415 – na pohybel borderowi!

Myślałam, że dam sobie radę sama. Że wyjdę z tego nadzwyczaj dziwnego stanu. Z pomocą terapeuty, rzecz jasna. Szczególnie, że na ostatnich sesjach się otworzyłam i w końcu zaczęłam wypowiadać spontaniczne myśli, zamiast trzymać się wcześniej ustalonego scenariusza.
Niestety. Już wiem, że rady sobie nie dam.
Napisałam dziś do psychiatry. Od jutra mam zwiększyć dawkę Prozacu z 40 do 60mg. Wizyta w środę. Prawdopodobne dołączenie neuroleptyka. W pewnym sensie to porażka. Ale ja nie chcę. Nie mogę. Nie potrafię żyć w ciągłym strachu, że coś mi odbije i coś sobie zrobię.
Chcę być bezpieczna. Żyć. I wrócić do pisania.

Podziel się!

412 – terapia borderline: za dobrze to też źle

Odpowiedziałam terapeucie o premierze, recenzji, znaczku Bestseller po dniu od wydania „Autoterapii”.
– Gratuluję! Ale coś nie wygląda pani na zadowoloną.
– No właśnie… Powinnam się cieszyć.
– Ale nie potrafi pani?
– Wczoraj się cieszyłam. Dziś wstałam rano, żeby poudostępniać recenzję, zaktualizować stronę. Ale kiedy skończyłam, zrobiło mi się bardzo smutno.
– Tak, jakby znów niszczyła pani to, co dobre.
– Jest we mnie taki chaos!
– To chyba, jak zwykle, prawda?
– Tak, ale dziś jest to wyjątkowo dokuczliwe. Z jednej strony się cieszę, z drugiej smucę. Z jednej chce mi się coś robić, z drugiej tylko iść spać. Nadzieja – poczucie beznadziei. Chce mi się śmiać i płakać. A to wszystko doprawione dużą dawką złości.

Dlaczego nie potrafię zwracać uwagi na to, co dobre? Zamiast tego całe skupienie idzie w kierunku minusów. Doszukiwanie się, choćby na siłę. Tego, co jest źle. A jak w danej chwili nie jest? To zaraz może być, dlatego trzeba się gnębić na zapas.

Próbuję walczyć z tym schematem z całych sił. Na siłę (choć nie na pokaz) się uśmiechać. Choćby i tylko we wnętrzu. Tyle, że to okropnie wyczerpuje. Chwilami mam ochotę tym wszystkim pizdnąć!

Podziel się!

407 – terapia borderline: czyja racja?

Moja prawda. Twoja prawda. Ale czyja racja?
Całe życie towarzyszy mi niepewność: czy mogę odczuwać to, co czuję? Kto ma rację – ja czy oni? Jak było naprawdę? A może przesadzam? Wyolbrzymiam? Może sobie dopowiadam? Nieustanne poczucie pokrzywdzenia i nieodłączne poczucie winy, że czuć się pokrzywdzona prawa nie mam.

Zawsze myślałam, że w terapii chodzi o dotarcie do prawdy obiektywnej. Takiej przez wielkie P. Niejednokrotnie powstrzymywało mnie to przed otworzeniem się. Jak to? Wypowiedzieć na głos swoją rację i narazić się na śmieszność? Albo znów oberwać boleśnie po łapach? Jak wtedy, gdy terapeuta uświadomił mi wchodzenie w fałszywą rolę ofiary, podczas gdy to ja jestem agresorem? Choć jeszcze częściej tę swoją prawdę wypowiadałam, mając później moralnego kaca.
Aż w końcu zrozumiałam. W psychoterapii nie chodzi o wypowiadanie do tego, co obiektywne. Chodzi o dzielenie się swoją własną prawdą, subiektywnym odbieraniem świata. Bo to za jej pomocą interpretujemy fakty, rozumiemy ludzi i ich motywacje. Stąd brak potrzeby konfrontacji terapeuty z racjami najbliższych.
– Chciałabym, żeby ktoś mi powiedział, jaka jest prawda. Jak było w rzeczywistości! – ileż razy krzyczałam przez łzy w próżnię.
Ale do życia w zgodzie z sobą i harmonii w relacjach z innymi wcale nie trzeba dążyć do obiektywizmu. Należy zrozumieć swoją prawdę o świecie i sobie. Dotrzeć do przyczyn takiego, a nie innego interpretowania. Mieć świadomość zasad działania pryzmatu, który, w specyficzny dla każdego z nas sposób, zniekształca rzeczywistość.
A więc moja prawda. I twoja prawda. I nasza racja.

Podziel się!

406 – na marudzeniu świat stoi

Weszłam tu z zamiarem marudzenia. Użalania się nad swoim marnym losem. Problem był tylko w tym, że nie potrafiłam napisać kilku zdań. Skąd ten nastrój? Dlaczego? A dlaczego nie?
Zaczęło się dobrze. Może nawet zbyt dobrze, jak na mnie. Pobudka o siódmej. Zwarta i gotowa do życia. Kawa przy odpisywaniu na e-maile, aktualizacja strony, wstawianie recenzji. Jeszcze jeden rzut oka na recenzję… Tak! To będzie dobry dzień! Uśmiech od ucha do ucha i eksplozja sił witalnych.
Do terapeuty szłam z dużym zapałem. O tylu sprawach chciałam mu opowiedzieć! I co?
– Pojawiła się recenzja.
– Z pani nastroju wnioskuję, że dobra?
Ale to przecież byłoby za piękne. Gdybym prowadziła normalną rozmowę, chyba bym umarła, prawda? Rozpadła się na kawałki i zaprzeczyła swojemu jestestwu.
– Coraz częściej mam wrażenie, że ja nie żyję w rzeczywistości. Żyję w swoim własnym świecie, a do rzeczywistości wchodzę tylko czasem, na chwilę.
– Problemem jest to, że pani jest dobrze w tym swoim świecie.
Otóż to. Chowam się w nim. Uciekam.
Od słowa do słowa, od myśli do myśli i ku mojemu zdziwieniu pojawiły się zaczątki „myślenia na głos” – stanu, do którego w terapii dążę.
Dzień mijał dość gładko. Do czasu. Wymyśliłam sobie zabranie się do „Terapii u Doktorka” na sam wieczór. Po napisaniu jakichś dziesięciu zdań zrezygnowana zamknęłam plik.
– Przecież ja nie umiem. Przecież już nigdy niczego nie napiszę!
Przecież. Przecież trzeba było sobie czymś zepsuć nastrój. Udowodnić sobie, że dobrze być nie może. Malkontenctwo górą! Świat marudzeniem stoi!

A właśnie, że nie. Nie dam sobie tej satysfakcji i narzekać nie będę. Ups… Czyżbym już to zrobiła?

Podziel się!

397 – terapia borderline: paszoł mi z tą pętlą!

– A pierdolę to, ściągam pętlę z szyi młodego boga. Idzie wiosna i czas zacząć żyć!

– Dawno nie widziałem pani w tak dobrym nastroju na sesji.
Cóż, może to troszkę zasługa Lorafenu. Obudził mnie rano taki koszmar, że cała byłam mokra i roztrzęsiona. Nie umiałam dojść do siebie. Biorąc pod uwagę nastrój ostatniego czasu, zadziałałam profilaktycznie. 1mg lorazepamu wprowadził spokój i jasne myślenie.
Na sesji cały czas mówiłam. Wiadomo, nie trajkotałam, jak katarynka (ja nie z tych kobiet), ale nie było dłuższego milczenia.

Pojawił się jakiś nieznaczny optymizm, choć czuję jego ulotność. Na siłę odwracam głowę w jego kierunku.
Jest lęk i stres przed wydaniem „Autoterapii”, tak samo było z „Psychiatrykiem”.
– Pani tego lęku chyba nigdy się nie pozbędzie, prawda?
– Chyba tak.
– Zawsze oczekuje pani najgorszego.
Jak to mówią, ten typ tak ma. Lepiej przyjemnie się zaskoczyć, niż rozczarować.
Do tego zbliżające się wielkimi krokami pierwsze, przedpremierowe recenzje. Trema. Trema nad tremami!
– A czego się pani obawia? Że książka zostanie źle przyjęta?
– Najbardziej chyba tego, że zostanie zakwestionowany jej sens.
– Że nie było sensu, żeby pani ją napisała?
No właśnie, dokładnie tak. Cokolwiek bym nie zrobiła i jakbym dumna z siebie nie była, po chwili zaczynam kwestionować sens tego działania.

Rozmawialiśmy też chwilę o „Majce”. Terapeuta podsunął mi świetny pomysł na delikatne zamieszanie w relacjach bohaterów. Dzięki, panie M.

I tak oto, z nową siłą i wiarą powracam do Was. No i z nadzieją, że takie przestoje już się nie będą powtarzać.

Podziel się!