów, mentalnie kiwając głową, bo ciało jakoś nie chciało reagować.
– Ja wiem, że pani chciałaby mieć taką stałą i stabilną relację, w której mogłaby pani opowiadać o tym, co się z panią dzieje. Ale ważne jest, żeby znalazła pani taką relację w życiu – mówił, a we mnie pojawił się jakiś bunt.
„Chuj, nie zgadzam się na koniec! Przecież mam taką relację z B.! Skoro więc nawiązałam ją w życiu, spotykajmy się dalej! Nasza relacja nie zastępuje mi tych naturalnych!” – piekliłam się w myślach, ale nie wyartykułowałam tego. W pierwszej chwili chciałam się odezwać, ale szybko doszłam do wniosku, że to nie ma sensu. Nic by to nie zmieniło. Wiedziałam, że decyzja terapeuty jest nieodwołalna.
– Kiedy myślę racjonalnie, wiem, że to nie tak, że po rozstaniu wszystko zniknie. Bo to, co wyniosłam z tej relacji, zostanie ze mną na zawsze – pan M. kiwał głową na potwierdzenie moich słów. – Tylko gorzej, kiedy do głosu dochodzą emocje. Wtedy wydaje mi się, że to koniec świata.
– No, tak. Ale to normalne, że te negatywne emocje się pojawiają. Gdyby tak nie było i cieszyłaby się pani, że to koniec, to oznaczałoby, że nasza relacja była kiepska – próbował mi pokazać tę sytuację z innej perspektywy. To, co mówił, miało dla mnie sens. Tylko niczego nie zmieniło w moich emocjach.
Zostały mi trzy sesje. Niedobrze mi na tę myśl. Ale racjonalnie wiem, że tak musi być. Musi. Tylko czy nie mogłoby być łatwiej? Dlaczego to musi tak boleć? Pogodziłam się z tą decyzją i już nie uważam jej za błąd. Wiem, że tkwienie w tej relacji jest dla mnie wygodne i bezpieczne, ale ja muszę iść przecież naprzód. Myślałam, że dzięki zaakceptowaniu tego rozstania będzie mi lżej. Ale wcale nie jest.

Zdziwiłam się, ale wczorajsze spotkanie z członkami Studenckiego Koła Naukowego Psychiatrii Warszawskiego Uniwersytetu Medycznego prawie w ogóle mnie nie stresowało. Trwało dwie godziny. Tak na oko, jakieś półtorej opowiadałam o sobie, swojej historii, drodze do diagnozy, tym, czym jest dla mnie borderline czy doświadczeniach z systemem ochrony zdrowia psychicznego w Polsce. Potem jakieś pół godziny odpowiadałam na pytania uczestników. Spotkanie przebiegło w miłej atmosferze, czułam się podczas niego dobrze. Już trochę oswoiłam się z występowaniem online. Gdyby to było spotkanie stacjonarne, chyba nie byłoby tak łatwo, hehe. Ale kiedyś trzeba będzie wziąć to na klatę. Obiecałam to sobie.

Kiedy nagranie ze spotkania zostanie opublikowane, podrzucę Wam linka.

Podziel się!

954 – kolejna wiadomość

Wczoraj wieczorem byłam już w takim stanie, że po łyknięciu pięciu miligramów lorazepamu, nie mogłam ze sobą wytrzymać.

Po dłuższej przerwie znów wysłałam kolejną, rozpaczliwą wiadomość do pana M. Zdając sobie sprawę z tego, że był piątkowy wieczór, napisałam, że może ją zignorować. Choć tak bardzo potrzebuję jakiegokolwiek kontaktu z jego strony. Przypomnienia, że jest na tym świecie ktoś, komu mój los nie jest obojętny. Jest rodzina, wiem. Jest i Mrówek, ale on twierdzi, że moje zaburzenia to moja wina. Dziwi się i denerwuje, że nie mogę zachowywać się normalnie. Że zalewają mnie tak wielkie fale emocji, z którymi nie umiem sobie poradzić. Kończę terapię? W porządku. Powinnam więc spotkać się z terapeutą te kilka ostatnich razy, po czym podziękować, grzecznie się pożegnać, zamknąć za sobą ten rozdział i żyć normalnie. No, żeż kurwa, że też wcześniej nie wpadłam na to banalne rozwiązanie.

Wstałam o szóstej. Od razu siadłam do pracy – ze łzami w oczach i nieprzytomnym z bólu wzrokiem. Tak bardzo chcę się skrzywdzić. Najlepiej ostatecznie, albo chociaż pociąć. By choć przez chwilę móc skupić się na bólu innym niż psychiczny.

Jestem rozwalona na kawałki. Wyjebana z kapci. Coś we mnie w środku na przemian krzyczy wniebogłosy i żałośnie płacze. Znów to poczucie końca życia. Poczucie, że dalsze trwanie na tym świecie nie jest możliwe. Poczucie osamotnienia i porzucenia. Zostawienia samej na pastwę losu. Znów jestem tym małym, cierpiącym, osamotnionym dzieckiem, które krzyczy i błaga o pomoc, ale każdy przechodzi obojętnie, a co któraś osoba splunie na mnie z pogardą. Przecież to ciało jest dorosłe, wymaga się od niego dorosłego zachowania. Nikt mi nie pomoże. Znikąd nie przyjdzie ratunek. Uratować mogę się tylko ja sama. Ale nie potrafię. Nie umiem nawet chcieć. Mały, samotny, rozhisteryzowany gówniarz, dla którego jedyną nadzieją jest śmierć.

Podziel się!