539 – klub 27

Od nastoletniego wieku pragnęłam dołączyć do Klubu 27. O czym zresztą pisałam w „Psychiatryku”.
Rok, w którym skończyłam 27 lat, był najgorszym w całym życiu. Wszystko się skumulowało – Autoagresja, tendencje samobójcze, autodestrukcja, negatywne emocje, niestabilność i cały ten syf, z którym osoby cierpiące na BPD muszą się zmagać na co dzień. A do tego wszystkiego kilka miesięcy odbijałam się od drzwi do drzwi, próbując otrzymać pomoc.
Dziś mam 30. Wciąż żyję i się leczę. Jest lepiej. Jest normalniej. Uczę się siebie. Nad niektórymi schematami zapanowałam i niemal zniknęły z życia.
Nanoszę ostatnie poprawki na trzeciej części „Młodego boga…”. To dziennik, który prowadziłam mając 20-27 lat.
Wydałam trzy książki. Pal sześć, że elektronicznie. Trzykrotnie spełniło się moje marzenie. Dodatkowo kolejne dwie książki czekają na wydanie, a ja zamierzam zabrać się do drugiej części „Uśpionej”.
Więc nie mówcie, że nie warto o siebie walczyć. Że nie warto się leczyć. Nie warto tak męczyć. Warto!
I ja jestem tego żywym dowodem.

Podziel się!

537 – terapia borderline: oni się znają!

Dziś miałam sesję w środku nocy, bo o 9:15 to ja się przewracam na drugi bok i śpię dalej.
Co ciekawe, byłam dziś bardziej aktywna niż zwykle. Terapeuta też to zauważył.
– Jest pani bardziej w kontakcie niż zazwyczaj. Wczesna godzina pani służy.
– Niee – pokręciłam głową. – Jak wrócę do domu, idę spać – i już nie mogłam się doczekać otulenia kołdrą.
Opowiadałam coś o „Samobójstwie na raty”.
– A dlaczego zrezygnowała pani z poprzedniej terapii? – zagaił.
Zaczęłam mu opowiadać o tym, co mi przeszkadzało w tamtym terapeucie. Nie omieszkałam pożalić się też na jego wykluczenie mnie z sesji, gdy się potnę.
– Płaciła pani za te opuszczone spotkania?
– Nie.
I tak od słowa do słowa. Nagle okazało się, że mój terapeuta zna Doktorka!
– To nie jest zły terapeuta. Znam złych, ale on się do nich nie zalicza – powiedział z przekonaniem.
– Nie mówię, że był zły. Po prostu… Nie przypasował mi.

Podziel się!

536 – psychiatra i poprawa

Dwa tygodnie temu byłam u psychiatry. Wróciłam do arypiprazolu. Jest lepiej. Mam więcej energii, chce mi sie cokolwiek robić.
Coraz więcej pracuję zawodowo. Przed robotą robię korektę „Samobójstwa na raty”. Zostało mi 120 stron A4, 180 za mną.
Robię przymiarki do pisania drugiej części „Uśpionej”.
Nastrój wciąż nie jest najlepszy, ale nie daję się zwątpieniu. Mam cel. Mam pasję. I tego będę się trzymać!

Podziel się!

533 – co za wstyd…

Od tygodnia próbuję się skontaktować z psychiatrą. Bezskutecznie. Wczoraj ból był tak intensywny, że potraktowałam go SMSem następującej treści:

Wie Pan co, nie potrzebuje juz Pana pomocy. W pizdzie to mam. Nara.

Wcześniej napisałam do terapeuty, z prośbą o przeniesienie sesji na poniedziałek. Nie odpisywał kilka godzin, więc i jemu się dostało:

W dupie to mam. Tak trudno odpisac, ze nie ma pan terminu? Jebcie sie wszyscy!

Terapeuta przesunął dziś termin. Nie wiem, jak ja tam pójdę w poniedziałek. Jest mi tak strasznie głupio i wstyd. Chyba zapadnę sie pod ziemię…

Podziel się!

531 – czy to kiedyś minie?

Szczerze? Ten ból jest nie do zniesienia. Kryzys trwa już prawie dwa miesiące i nic nie przynosi ulgi. Kładę się ze łzami w oczach i w takim samym stanie się budzę.
Dwie sesje tygodniowo. Każda taka sama. Siadam nieruchoma. Ale gdy tylko wypowiem pierwsze słowa, lecą łzy. Dużo łez. Opowiadam, mówię o tym bólu. Kilka godzin po terapii czuję ulgę, ale potem wszystko wraca za zdwojoną siłą.
Mam poczucie, za nikt w ten ból nie wierzy. Ot, coś sobie wymyśliła, taki ma kaprys, gdyby chciała, czułaby się dobrze. Gówno prawda. Czuję się sama. Całkowicie sama. Tylko ból na zmianę z pustką nią odstępują mnie na krok.
Mam dość. Nie mam sił. Śpię po kilkanaście godzin na dobę i ciągle mi mało. Chcę się zapaść. Rozpaść na kawałki. Tak, by nikt nie był w stanie pozbierać mnie w całość.

Podziel się!