953 – zaczyna się. Równia pochyła.

Weszłam na równię pochyłą. To początek końca. Rozpędzam się w stronę przepaści. Nikt i nic nie może mnie uratować. Samotna jak palec, niedojrzała jak dziecko, cierpiąca do granic możliwości. Odzywa się mój organiczny, bezbrzeżny smutek, który niepostrzeżenie przeradza się w niemające początku i końca cierpienie.

Jak dam radę wystąpić w czwartek? Czy w ogóle do tego spotkania dotrwam?

Tak bardzo mi źle. Tak bardzo nie widzę w niczym sensu. Przeżywam to tak, że po piątym spotkaniu skończy się wszystko. Możliwość dalszej egzystencji, też.

Moje myśli zaprząta jedynie autoagresja i autodestrukcja. Ileż bym dala za żyletkę!

Podziel się!

952 – „Na pograniczu życia i śmierci” – IX Spotkanie SKN Psychiatrii WUM

W czwartek, 13 maja 2021 o 17:30 UTC+02 będę gościem na spotkaniu Studenckiego Koła Naukowego Psychiatrii Warszawskiego Uniwersytetu Medycznego.

Spotkanie odbędzie się online i będzie całkowicie darmowe oraz otwarte.

Spotkanie będzie się składało z dwóch części.
Najpierw przedstawię swoją historię, pokażę trudną i wyboistą drogę do otrzymania diagnozy oraz podjęcia leczenia. Opowiem również o swoich doświadczeniach z systemem ochrony zdrowia psychicznego i o tym, jak objawia się u mnie zaburzenie.
W drugiej części odpowiem na pytania uczestników.

Serdecznie zapraszam, każdy może wziąć w nim udział.

Poniżej link do wydarzenia na FB:
https://www.facebook.com/events/231932378706013/

Szczerze? Zaczynam popadać w całkowitą beznadzieję, poczucie straty i opuszczenia. Całkowicie odechciało mi się iść od czerwca do pana K. Nie zdążę przerobić lęku przed opuszczeniem przez te pięć sesji. Nie ma takiej opcji. Jestem na dwóch lorafenach, przespałam drugi dzień z kolei. Wiem, że idę w stronę przepaści. Ale nie potrafię się zatrzymać…

Nie wiem, jak dam radę mówić na tym spotkaniu. Przeraża mnie to. Wszystko mnie przerasta…

Podziel się!

951 – tama puszcza, zalewa mnie syf

Wiedziałam. Wiedziałam, że tak będzie. Że to nieświadome odcięcie od emocji w końcu puści i zaleje mnie syf.

Smutek dokładnie oplótł mój umysł. Wżarł się we mnie niczym kwas. I boli. Przynosi nieznośny ból. Łzy cisną się do oczu. Ale płakać nie potrafię. Jest mi tak niewygodnie z tym smutkiem. Chciałabym wziąć lorafen i iść spać. Żeby nie myśleć. Żeby nie czuć.

Przed oczami cały czas mam cyfrę pięć. I rozkład sesji na kalendarzu, co wzbudza silny niepokój.

Do tej pory właściwie nie poruszałam z panem M. problemu poczucia opuszczenia. Byłam odcięta, nie pojawiały się w związku z tym żadne emocje dotyczące końca relacji. Ale teraz… jest źle. Obawiam się, że będzie jeszcze gorzej. Myślałam, że jestem gotowa. I racjonalnie jestem. Ale emocjonalnie wciąż jestem małym dzieckiem, które rozstanie jednoznacznie wiąże ze śmiercią. Śmiercią obiektu i, co za tym idzie, swoją własną. Nie chcę, tak bardzo boję się kolejnego kryzysu. Zaprzeczenia wartości życia i stwierdzenia, że ono nie jest już możliwe. Czy te pięć spotkań coś zmieni?

Czekam aż lorazepam zacznie działać. Położyć się nie mogę, bo muszę coś zrobić w pracy na już. Zresztą nie chcę uciekać w sen. Wczoraj to zrobiłam, przesypiając cały dzień. A potem było mi jeszcze gorzej.

Pozwalam sobie na smutek. Na tęsknotę, która już się pojawiła. Ale to niewiele daje. A na pewno nie przynosi ulgi. Pojedyncze łzy wypływają z oczu. Ciepłe krople na zimnych policzkach. Nie chcę tego… tak bardzo się boję.

Podziel się!

950 – terapia borderline: odcięcie czy przetrawienie?

Dziś przytrafiło mi się coś dziwnego. Miałam sesję na 10:45. Oszacowałam, że muszę wyjść z domu o 10:15, bo miałam jeszcze nadać przesyłkę przed terapią. Kiedy nadeszła ta godzina, pomyślałam sobie, że mam jeszcze pół godziny. Zaczęłam się powoli szykować i kiedy zakładałam buty, spojrzałam na zegarek. Była 10:43. Skoczyło mi ciśnienie, bo dopiero wtedy uświadomiłam sobie, że sesja zaczyna się za dwie minuty. Leciałam na złamanie karku, ale i tak spóźniłam się dziesięć minut. Skąd ta dziwna pomyłka? Pan M. tego nie skomentował, ale coś mi się wydaje, że zadziałała moja podświadomość, bo zamierzałam na spotkaniu poruszyć kwestię zakończenia terapii.

I istotnie wniosłam ten temat na sesję. Zaczęłam się na głos zastanawiać, dlaczego nie czuję żadnych emocji w związku z tym faktem.
– Czy to możliwe, że w tym lutym i marcu przetrawiłam to nasze rozstanie? Czy może raczej odcięłam się od emocji?
– Myślę, że częściowo jest pani odcięta. Ale też w lutym dużo się pani naprzeżywała, prawda?
No, tak. Miał rację. Intensywność emocji w okolicach mojego przerwania terapii była nie do zniesienia.
– Boję się, że jak to wszystko puści, to znów wpadnę w silny kryzys i stwierdzę, że dalsze życie nie jest możliwe.
Pan M. powiedział, że kryzysy będą wracać. I że to się raczej nie zmieni.
– Ale nie chodzi mi o to, żeby je wyeliminować. Ja chcę po prostu inaczej na nie reagować. I nie musieć bać się o własne życie.

Do końca sesji rozmawialiśmy o tych trudnych stanach emocjonalnych, w które wpadam. Kiedy kończyliśmy spotkanie, terapeuta otworzył swój terminarz i powiedział, że jedna sesja nam wypadnie, bo wyjeżdża. Zrobiło mi się dziwnie. A kiedy wyszłam z gabinetu i spojrzałam w kalendarz… Dopiero wtedy uświadomiłam sobie, że zostało nam pięć spotkań. PIĘĆ! Cały czas jakoś odsuwałam od siebie myśl o zakończeniu, bo wydawało mi się, że to jeszcze cały miesiąc. Ale świadomość, że zostało nam tyle sesji, ile palców u jednej ręki… Zrobiło mi się tak piekielnie smutno i źle. Chce mi się płakać. Nie są to tak intensywne emocje jak te w zimie, ale… boję się, że to dopiero przedsmak tego, co zgotuje mi psychika.

Podziel się!

949 – trzecie konsultacje u pana K.

Wczoraj o dwudziestej miałam trzecie konsultacje u pana K. Nie było to łatwe spotkanie. Niby rozmawialiśmy o moich celach terapii oraz o tym, co udało się osiągnąć za pomocą obecnej, ale dla mnie było bardzo intensywnie.
Powiedział mi coś, czego nigdy wcześniej nie słyszałam. Otóż w podejściu CBT jest podobno taka opinia, że osoby z borderline dążą do tego, aby terapia była nieudana. Miałam nie do końca jasne i klarowne odczucie, że pan K. próbuje zdeprecjonować moje osiągnięcia na terapii u pana M. Choć kilka razy pokiwał głową, gdy opowiadałam o tym, co udało mi się zrobić, twierdząc, że to istotna zmiana.

Wyraził chęć pracy ze mną, jednak poprosił, żebym się dobrze zastanowiła nad tym, czy terapia u niego nie ma na celu zastąpienia relacji z panem M. Bo jeśli zależy mi tylko na relacji, a nie pracy, to taka terapia nie przyniesie efektów, a będzie wręcz szkodliwa.
Jednak jestem przekonana o tym, że to nie ma być zastępstwo. Pragnę dokończyć swoje leczenie, pracując z nim nad pozostałymi problemami. Wiem, że kryzysów nie da się uniknąć i moim celem nie jest ich wyeliminowanie. Ja chcę po prostu nie bać się o własne życie, kiedy zalewa mnie fala cierpienia. Nie chcę się niszczyć i okaleczać. Nie chcę robić sobie krzywdy. Ból, smutek czy cierpienie to emocje nierozerwalnie połączone z życiem i to jest w porządku. Do pewnego stopnia pozwalam sobie na ich odczuwanie i wiem, że one mijają. Jak wszystkie emocje, kiedy się ich nie wstrzymuje, nie wypiera, odchodzą. Chciałabym jednak nauczyć się reagowania na nie, gdy stają się intensywne.

Terapię zaczynam w czerwcu. Zapytałam, czy ten miesiąc przerwy nie będzie problemem, a pan K. odpowiedział, że to jak najbardziej w porządku. Chcę najpierw zakończyć relację z panem M. Skupić się podczas tych ostatnich spotkań na przepracowaniu rozstania i poczucia opuszczenia, żeby z zakończenia terapii nie zrodził się kolejny problem i trauma. Chciałabym rozstać się z nim w, na ile to możliwe, dojrzały sposób. Bez skrajnych emocji i odwalania, by go przy sobie zatrzymać. Co, tak na marginesie, i tak by nic nie dało, bo decyzja pana M. o zakończeniu jest nieodwołalna.

Podziel się!