600 – a czas leci…

To niesamowite, jak szybko leci czas. Dopiero miałam kryzys i obawiałam się miesiąca bez terapii. A tu ani się obejrzałam i w poniedziałek sesja! Po raz kolejny udało mi się przetrwać.

Dostałam plik Uśpionej po korekcie do zaakceptowania. Nanoszę swoje ostatnie poprawki. I tekst będzie gotowy. Jeszcze trzy miesiące do premiery!

Podziel się!

598 – terapia borderline: urlop terapeuty

Tydzień temu miałam ostatnią sesję. Kolejna dopiero 9 lipca.
Do tej pory dobrze znosiłam wyjazdy terapeuty. Teraz nie potrafię sobie poradzić. Potrzebowałabym co najmniej dwie sesje w tygodniu. Mam ochotę do niego zadzwonić i wypłakać się przez telefon. Wiem, rozumiem, że on też musi odpocząć. Tylko, dlaczego akurat teraz? Kiedy mam taki kryzys? Nie umiem sobie poradzić sama.
Myślę o żyletce. W sierpniu minie rok bez autoagresji, a ja nie mogę przestać myśleć o cięciu.
Dziś wzięłam Lorafen. Nie pomógł. Tylko nieznacznie stłumił emocje, na chwilę.
Próbuję się ratować pisaniem i przepisywaniem na komputerze „Bestselleru”. Tę postać się zabija, tamtą torturuje. Ale to pomaga tylko w nieznacznym stopniu.
Potrzebuję sesji. Potrzebuję terapeuty…

Podziel się!

597 – terapia borderline: bliskość, seks i psychopatia

To była niezwykle udana sesja. Już od progu zaczęłam wesoło opowiadać, jak dobrze idzie mi pisanie i jaka jestem szczęśliwa.
– A jak pani rozumie to, że tak bardzo interesuje panią psychopatia?
Zamyśliłam się.
– Hmm… Zawsze interesowała mnie ludzka psychika, szczególnie jej mroczne zakamarki, że tak to określę. Ale może też dlatego, że jestem całkowitym przeciwieństwem psychopaty.
– A może dlatego, że jakaś nieuświadomiona część pani nim jest?
To pytanie było, jak wymierzenie policzka. Ja? Psychopatką? Jednak, gdy zaczęłam się nad tym głębiej zastanawiać, doszłam do wniosku, że może rzeczywiście jakiś maleńki kawałek mnie posiada cechy psychopatyczne.
I wtedy nagle, niespodziewanie terapeuta wypalił:
– I kiedy jest pani w takim stanie, również nie ma ochoty na seks z Mrówkiem?
Zaprzeczyłam głową i od razu posmutniałam.
– Przeszkadza pani, że nie ma ochoty na zbliżenia?
– Bardziej… nie wiem… poczułam smutek – wydukałam.
Tym razem rozmawiałam na ten temat, choć robiłam dłuższe przerwy, a na pytania terapeuty odpowiadałam z opóźnieniem. Nie popędzał mnie jednak.
Od słowa do słowa, temat zszedł na ciało.
– Bo wie pan, ja tak naprawdę nigdy nie pogodziłam się z tym, że mam ciało. Może głupio to zabrzmi w ustach ateistki, ale zawsze chciałam być bytem bezcielesnym. Nie czuję związku emocjonalnego ze swoim ciałem.
– Nie zgodzę się z tym twierdzeniem. Ma pani z nim emocjonalny związek. Tylko te emocje są negatywne. Można to było zaobserwować choćby wtedy, gdy się pani krzywdziła.
Nigdy w ten sposób o tym nie pomyślałam. Zamyśliłam się na chwilę.
– Myśli pan, że to podwojenie mojej wagi było autoagresją?
– Bardzo możliwe.
– A wie pan, dlaczego zaczęłam się obżerać?
– Nie – pokręcił głową.
– To było w szpitalu. Ważyłam 45 kilogramów i chciałam się ukarać za to, że nie jestem wystarczająco szczupła…

Podziel się!

594 – terapia borderline: wydajemy!

To była udana sesja. Co prawda nie poruszyłam żadnych trudnych tematów, ale przecież ze zwykłą rozmową również mam problemy.
– Jak przeczytałam napisany fragment „Bohemy” (jedna z moich powieści w trakcie pisania) to się załamałam. Te dialogi są do dupy.
– Bo nie rozmawia pani z ludźmi.
– Ale ja nie czuję potrzeby rozmowy z nimi.
– I przez to się pani nie rozwija – terapeuta miał rację, jako aspirująca pisarka powinnam mieć w sobie ciekawość drugiego człowieka. – Jest w pani lęk, że nie będzie pani wiedziała, co powiedzieć. To dobrze widać nawet tutaj, na sesjach. Ale jest pani w stanie to przełamać i normalnie rozmawiać.
Po chwili milczenia zmieniłam temat.
– W końcu odważyłam się napisać do wydawnictwa z zapytaniem, czy wydadzą „Uśpioną” na swój koszt.
– A czego się pani obawiała?
– Że mi odmówią. Ale… Zgodzili się! W październiku będzie premiera drugiego papieru! – niemal krzyknęłam z radości.

Tak, Kochani. W październiku będę dwie premiery papieru!

Podziel się!

592 – terapia borderline

Miałam dziś nadrogramową sesję. Poprosiłam o nią, gdyż nie mogłam już ze sobą wytrzymać. Męczyłam się.
Dawno nie miałam tak udanego spotkania. Nie tylko mówiłam – rozmawiałam na trudne tematy.
Wzięłam na tapet relację z Mrówkiem. To, że moje samopoczucie, poczucie własnej wartości zależy od niego. Że gdy jest źle – chcę umierać. Gdy jest dobrze, nie porusza się trudnych tematów.
– To widać też na sesji, prawda? – zapytał terapeuta. – Gdy pojawia się coś trudnego, zaczyna pani milczeć. Jakby traciła pani ochotę na rozmowę i pracę nad sobą. Jakby nie była pani zainteresowana kontaktem.
To prawda. Gdy tylko dzieje się coś nie po mojej myśli – uciekam. Albo do innego pokoju albo z relacji. Zamykam się w sobie. Odcinam się.
– A jakby pani chciała reagować w sytuacji kłótni z Mrówkiem?
– Właśnie ja nie wiem, jak powinno się reagować.
– Powinno, powinno. Pani Aniu, o tym jak się powinno reagować można poczytać w książkach i znaleźć rady. Ja pytam, jak pani by chciała zareagować.
To nie było dla mnie łatwe pytanie. Reaguję, jak przerażone dziecko skarcone przez rodzica. Nie, jak dorosła osoba.
– A już dawno nie jest pani dzieckiem, prawda?
Przytaknęłam.
Chciałabym się zachowywać, jak dorosły człowiek.
– Problem w tym, że myślę co innego niż czuję. Racjonalnie nie chcę sobie pozwalać na obrażanie mnie, ale emocjonalnie się temu poddaję.
– I myśli pani, że da się to zmienić?
– No ja mam taką nadzieję! – roześmiałam się, choć był to prawie śmiech przez łzy.

Mieliście tak? Udało się Wam pokonać taki schemat?

Podziel się!