508 – psychiatra

Byłam wczoraj u psychiatry. Już dawno tak wiele nie milczałam.
Wzrok wbity w jeden punkt i cisnące się do oczu łzy.
Powiedziałam o tych wszystkich myślach i impulsach, które z coraz większą siłą bombardują mi głowę.
– A ten przymus cięcia to żeby się pociąć czy zabić?
– Pociąć.
– A jak się będziemy zabijać?
– Tradycyjnie… – przyznałam, mając na myśli pętlę na szyi.
– To może szpital?
Nie. Nie chcę do zamknięcia. Nie chcę po raz trzeci kiblować za kratami. Jestem silniejsza niż kilka lat temu. Dam radę. Na pewno dam. Muszę…
Stanęło na zwiększeniu sertraliny do 200mg i Lorafenie 2,5 mg. Gdyby to nie pomogło, nowy neuroleptyk – Fluanxol. A gdyby i to nie dało rady – kraty.

Podziel się!

489 – bez benzo ani rusz

W kilku ostatnich dniach bez Lorafenu ani rusz. Nie potrafię sobie poradzić z przytłaczającym smutkiem, rezygnacją i poczuciem bezsensu.
Udało mi się wczoraj napisać trochę „Majki”. Przez chwilę byłam z siebie nawet zadowolona.
Usłyszałam od terapeuty kilka gorzkich słów. Słów prawdy, oczywiście. Siedziałam w tym gabinecie i chciało mi się nad sobą płakać.
Dziś jest kolejny dzień. Kolejne zmagania się z sobą. Z życiem. Z rezygnacją i suchym płaczem. I powtarzam sobie, jak mantrę:
– Pisz, pisz. Wiesz, że ci to pomoże.
Ale długopis zastygł nad pustą kartką.

Podziel się!

486 – terapia borderline: zmiana

Rozmawialiśmy o wolontariacie.
– I co stoi na przeszkodzie, żeby się go podjąć?
– Niby nic. Tylko… jakoś sobie tego nie wyobrażam.
– Czego sobie pani nie wyobraża?
– Tego wychodzenia z domu, chodzenia tam…
– Unika pani ludzi, boi się ich.
– Nie o to chodzi. Po prostu… Ja chyba nie chcę.
– To naturalne, że przy próbie zmiany pojawia się lęk, opór. Przełamanie go jest trudne. Ale gdyby było proste, wystarczyłoby nam kilka spotkań.
Miał rację. Wiem, że miał. Ale poczułam się postawiona pod ścianą. Nie potrafiłam podać żadnego racjonalnego powodu, dla którego miałabym nie podjąć tego wolontariatu.
Opowiadałam o nim dalej.
– Jak tak pani słucham, to nie ma pani żadnych wątpliwości – znów wybijał mi mój „nieargument” z ręki.

Zmiana jest trudna. Wiem. I wiem że jest możliwa. Ale…

Podziel się!

480 – terapia borderline: do świata wewnętrznego – wpuść mnie

Postanowiłam trenować swój umysł, aby móc się otrzworzyć przed terapeutą. Skoro mam go wpuścić do swojego świata wewnętrznego, muszę nauczyć się ubierać to w słowa – nie wyrazy.
Już nie układam w głowie tego, co chcę powiedzieć. Idę na żywioł. Nie boję się śmieszności. Choć może bardziej – staram się nie przejmować tym lękiem. Kiedy przychodzi mi coś na myśl, komunikuję to. Nie zastanawiam się, jak to ubrać w słowa. Nie planuję, co powiem, pięć zdań do przodu. Po prostu mówię. Nie raz się zacinam. Brakuje mi słów lub ucieka mi myśl. Ale terapeuta nie popędza. Daje czas do namysłu. Nie czuję się przy nim, jak debil niepotrafiący sklecić prostego zdania przekazującego, co myśli. To daje efekty. Z mówieniem na sesjach jest coraz lepiej. W końcu zaczęłam się otwierać. Wpuszczać terapeutę do swojego świata wewnętrznego.

Podziel się!

478 – terapia borderline: myśli s.

– Ogarniają mnie złe myśli.
– Negatywne?
– Tak. Próbuję im się nie poddawać i nie pogłębiać tego stanu, ale różnie mi to wychodzi. Do tego te myśli samobójcze od kilku dni…
– Myśli pani o tym, żeby się zabić?
– Może nie tyle, że chcę sobie coś zrobić. Może bardziej wolałabym, żeby mnie nie było.
Brzmi przerażająco, wiem. Ale to znak progresu. Już nie przymus powieszenia. Nie chęci i plany odebrania sobie życia. A rozpaczliwe: nie mam siły żyć! I tu dodane: pomóżcie mi.
Tak więc mimo myśli samobójczych, jest lepiej. Kolejny kryzys. A jednak przechodzony łagodnej. Bez ambicji ostatecznych. Bez nieodwracalnych decyzji.

Podziel się!