642 – sesja

Wczoraj poprosiłam terapeutę o jeszcze jedno spotkanie w tym tygodniu. Wystraszyłam się bowiem pogarszającego się nastroju.
Dziś sie zastanawiam, po co mi ta sesja. Nie za bardzo wiem, o czym mam mówić. Że to, co mówiłam na poprzedniej już nie bardzo obowiązuje? Już nie jestem pewna siebie. Już nie czuję się młodym bogiem. Ale co więcej?

Podziel się!

639 – terapia borderline: wypracowanie

Cześć i czołem moi Mili!
Spieszę donieść, że od wczoraj nastrój jest zgoła inny. Obudziłam się w dobrym humorze i znów jest moc!
– Jakbym rozmawiał z innym człowiekiem niż w tamtym tygodniu – zauważył terapeuta.
– Tak się czuję!
– Jak pani rozumie tę zmianę?
– Tydzień temu się nienawidziłam, a teraz… kocham siebie!
– Za co się pani nienawidziła?
Hmm, dobre pytanie.
– Ogólnie, za sam fakt, że istnieję.
– A teraz kocha się pani za sam fakt istnienia?
Chwilę milczałam, nie za bardzo wiedząc, co na ten temat sądzę.
– W zasadzie… Chyba tak – odrzekłam w końcu.
Dziś pan M. pobił jakiś rekord. Napisał o mnie chyba całe wypracowanie w swoim kajecie. Nie pamiętam, by kiedykolwiek tak dużo notował. I te jego pytania były jakieś takie… podchwytliwe.
– To jak, pani Aniu, widzimy się jeszcze w tym tygodniu? – Zapytał, mając na uwadze moją chęć powrotu do dwóch sesji tygodniowo. – Bo mnie w przyszłym tygodniu nie ma, także moglibyśmy się zobaczyć… dwudziestego dziewiątego sierpnia.
– Niech będzie ten dwudziesty dziewiąty.
Po co mi dwie sesje? Czuję się wyśmienicie!

Podziel się!

630 – terapia borderline: kryzys i nienawiść

– O czym pani myśli? – spytał w końcu terapeuta, gdy siedziałam kilka minut po wejściu do gabinetu, wpatrzona w swoje dłonie.
Jeszcze chwilę milczałam.
– Wczoraj długo ze sobą walczyłam, żeby wyrzucić żyletkę. Ale w końcu to zrobiłam – rozpłakałam się. – Przed wyjściem tutaj pokłóciłam się z Mrowkiem. Powiedział, że jestem raczyskiem, które nawet świętego by wykończyło. Kiedy wyszłam z domu, kupiłam drugą. Nie mogłam się powstrzymać.
– Dawno nie była pani w tak złym stanie, prawda?
Przytaknęłam głową nie potrafiąc otworzyć ust.
Całą sesję płakałam.
– Nienawidzę siebie.
– Mówi to pani w taki sposób, jakby ta nienawiść była racjonalna a nie wynikiem pani zaburzenia.
– Krzywdzę ludzi.
– A robi to pani świadomie?
– Nie…
Po chwili zmieniłam temat.
– Gdyby nie ten Lorafen, powiesiłabym się. Czuję silny przymus.
– To ciecie i powieszenie, jakby miało być karą. Za to, że ma pani problemy i się źle czuje. Pani Aniu, ale wie pani, że to minie? To zawsze mija.
– Ja sie tylko zastanawiam jaki jest w tym wszystkim sens. Dobrze się czuć, żeby potem znów…
– Dlatego się pani leczy, prawda?
Przytaknęłam.

To była dla mnie kolejna bardzo trudna sesja. Na swój sposób trochę oczyszczająca, ale to raczej zasługa łez.
Następne spotkanie w poniedziałek.

Po przyjściu do domu nie usiadłam do pracy. Poszłam spać. Teraz robię obiad i znów idę się położyć. Nie mam siły żyć. Nie mam siły oddychać.

Podziel się!

629 – po terapii

Jak wiecie, Pan M. namówił mnie na zrobienie pierwszego kroku i wyrzucenie żyletki.
Trochę się opierałam, myśląc, że jeszcze jeden ostatni raz.
W końcu połamałam ją i wyrzuciłam. Byłam z siebie dumna.
No i tu wkracza wszędobylskie „ale”.
Ale nie byłabym sobą, gdybym w tej chwili tego nie żałowała. Aż mnie w dołku ściska. Po co ja to zrobiłam?
No tak. Bo chcę z tym skończyć
Pan T. w czwartek wyjeżdża. Jeszcze nie wiem, kiedy znów nie będzie terapeuty.
Ciężko to czas, oj ciężki.

Podziel się!

628 – terapia borderline: po przerwie

Wiem, że lubicie wpisy z sesji. Ale nie tym razem. Jestem rozbita na łopatki.
Pan M. mnie nie odtracił, choć sugerował szpital.
Po jego namowie postanowiłam wyrzucić żyletkę i zacząć walczyć.
Jutro rano kolejna sesja.
Z gabinetu wyszłam zapłakana. Aż pani w sklepie zapytała, czy coś się stało. Owszem, stało się. Po raz kolejny muszę się dźwignąć z tego cholernego bagna.

Podziel się!