613 – SMS do terapeuty

Długo się wahałam, czy napisać do pana M. W końcu nie wytrzymałam i wysłałam SMS o treści:
„Panie M, ja już nie daję rady. Nie wiem, co robić. Nie mogę przestać myśleć o żyletce. Nie mogę się skupić na pracy ani na pisaniu. A kiedy śpię, śni mi się, że się tnę. Nie chcę tego robić, nie wybaczyłabym sobie tego. Czuję się zupełnie bezradna wobec tego przymusu.”
Sekundę później tego żałowałam, mając poczucie, że się wygłupiłam.
Po chwili odpisał, żebym starała się wytrzymać. I żebym rozważyła pójście do psychiatry, skoro tak źle się czuję.
Ale psychiatra nic na to nie poradzi. Wiem, bo leczę się u niego cztery lata.
Chce mi się płakać. Czuję się, jak maleńkie dziecko zostawione samo sobie.

Podziel się!

612 – jak spojrzałabym mu w oczy?

Na wczorajszej sesji terapeuta nie zamknął drzwi do gabinetu. Nikogo oprócz nas nie było i po mnie nikt nie był umówiony. A jednak… czułam się nieswojo. Zawsze patrzę na dywan, własne palce albo na dół zamkniętych drzwi. Miałam wrażenie, jakby moje słowa ulatywały z gabinetu i uciekały gdzieś w świat. Straciłam to poczucie intymności relacji i poczucie bezpieczeństwa. A mimo to, nie potrafiłam poprosić o ich zamknięcie.
To tylko tak, na marginesie.
Dziś właściwie przychodzę, żeby się wyżalić. Sama przed sobą. Zapisać swój ból. Może mi to pomoże?

Nie mogę przestać myśleć o żyletce. Te myśli są coraz bardziej obsesyjne. Już nawet w snach się okaleczam. Znów czuję ten cholerny ból w ręce i pragnienie, by go urzeczywistnić. Wiem, że to świadomość rocznicy tak działa.
Kiedyś wydawało mi się, że bez cięcia jestem nikim. Że to mnie określa. Pan M. pomógł mi zrozumieć i zaakceptować, że to tylko objaw, nie ja sama. Ale teraz stare myślenie wraca. Że tracę siebie. Że jeden raz nie zaszkodzi. Że ani razu nie udało mi się wytrzymać roku w abstynencji i tym razem też nie chcę, żeby się udało.

Znów pojawiła się złość na pana M. Jestem wściekła, że wyjeżdża właśnie teraz. Znowu, kiedy go tak bardzo potrzebuję. Mam ochotę napisać do niego SMS i wyrzucić ten cały swój ból. Kiedyś zrobiłabym tak bez zastanowienia. Dziś potrafię się przed tym powstrzymać, ale pragnienie pozostaje. Wiem, że to by mi pomogło. Gdzieś tam w środku kiełkuje też myśl, by ukarać pana M. i pociąć się na złość jemu. Zniszczyć to, co razem wypracowaliśmy. To byłoby tak głupie… Nie potrafiłabym mu spojrzeć w oczy za dwa tygodnie. Nie wydusiłabym tego z siebie. Samo określenie „pocięłam się” w gabinecie nie chce przechodzić przez moje usta. Poczucie wstydu, porażki, lęk przed odrzuceniem albo ukaraniem – wtedy towarzyszą mi takie emocje.
Choć nie sądzę by pan M., w przeciwieństwie do pana S., odrzucił mnie z powodu autoagresji. Nie wydaje mi się, że mógłby powiedzieć:
– Jeśli się pani potnie, sesja nie ma sensu. Proszę wtedy nie przychodzić – jak to zrobił pan S. i tym samym przekreślił naszą relację.

Mam taki mętlik w głowie. Szalejącą burzę emocji. Chce mi się śmiać i płakać. Krzyczeć i tańczyć. I wykrzyczeć panu M., że jestem wściekła, bo mnie zostawił samą…

Podziel się!

611 – terapia borderline: autoagresja

Całą dzisiejszą sesję poświęciłam autoagresji. Jak wielokrotnie wspominałam, na początku sierpnia minie rok abstynencji.
– Wie pan, wydawałoby się, że im dalej, tym będzie łatwiej. A ja mam wrażenie, że jest coraz trudniej.
– Tak? – Zdziwił się terapeuta. – A dlaczego?
– Im bliżej tego sierpnia, tym bardziej chcę to zniszczyć.
– A co pani daje cięcie?
– Przez te szesnaście lat zastanawiałam się nad tym, ale nie znalazłam jednoznacznej odpowiedzi.
– A jakie myśli się pojawiały?
– Że to daje mi jakieś poczucie bezpieczeństwa. Często nie musiałam się ciąć, wystarczała mi świadomość, że mam rany. Czasem służyło to ukaraniu się, czasem cięłam się ze szczęścia.
– A dawało to pani przyjemność?
Pokiwałam głową.
– A może chodzi o to, że pani ogólnie pragnie przyjemności?
Znów odniesienie do seksu? – pomyślałam, lecz do tego nie nawiązał.
– To chodzi o ten narkotyczny ból… Brakuje mi go. Tęsknię za nim…
– Wydaje się pani wobec tego bezradna. Jak na początku terapii.
– Bo tak się czuję. Pojawiają się myśli, że ten jeden raz nie zaszkodzi…
– Ale ma pani świadomość, że tak nie jest?
– Tak, tylko to nic nie daje. A przecież dobrze wiem, że wystarczy raz, żebym znów popłynęła. Jeszcze te blizny. Wcześniej były dla mnie znakiem ostrzegawczym.
– Żeby tego nie robić?
– Mhm. Teraz, jak na nie patrzę, mam ochotę znów to zrobić.
Temat nie został wyczerpany. Przerwał nam koniec sesji. Następne spotkanie za dwa tygodnie, bo Pan M. wyjeżdża.
Czy wytrwam?

Podziel się!

608 – terapia borderline: bliskość

To była dla mnie bardzo ważna i dobra sesja, choć należąca do tych trudniejszych.
Znów rozmawialiśmy o bliskości. Opowiedziałam o monologu Mrówka z poprzedniej notatki. Przyznałam, że w myślach się z nim zgadzałam, ale nie byłam w stanie wydusić z siebie słowa.
– Dlaczego? – Spytał terapeuta.
– Nie wiem… Po prostu usta nie chciały się otworzyć.
– No właśnie. Bo pani tak zastyga, prawda? Zupełnie wyłącza empatię i nie myśli, co może czuć drugi człowiek. Ale pani tę empatię w sobie ma, inaczej nie byłoby tu pani.
Zamilkłam i patrzyłam się na swoje ręce.
– O czym pani myśli? – Wyrwał mnie z odrętwienia.
– O tym, że chce mi się ciąć… – odpowiedziałam żałując, że nie mam w tej chwili żyletki w swojej łapie.
– Jak to pani rozumie?
– To tak, jakby kogoś swędziało i musiał się podrapać.
– Czyli ma pani na myśli pewnego rodzaju przyjemność.
– Bardziej poczucie ulgi.
– Ludzie odczuwają tę ulgę przez kontakt fizyczny – nawiązał do mojej wrogości wobec jakiejkolwiek bliskości fizycznej.
– Chciałabym, żeby Mrówek kiedyś poczuł, że jest dla mnie ważny, że mi na nim zależy.
I tu terapeuta powiedział coś, co było dla mnie kompletnym zaskoczeniem.
– Wcale nie musi pani na to czekać. Czemu nie okazać mu tego od razu?

Podziel się!

604 – terapia borderline: po przerwie

Przed sesją łyknęłam Lorafen. Nie byłam w stanie iść tam na trzeźwo. Nudności, zawroty głowy, drżenie rąk. Wiedziałam, że w takim stanie opuszczę to spotkanie.
Po chwili milczenia w końcu się przełamałam.
– Pierwsze dwa tygodnie to była masakra.
– Dlaczego?
– Źle się czułam. Miałam myśli samobójcze, chciałam się ciąć.
– A jakie emocje pani towarzyszyły?
– Złość – odpowiedziałam po chwili.
– Na co?
– Na… pana…
– Dlaczego? – Ciągnął temat, choć nie chciałam już o tym rozmawiać.
– Bo… Bo źle się czułam, a pana nie było.
– I co w związku z tym?
– Poczułam się opuszczona.
– Ja myślę, że potrzebowała pani rozmowy z kimś, kto pani nie zaatakuje. Potrzebowała pani rozmowy w poczuciu bezpieczeństwa – dodał pod koniec sesji.
Tak, miał rację. Potrzebowałam go. Nie było się czego bać na tej sesji. Mówiłam i płakałam. Znów się bardzo otworzyłam. Było tak, jakby tej przerwy w ogóle nie było.
To uświadomiło mi jedno. Jest o niebo lepiej ze mną. Ale przede mną jeszcze długa droga do wyzdrowienia.

Podziel się!