429 – równowaga musi być

Już nie pamiętam, kiedy ostatnio tak dobrze mi się pisało. Przeredagowuję na papierze osiemnasty rozdział. Piszę, jak szalona.
A mimo to, chyba dla równowagi, ten przeklęty smutek. Wkradające się tylnymi drzwiami zwiatpienie i bezsens. Każda minuta to praca nad odporem tych myśli. W ferworze tworzenia łatwiej jest je uciszyć. I wierzyć w lepsze jutro.

Podziel się!

428 – terapia borderline: progres?

Na terapii lepiej.
Mam wrażenie, że jestem bardziej spontaniczna. Przez dotychczasową obronną pustkę w głowie, zaczynają przebijać się obrazy, majaki myśli.
– Dążymy do takiego stanu, w którym będzie pani myślała na głos – powiedział kiedyś terapeuta – ku mojemu zdziwieniu.
Ja? Ja miałabym myśleć na głos? Toż to jakiś żart! A chwilę później załamanie i utrata poczucia sensu terapii. Założenie z góry, że się nie da.
A teraz?
Zaczęłam rozmawiać. Nie wygłaszać komunikaty i próbować odpowiadać na pytania. Zaczęłam podejmować próby spontanicznej rozmowy. Staram się, by skojarzenia pojawiające się w trakcie sesji były komunikowane. Pozwalam sobie na to, by migawki myśli były wyłapywane przez świadomość i wypowiadane, choćby wydawały się nijak nie pasować do danej sytuacji.
Uwierzyłam, że NAPRAWDĘ można się zmienić i że REALNIE ma się wpływ na swoje życie.
Już nie tylko wierzę, ale i wiem, że się wyleczę. Że obecne słabości mogą stać się przyszłymi mocnymi stronami.

Chyba powinnam zapytać terapeutę, czy też widzi tę zmianę. Bo może znów mi się coś tylko wydaje. Może powinnam. Ale jakoś nie potrafię.

Podziel się!

427 – wieści z bałaganu kartek

    O ósmej obudził mnie silny ból głowy. Pojawiły się myśli rezygnacyjne. Mimo wszystko nie dałam się. Jestem zbyt zmotywowana. Za bardzo mi zależy, żeby sobie odpuścić choćby jeden dzień.
    Kawa – jedna, druga, trzecia. Łeb pęka, ale to mnie nie powstrzyma. Tym sposobem znalazłam się dziś na półmetku.
    W południe wydrukowałam pierwszą przeredagowaną połowę książki i padłam.
    Nie mam już siły. Łeb boli coraz bardziej. Muszę się położyć.
    Ale dzisiejszy dzień uznaję za wygraną bitwę.

    Podziel się!

420 – psychiatra

– Przede wszystkim gratuluję sukcesów literackich! – psychiatra powitał mnie uśmiechem.
– Tylko to jakoś nie cieszy.
– Bo nie wolno się cieszyć?
– Właśnie chodzi o to, że chcę. Ale nie potrafię.

– Przechodzi pani kolejny kryzys – podsumował po kilkunastominutowej rozmowie ze mną.
– Tylko ile razy jeszcze…
Coś się jednak we mnie zmieniło po tych trzech latach leczenia. Gdy jest źle, chcę by było lepiej. Wiem, że to może dziwne, ale wcześniej dążyłam do tego, by było jeszcze gorzej. By było tragicznie-niedozniesiena.
Teraz próbuję się ratować. W końcu zależy mi na życiu, nie?

Do 60mg fluoksetyny dorzucił mi 2,5mg arypiprazolu, który po 6 dniach mam zwiększyć do 5mg. A więc powrót do neuroleptyków.

Zobaczymy, jak będzie.

Podziel się!

415 – na pohybel borderowi!

Myślałam, że dam sobie radę sama. Że wyjdę z tego nadzwyczaj dziwnego stanu. Z pomocą terapeuty, rzecz jasna. Szczególnie, że na ostatnich sesjach się otworzyłam i w końcu zaczęłam wypowiadać spontaniczne myśli, zamiast trzymać się wcześniej ustalonego scenariusza.
Niestety. Już wiem, że rady sobie nie dam.
Napisałam dziś do psychiatry. Od jutra mam zwiększyć dawkę Prozacu z 40 do 60mg. Wizyta w środę. Prawdopodobne dołączenie neuroleptyka. W pewnym sensie to porażka. Ale ja nie chcę. Nie mogę. Nie potrafię żyć w ciągłym strachu, że coś mi odbije i coś sobie zrobię.
Chcę być bezpieczna. Żyć. I wrócić do pisania.

Podziel się!