389 – emocjonalny terror

Praca nad sobą to takie dość wyświechtane sformułowanie, przez które często niezbyt wiadomo, co rozumieć.
Gdy zaczynałam leczenie, powtarzałam sobie:
– Pracuj nad sobą, Mrówczyńska!
I co wtedy robiłam? Ano właściwie nic. Intuicyjnie czułam, że powinnam powstrzymywać się od okaleczania, upijania i nadużywania leków. Ale poza tym, wciąż czułam się pokrzywdzoną, którą wszyscy chcą zranić. Swojej winy nie dostrzegałam. Jakże mogłam być winna czemukolwiek? Przecież się niszczyłam i cierpiałam. W moim zaburzonym rozumku byłam ofiarą, ktorej wolno wszystko.
Po prawie trzech latach psychoterapii zaczynam dostrzegać więcej. To, że ranię, czyni mnie sprawcą krzywd. I nieważne są motywy. Ból to ból, a ten, kto go zadaje, jest oprawcą.
Praca nad sobą nabrała nowego znaczenia. Takiego, którego prawdopodobnie wolałabym nie znać. Praca nad sobą oznacza działania zgodne z racjonalnymi przesłankami, co niestety często stoi w sprzeczności z emocjami.
Osoby z pogranicznym zaburzeniem osobowości mają tendencje do działania i wnioskowania na podstawie tego, co czują. Jakże często racjanolanie zdaję sobie z czegoś sprawę, ale emocjonalnie to do mnie nie dociera. Zamiast myśleć, odczuwam. Zamiast się zastanowić, działam. Prowadzi to do wielu kłótni i nieporozumień, których łatwo byłoby uniknąć.
Kłótnia. Mrówek o coś pyta, ja odpowiadam opryskliwie. Dlaczego? Bo w mojej głowie powstał już jakiś scenariusz. Na moje chamstwo bez powodu, Mrówek odpowiada złością. Trudno mu się dziwić. A ja? Nie, refleksja nad swoim zachowaniem to zbyt wiele. Błyskawiczne wejście w rolę ofiary, bezbronnej istotki, na którą krzyczy zły dorosły. No to dawaj się bronić! I zaczynam na niego pyszczyć, krzyczeć, dobierając przy tym słowa najgorsze z najgorszych. Chcąc wziąć odwet, skrzywdzić, jak najmocniej.
A przecież wystarczyło się zreflektować przyznać, że ten podniesiony ton i pretensje w głosie nie miały racji bytu.
To właśnie teraz moja praca nad sobą. Najgorsza z najgorszych – uwolnienie racjonalnego myślenia spod terroru emocji i odwiecznego poczucia pokrzywdzenia.

Podziel się!

385 – terapia borderline: cisza po burzy

– Czyli co, kolejna burza za nami – skomentował terapeuta.
– Chyba można tak powiedzieć…
Choć nie do końca jestem o tym przekonana.
Mówienie na sesji dalej stanowi problem.
– Te tendencje autodestrukcyjne tu w gabinecie objawiają się pani milczeniem. Jest pani obojętna na kontakt.
Wiem. W jednej chwili mówię, a w drugiej zupełnie się odcinam. Nie odpowiadam na pytania. Ignoruję wypowiedzi terapeuty. Znikam. Ciemno przed oczami. I nie ma mnie tam. Nie ma mnie w ogóle. Pustka.
– O czym pani myśli?
– Nie wiem…
– Jak to pani nie wie? Nie rozumiem.
– To tak, jakby… Jakbym to nie ja myślała.
– Ale przecież te myśli są pani.
– Wiem, po prostu… to jakieś dwu-trzy wyrazowe fragmenty, strzępki myśli. Wyrwane z kontekstu. Przepływają przeze mnie, jakby bez mojego udziału. A gdy próbuję sobie uświadomić, czego te myśli dotyczą, pojawia się pustka.
Nie potrafiłam podać mu przykładu. Teraz odzyskałam do tego dostęp.
„Dostałam maila. Pada śnieg. Niedługo wiosna. Słucham rapu. Wszystko jest bez sensu. Wróciłam do pisania książki. Chce mi się płakać. Miałam rzucić palenie. Znów, kurwa, milczę.”
No dobra. Rzeczywiście możnaby te myśli rozwinąć. Problem w tym, że nie wiem, jak.
Już poprzedni terapeuta zauważył:
– Mówi pani do mnie, jakby wysyłała smsy.
Krótki komunikat i nic do dodania.

Czasem mam siebie dość – frustracja.

Podziel się!

377 – terapia borderline: wytrwałość w cierpieniu

– Ważne jest, aby pamiętała pani, że ten stan minie – skomentował terapeuta na ostatniej sesji.
– Tylko, że tym razem jakoś nie chce…
– Już wiele razy słyszałem to z pani ust.
Tak, wiem. Każdy kryzys sprawia, że „nigdy nie było dobrze” i „dobrze nigdy nie będzie”. Czarna rozpacz wypełnia każdy zakamarek, każąc zapomnieć, że to przejściowe.
Tym razem męczę się od blisko miesiąca. I nic nie zapowiada zmiany.
Coś we mnie krzyczy, żeby się poddać. Że ilość życiowego cierpienia przekroczyła próg wytrzymałości.
Zwinięcie w kulkę, poczucie pokrzywdzenia i pretensje do wszelkich bytów ożywionych i nieożywionych.
– Pamięta pani, jak rozmawialiśmy o pani tendencjach do sadyzmu?
Skinęłam głową.
– Ale teraz nie czuje się pani sprawcą, tylko ofiarą?
– Tak.
– Jest pani dla siebie, jak obojętny, nieczuły rodzic, który cierpiące dziecko zamyka w pokoju, w którym nic nie ma, żadnych zabawek. Jak to dziecko ma się uspokoić? Nie mieści mi się w głowie, jak można coś takiego wytrzymać. Gdybym ja tak cierpiał i siedział, patrząc w jeden punkt, nie robiąc nic, żeby poczuć się lepiej, nie wytrzymałbym. Nie miałbym w sobie tyle siły.
„Mam w tym siedemnastoletnie doświadczenie” – pomyślałam.

Coraz bardziej dociera do mnie, że mimo bezsilności i bólu, trzeba zebrać dupsko ze środka życiowej drogi. Otrzepać się, wyciągnąć wnioski i iść dalej.
– Nie mam siły na nic! – buntuje się płaczliwa dziewczynka, w której łzy wezbrały już niemal do poziomu przelania przez oczy. – Nic nie ma sensu! Nikt mnie nie kocha! Nic się nie uda!
Wraca pamięć – przecież to jej główne, życiowe hasła. Ta mała każe mi – dorosłej babie – ryczeć, jak dziecko. Autodestrukcyjna otacza ją ramieniem:
– Chodź, zabawimy się. Sprawię, że nie będziesz już tak cierpieć – po czym przeklina życie i ciągnie ją w przepaść.
Chciałoby się poddać, krzycząc:
– Nie mam już sił!
Ale gdzieś tam w środku majaczy myśl, że trzeba żyć aż do śmierci. I jak najlepiej wykorzystać ten czas…

Podziel się!

375 – psychiatra

Po wczorajszej wizycie u psychiatry wracam do fluoksetyny – po dwóch latach przerwy. Wenle odstawiłam z nowym rokiem, a ciało już straciło cztery kilo.
Jeśli sam Prozac nie wystarczy – powrót do neuroleptyków.
Nie mam na nic siły. Płacz, leżenie w łóżku i przymus autodestrukcji. Tak ostatnio wyglądają moje dni. Zwleczenie dupy na terapię lub do sklepu to gigantyczny wysiłek.
Użalam się nad sobą, wiem. Ale w moich oczach wszystko straciło sens.
Mimo to, jak zwykle, kolekcjonuję każdy nowy dzień. Trzy miesiące do trzydziestki. I coraz większy lęk.

Podziel się!

374 – powrót z bezdroży

Jak odnaleźć drogę powrotną? Szlajam się po manowcach od dłuższego czasu. Pozwalam emocjom interpretować fakty. Niebezpiecznie.

Mrówek wymógł na mnie kontakt z psychiatrą. Napisałam.

Na myśl o jutrzejszej sesji cała się trzęsę. A może nie próbować ciągnąć tematu bliskości i seksu na siłę? Może dać sobie czas i zająć się czymś innym? Łatwiejszym? Przecież znów muszę się jakoś otworzyć przed terapeutą.

Wczoraj dostałam do akceptacji tekst „Autoterapii” po korekcie. Dziś wstałam, więc skoro świt, mimo kolejnej zarwanej nocy. Plik poszedł do składu. A ja nie potrafię napisać trzech tekstów promocyjnych. Trzech krótkich artykułów…

Zaczynam sobie przypominać, że chcę żyć i to życie kocham. Gdzieś świtają wspomnienia, że czasem bywa dobrze. Choć wczoraj pół dnia przepłakałam w łóżku – że trzy dekady za mną, a od siedemnastu lat tak bardzo cierpię. Że już dłużej nie dam rady.

Do tego wszystkiego znów ogromny lęk związany z wydaniem. Jak zostanie odebrana ta książka? Czy był sens ją pisać? I przeświadczenie, że ona i tak niczego nie wnosi. Że poleje się hejt. Że już nigdy nic nie napiszę.

Objawy nerwicowe nie odstępują na krok. Te wszystkie myśli i przymusy zapchały łeb. Znów błagam o krótki urlop od siebie. Żeby odpocząć, odetchnąć i na nowo moc zacząć walczyć o życie.

Podziel się!