685 – psychiatra

– A już myślałem, że będzie dobrze… – powiedział psychiatra, gdy mnie zobaczył.
Gdy opowiedziałam o wszystkim, chciał, żebym poszła do szpitala. Odmówiłam.
Lekarz zastanawiał się nad zmianą leków. Ale że wypróbowałam już chyba całą aptekę, zostaliśmy przy tym, co jest.
Przez tydzień mam się leczyć wspomagająco Lorafenen. Jeśli to nie pomoże, zwiększyły dawkę sertraliny do 250mg. Arypiprazol bez zmian, 15mg.
Stwierdził, że jestem bardzo odporna na leki. To prawda. Mój mózg mało tego, że jest oporny,to jeszcze reaguje niestandardowo. Coś, co ma uspokajać, pobudza mnie i odwrotnie. Sertralina z arypiprazolem jest wyjątkiem. Nie pamiętam już co to są lęki. A i napęd jest lepszy, choć w kryzysach spałabym cały czas.
– Ja juz mam dość, doktorze. To zawsze wraca.
– Ale te kryzysy nie są już takie jak kilka lat temu.
– Jakoś tego nie widzę – powiedziałam, zastanawiając się nad tym, że terapeuta tez to ostatnio powiedział.
– Jak każdy w takim stanie. Ale ja widzę, że te okresy dobrego samopoczucia są dłuższe. Idzie pani w górę, idzie, a potem spada. Ale za każdym razem o jeden schowek wyżej.
No może… Moze coś w tym jest, tylko teraz tego nie dostrzegam?

Musi mi się poprawić. Nie chce umierać. I muszę być w formie na spotkanie autorskie.

Sprezentowałam doktorowi Autoterapię z dedykacją. Ucieszył się.

Podziel się!

684 – szpital?

Powiedziałam wczoraj panu M., że w sobotę miałam zamiar zrealizować myśli samobójcze.
– W takim razie powinna pani iść do szpitala – powiedział zdecydowanie.
Gdy usłyszał, że widzę się dziś z psychiatrą, odpuścił.

Wizyta u lekarza o 19:00. Boję się, że i on będzie chciał mnie wysłać za kraty. Wiem, jeszcze kilka dni temu sama chciałam tam iść. Ale dziś? Dziś wiem, że muszę pozostać na wolności. Muszę pracować, choć najchętniej spałabym cały dzień.

Od tygodnia jestem na Lorafenie. Gdyby nie to… wolę nie myśleć.

Nie wyobrażam sobie udziału w spotkaniu autorskim. Mam ochotę je odwołać. Choć, jak to podkreślił pan M., został jeszcze prawie miesiąc. Może mi się polepszy? Oby.

Ja już nie chcę tak cierpieć!

Podziel się!

683 – terapia borderline: ból, cierpienie i zamiary samobójcze

To była łzawa sesja. Przesiedziana nieruchomo, nie licząc sięgania po chusteczki. Wpatrzona w jeden punkt na swoich spodniach.
Chciałabym ją opisać dokładnie, bo była ważna. Ale nie mam na to siły. Wybaczcie.
Terapeuta odniósł się do SMS. Jednak nie w sposób, w jaki się spodziewałam.
– Co się takiego zadziało, że napisała Pani do mnie SMS?
Opowiedziałam mu ostatnie dni. Choć raczej mówiłam półsłówkami i wszystko musiał ze mnie wyciągać.
W końcu odważyłam się zapytać o jego stosunek do tych SMS.
– A nie jest pan zły o te wiadomości?
– A czemu miałbym być zły?
– Nie wiem… poprzedni terapeuta był.
– Nie, nie jestem. Myślę, że sam fakt, że pani do mnie napisze, działa uspokajająco. Nie jest ważne, co ja odpiszę.
Kamień spadł mi z serca. W końcu uzyskałam odpowiedź u źródła. Mogę pisać SMS, kiedy nie daję sobie z sobą rady.
Chciałam mu powiedzieć, że to, że odpisuje tez jest niezwykle ważne. Że to „porozmawiamy o tym za dwa dni” jest dla mnie sygnałem, że mam na co czekać. Że muszę przeżyć, aby móc z nim porozmawiać i poczuć ulgę. Ale myślę, że on o tym wie.
– Ważne jest natomiast, abyśmy pamiętali o tym, że to na sesji rozmawiamy.
Tak, oczywiście panie M. To nie ulega wątpliwości i w pełni się z tym zgadzam.

Szczerze? Nigdy nie sądziłam, że mogę trafić na tak cierpliwego i pełnego empatii terapeutę, który będzie doskonałym specjalistą.
Odejście od pana S. i zamiana go na pana M. była najlepszą decyzją w moim życiu.

Podziel się!

675 – terapia borderline: przeniesienie

Śnił mi się dziś koszmar z terapeutą w roli głównej. Chciałam o tym powiedzieć na sesji, ale lęk był tak silny, że myślałam, iż nie dam rady. Przed wyjściem na terapię pokłóciłam się z Mrówkiem, więc zaczęłam od tego, jak bardzo jestem wkurwiona. Potem jednak zamilkłam, próbując się przełamać, by powiedzieć o tym śnie.
– O czym pani myśli? – Padło w końcu to pytanie, którego się spodziewałam, a którego nie chciałam usłyszeć.
– Śnił mi się pan dzisiaj… – bąknęłam pełna lęku.
– Oo, a co takiego się pani śniło?
– Że zapomniałam czegoś z gabinetu i wróciłam się a pan… pił piwo duszkiem. I rozmawiał pan z kimś… – zrobiłam pauzę – … że sobie ze mną nie radzi.
– I co było dalej? – Spytał zaciekawiony.
– Zapytałam pana, czy to prawda. Początkowo pan zaprzeczył, ale po chwili zapytał, czy wiem, że to nie moja wina. I wtedy uciekłam.
– I jak by pani zinterpretowała ten sen?
– No właśnie nie wiem…
– Ciekawe jest to, że ten sen pojawił się wtedy, gdy jest z panią lepiej, prawda?
No tak, o tym nie pomyślałam. Miał rację. Przecież nie mam żadnych odpałów, kryzysu, nie tnę się, nie upijam, nie chcę rzucać terapii, nie mam myśli samobójczych. Czuję się dobrze.
Przytaknęłam.
– Myślę, że może tak pani przeżywać Mrówka. Że nie radzi sobie z pani dobrem samopoczuciem. Bo nie możecie się dogadać, prawda?
To było odkrywcze! Że też sama nie wpadłam na to, że ten koszmar to przeniesienie! W jednej chwili spadł ze mnie cały ciężar, lęk ustał i znów zaczęłam normalnie rozmawiać.
A co powodowało ten lęk? Obawa przed głośnym przyznaniem, że w pewnym sensie zależy mi na terapeucie. Choć zdaję sobie sprawę z tego, że on o tym wie. Jednak wypowiedzenie tego na głos… na razie to ponad moje siły.

Podziel się!