948 – terapia borderline: drugie konsultacje u pana K.

Tak na szybko, bo padam na twarz.

Jestem po drugich konsultacjach u pana K. Początkowo mnie wycięło ze dwa-trzy razy i, nie powiem, zestresowałam się tym. Jednak potem zaczęłam przedstawiać cele terapii, jakie zapisałam sobie przez ten tydzień w notatniku (tak, tak, odczytywałam to, co zapisałam, a pan K. powiedział, że jest to jak najbardziej w porządku). Rozmawialiśmy na temat każdego punktu, próbując go wspólnie doprecyzować. Pod koniec musieliśmy przyspieszyć, bo kończył się czas. Tak na marginesie, spotkania u niego trwają godzinę. W każdym razie stres zszedł, a ja byłam zaangażowana w rozmowę i kontakt. Na koniec zapytał mnie, jak się czułam podczas tego drugiego spotkania. Odpowiedziałam, że mniej się stresowałam niż za pierwszym razem. On z kolei przyznał, że odczuł to i dzięki temu czuł się swobodniej.
Dowiedzialam się, że pracuje też z elementami DBT. Myślałam, że tylko ten drugi terapeuta (którego nie wybrałam) sięga po ten nurt. Także pan K. pracuje w CBT z elementami terapii schematów, DBT i ACT. Cóż, od namiaru głowa nie boli, hehe.

Powiem tak, jeśli nie zjebie tego odgrywaniem scenek albo tonami tabelek, chyba spodoba mi się ta terapia. Podczas pierwszego spotkania zaznaczył, że ważna jest dla niego relacja i dialog, czyli coś, co jest w terapii istotne również dla mnie.
Tylko ta godzina… Mam na dwudziestą, a w domu jestem chwilę przed dwudziestą drugą. No, ale jakoś to przełknę.
Tak czy inaczej, na razie jestem zadowolona.

Podziel się!

945 – terapia borderline: konsultacje u pana K.

Wczoraj o dwudziestej miałam konsultacje u drugiego z nowych terapeutów – pana K.
Kiedy usiadłam w fotelu, spodziewałam się, że zacznie, jak wszyscy specjaliści. On mnie jednak zaskoczył.
– Pani Aniu, ja zaczynam zawsze inaczej. Czy ma pani do mnie jakieś pytania?
Zatkało mnie. Uśmiechnęłam się i odpowiedziałam, że chyba nie.
– Nie chce pani zapytać o wykształcenie, doświadczenie? – Dopytywał.
– Kiedy do kogoś idę, najpierw szukam informacji o nim w internecie – odparłam.
Pan K. się uśmiechnął.
– No, dobrze. W takim razie ja panią popytam – rzekł i zaczął rozmowę od chęci dowiedzenia się, co robię w życiu. Zdziwiłam go swoją otwartością. Wciąż powtarzał, że jeśli nie jestem gotowa o czymś mówić na pierwszym spotkaniu, to jest to jak najbardziej w porządku i on to rozumie. Ale nie było takich tematów, których nie chciałabym poruszać.
Potem rozmawialiśmy o mojej autodestrukcji, autoagresji, tendencjach samobójczych. Chciał wiedzieć również, co udało mi się wypracować na obecnej terapii, a czego nie. Zapytał także, czy już zastanawiałam się nad celami terapii u niego. Ale trudno było mi je sformułować, dlatego też mam się nad tym zastanowić i omówimy to na kolejnym spotkaniu.
– Rozmawiamy już prawie pięćdziesiąt minut. Jak się pani czuje?
– Jestem zestresowana, ale ogólnie dobrze i swobodnie, jeśli o to pan pyta. Bo nie ma pan kija w dupie – zaśmiałam się i opowiedziałam mu, jak bardzo nie lubię spiętych i sztywnych ludzi. Takich, jak pan S. z „Terapii u Doktorka”. Pan K. przyjął tę wiadomość z uśmiechem.
Podczas rozmowy z nim pojawiały się chwile pustki w głowie, a raz wycięło mnie na dłuższą chwilę, gdy wpatrywałam się w dywan. Opowiadałam mu wcześniej o tych odcinaniach się od kontaktu i zamykaniu we własnym świecie.
– Teraz tak panią wycięło? – Zapytał po chwili mojej mentalnej nieobecności.
Przytaknęłam, otrząsając się.
– Ale, kiedy zapytałem, wróciła pani do mnie.
Wyjaśniłam mu, że to dzięki ogólnemu dobremu nastrojowi.
– Przewiduje pani, że na tej terapii też będzie się zdarzać, że pani nie dotrze albo będzie się odcinać od kontaktu?
– Żebym miała nie przyjść, to raczej nie. Ale jeśli chodzi o to zamykanie się w swoim świecie… raczej tak – przyznałam szczerze.

Kiedy wyszłam z gabinetu, miałam niezłą zagwozdkę. Którego terapeutę wybrać? Pana Z. czy pana K.? Długo nad tym myślałam i ostatecznie zdecydowałam się na pana K. Osobowościowo oboje mi pasują, ale przeważyło chyba to, że pan K. pracuje w CBT z elementami terapii schematów, którą to chciałam podjąć. Pan Z. natomiast, wzbogaca CBT elementami terapii dialektyczno-behawioralnej. Zachowam sobie kontakt do tego drugiego. W razie, gdyby coś nie wyszło z terapeutą, którego wybrałam.

Widzę się jeszcze raz z panem K., w przyszłą środę, ale terapię chcę podjąć dopiero od czerwca, gdy zakończę tę u pana M. i wszystko sobie poukładam w głowie.

Podziel się!

943 – terapia borderline: pierwsze konsultacje u pana Z.

Dojechałam na miejsce dwadzieścia pięć minut przed spotkaniem. Mam, zdaje się, dziewięć przystanków autobusem, a potem prawie kilometr z buta. Dobrze, że byłam tyle przed czasem, bo oczywiście nie mogłam znaleźć tego centrum.

A jeśli chodzi o samo spotkanie… Pan Z., tak na moje, jest niewiele starszy ode mnie. O ile w ogóle. Być może jest nawet młodszy ze dwa-trzy lata. Nie wiem, tylko on pytał mnie o wiek. Niemniej jednak sprawiał wrażenie kogoś kompetentnego. Na początku przeprowadził wywiad, w którym pytał o takie rzeczy jak leczenie psychiatryczne, samouszkodzenia, kryzysy samobójcze, przyjmowane leki, mój stosunek do relacji społecznych, sytuacja rodzinna i zarobkowa. Przedstawiłam mu swoje najważniejsze problemy. Powiedział kilka zdań na temat terapii. O pracach domowych, poszukiwaniu i identyfikacji myśli automatycznych. A potem poprosił, abym opowiedziała mu historię swojego życia, bo to dzieciństwo ma być źródłem różnych fałszywych przekonań i postaw, które utrudniają życie. W ciągu pięćdziesięciu minut doszłam do piętnastego roku życia.

Pan Z. zapytał dwukrotnie, czy mam jakieś pytania. Oczywiście nie zadałam żadnego, choć cały dzień układałam sobie w głowie ich listę. Najbardziej ciekawiły mnie techniki jego pracy. Czy zasypie mnie stertą tabelek do wypełniania? Czy będziemy robić jakieś durne ćwiczenia? Bawili się w odgrywanie scenek? Jak on pracuje? Nie wiem, bo oczywiście wstyd było mi zapytać.

Jesteśmy umówieni na kolejne konsultacje, na których to miałabym dokończyć swoją opowieść oraz wyznaczyć cele terapii. Mielibyśmy się spotykać raz w tygodniu, w poniedziałki o dziewiętnastej.

Pan Z. zrobił na mnie dość dobre wrażenie. Sympatyczny, luźny, dość spokojny, ale nie taki sztywniak, jakby miał kij w dupie. Raczej swobodny.

Nie powiedziałam mu jeszcze, że wątpię w powodzenie tej terapii. Że chcę ją podjąć tylko dlatego, że pan M. mnie na to namawia i uważa, że mi to pomoże. Ale ja jakoś nie potrafię w to uwierzyć. Jestem niemal przekonana, że nie uda mi się pozbyć kryzysów samobójczych czy autoagresji. Ale dobra, próbuję nie zakładać niczego z góry. Spróbuję. Teraz się nie wycofam.

Po początkowym umiarkowanym optymizmie dotyczącym nowego terapeuty, zupełnie zeszło ze mnie powietrze, a wszelkie pozytywne myśli ugrzęzły w bagnie beznadziei. Położyłam się do łóżka jeszcze przed dwudziestą trzecią. Chce mi się płakać. Ryczeć wręcz. I ciąć. I nachlać, łykając kilka tabletek benzo. Żeby tylko nie czuć. Żeby tylko nie myśleć. Przed konsultacjami łyknęłam lorazepam, taka byłam poschizowana, a serce bolało mnie, jakbym przechodziła zawał. Mam więc nadzieję, że sen przyjdzie szybko. I że nie będzie mi dane już długo się męczyć z samoświadomością.

Jutro o jedenastej trzydzieści sesja u pana M. A o trzynastej przełożony facet od pomiaru okien.

Za dużo się dzieje. Za dużo. Nie wyrabiam emocjonalnie.

Podziel się!

942 – ogarniam życie

Próbuję wszystko jakoś ogarnąć, korzystając z tego, że dziś i jutro mam wolne. Dopytałam o kwestię występowania pod pseudonimem w konkursie, do udziału w którym się przymierzam. Przed chwilą dzwoniłam do firmy, żeby umówić się na pomiar okien, które będę wymieniać. Przed wykonaniem telefonu posprawdzałam, kiedy nie mogę, bo mam wizyty u terapeutów. I co zrobiłam? Oczywiście zgodziłam się na zaproponowany termin – jutro przed południem, choć na jedenastą trzydzieści mam sesję. Aż kur… Pozostaje mi mieć nadzieję, że facet przyjedzie na tyle wcześnie, że zdążę to załatwić do jedenastej…

Piszę wspomnienia z terapii. Wczoraj udało mi się dokończyć pierwszą część, czyli pierwszy rok. Jeszcze tylko pięć lat i książka będzie gotowa, hehe. Może do końca roku się wyrobię.

Stresuję się przed dzisiejszymi konsultacjami u pierwszego z terapeutów. Okazało się w ogóle, że ten psychiatra, do którego idę dwudziestego dziewiątego, pracuje w tym samym centrum, co ten dzisiejszy terapeuta, czyli panowie się znają. Ale jestem z nim umówiona w innym miejscu.

Czekam na informację od drugiego terapeuty w sprawie terminu konsultacji. Wiem na razie, że będzie to godzina dwudziesta.

Mam wrażenie, że ogólnie moje życie nabrało tempa. Ostatnio sporo się dzieje, ale ja nie lubię takiego zamieszania. Wolę, jak wszystko jest poukładane i nie jestem uczestniczką rewolucji. A tu remont, zmiana terapeuty, zmiana psychiatry… Boję się, że w pewnym momencie się pogubię. Że tego wszystkiego jest za dużo, tych zmian.

Podziel się!

941 – nowa terapia

Ostatnio sporo się dzieje w kwestii mojego leczenia. Następują zwroty akcji o sto osiemdziesiąt stopni. Dopiero płakałam i byłam załamana, że nie mogę znaleźć żadnego terapeuty i zostanę bez pomocy. A teraz nie wiem, którego wybrać.

Na dwudziestego dziewiątego kwietnia jestem umówiona na konsultacje u nowego, poleconego przez pana M., psychiatry. Rozmawiałam z nim telefonicznie i mam mu wysłać na maila skany wszelkich dokumentów. Dlatego też złożyłam trzy podania o wydanie kopii dokumentacji medycznych – do poradni, psychiatryka i kliniki, w której byłam na oddziale dziennym. Jestem szczególnie ciekawa papierów z 2014 roku i pobytu na oddziale zamkniętym, podczas którego napisałam „Psychiatryk”. Wtedy się działo, oj, działo. Pielęgniarki na pewno miały o czym pisać w raportach, hehe.

W poniedziałek o dziewiętnastej konsultacje u pierwszego z dwóch terapeutów poznawczo-behawioralnych. U drugiego, na godzinę dwudziestą, ale jeszcze nie podał mi terminu. Postanowiłam, że spotkam się z nimi oboma i wtedy któregoś wybiorę. Obaj zadeklarowali, że są w stanie pomóc mi z autoagresją, autodestrukcją i kryzysami samobójczymi. Obaj mają doświadczenie w leczeniu pacjentów z borderline. Chociaż może powinnam napisać „pomocy klientom”? Choć zupełnie mi to nie leży – klient. To brzmi, jak odbiorca usługi, a nie ktoś, kto przyszedł się leczyć. No, ale cóż… Nie mam przecież wpływu na nazewnictwo. Rozumiem, że ma to na celu zmotywować do wzięcia odpowiedzialności za siebie i swoje życie, a nie stawiać w roli kogoś chorego i bezradnego, ale… jakoś mnie to mierzi.
Nie mniej jednak, cieszę się, że terapię u pana M. kończę za półtora miesiąca. To da mi możliwość przegadania mojego wyboru, rozwiania ewentualnych wątpliwości.

A tak poza tym? Mam cztery dni wolnego! Wzięłam wolny poniedziałek i wtorek. W końcu mam czas, żeby zająć się wspomnieniami z terapii.

Jutro poczuję się naprawdę stara. Wskoczy mi czwórka. Trzydzieści cztery lata. Kto by pomyślał, że dożyję takiego wieku.

Podziel się!