370 – terapia borderline: dokąd zmierzam?

Ostatnio mało robię. Nastrój dołuje od dawna. Gdyby nie fakt, że mam sprawy wydawnicze na głowie, chyba nie wstawałabym z łóżka.
Na terapii mało mówię. Odkąd zaczęliśmy zgłębiać temat bliskości, zamknęłam się w sobie. Nieustannie myślę. To, gdzie zmierzam… Skojarzenia terapeuty, moja autoanaliza – nie potrafię, nie mogę, nie chcę się otworzyć.
Często myślę o zakończeniu terapii. Ale o to akurat jestem spokojna. W przypadku podjęcia takiej decyzji, terapeuta na pewno odwiedzie mnie od tego pomysłu. Przecież to tylko przymus ucieczki – wiem.
Chaos emocji, myśli. Nieustający, intensywny ból wewnętrzny. Posypały się klocki w efekcie terapii. Znów nie wiem, kim jestem, czego chcę, ani dokąd zmierzam. I chcę uciekać – jak najdalej.

Podziel się!

368 – terapia borderline: przełom poproszę, bo pęknę

Nagromadziło się tego dużo. Za dużo emocji, myśli, przymusów. Znam na to dobre lekarstwo: szczerość na sesji i wpuszczenie do swojego świata wewnętrznego. Tyle w teorii.
Cholerna praktyka odbiera możliwość wyartykułowania tego, co zamierzam powiedzieć terapeucie – przed sesją.
A nawet i w gabinecie – duża część myśli kończy swoją wycieczkę na końcu języka. Usta się nie otwierają i już.
Dobra, to na trzy to powiem. Raz, dwa… Ale co ja miałam powiedzieć? Aha, dobra. To na trzy. Raz… Dwa… Trzy…
Oddech wzięty, chwilę wstrzymany i wypuszczony. Usta nie drgnęły.
– O czym pani teraz myśli?
Sekunda wahania – może uda się to wypowiedzieć? To jeszcze raz, na trzy. Raz… Dwa… Trzy…
– O niczym. Mam pustkę w głowie.

Czy za każdym razem, gdy chcę się otworzyć na sesji, porozmawiać o czymś ważnym, co niesie za sobą zbyt wiele emocji i lęku, mam pić? To jedyny skuteczny sposób, jaki znalazłam. A potem jest pod koniec sesji:
– Wie pan, napiłam się przed sesją. Inaczej nie potrafiłabym tego z siebie wydusić.
Ale przecież tak nie powinno być… Może powinnam pisać do niego listy, może wtedy w końcu dowiedziałby się, o co mi chodzi i jak wygląda mój wewnętrzny świat. Tylko nie dam rady ich przeczytać na głos. Nie dam rady. Więc ich nawet nie wyciągnę.

Jak z nim nie pogadam – wybuchnę. Trzymam się resztkami sił. Autodestrukcyjna już puka do drzwi, gotowa, by je wyważyć.

Podziel się!

366 – pochyła, ale czy równia?

Z dnia na dzień gorzej. Czy przez brak leków? Jakoś nie sądzę…

– Nie potrafię przestać myśleć o cięciu.
– Jakby chciała się pani wyzwolić z tego letargu, w który pani wpadła.
– Czuję tylko ból wewnętrzny. Boli mnie świadomość, że istnieję. Nie widzę w niczym sensu.
– Ale coraz rzadziej wpada pani w takie stany, prawda?
– Nie zauważyłam.
– Ale ja to widzę. Jest ich o wiele mniej w porównaniu z początkami terapii.
Może…
Tylko który stan jest prawdziwy? Kim jestem naprawdę? Tą pełną wiary, motywacji? Czy tą, którą byłam większość życia – cierpiącą, autodestrukcyjną, autoagresywną, nienawidzącą życia, miotającą się między intensywnym bólem a pustką?
Nie potrafiłam powiedzieć mu o tym wszystkim, co we mnie siedzi. Jak bardzo chcę się skrzywdzić – nie, nie zabić. Ale pomimo przemilczenia i tak to widział:
– Jest pani w jakiś sposób związana z postawą nienawiści do siebie.
O tak. W myślach wciąż rozszarpuję z wściekłością swoje ścierwo na strzępy. Czuję, że należy mi się kara. Powinnam się ukarać. Tylko za co? Za to, że żyję?
Może to lęk. I zapewne tak jest. Ostatnie sesje wzmogły autoanalizy. Uświadamianie sobie różnych faktów, które się wypierało. A teraz lęk przed ich głośnym wypowiedzeniem w gabinecie paraliżuje. Każe przestać wierzyć w sens leczenia. I to, co pracą nad sobą udawało mi się wyciszać, teraz dochodzi do głosu ze zdwojoną siłą. Może…
Tylko ten ból wewnętrzny znów jest nie do zniesienia.
– Kiedy jest pani w takim stanie, zapomina zupełnie, że było dobrze i że znów będzie. Że ten stan jest przejściowy.
Owszem, zapominam. Bo kiedy cierpienie urasta do takich rozmiarów, nic nie ma znaczenia. Tylko rozpaczliwe poszukiwania choć chwilowej ulgi…

Podziel się!

364 – nowy rok, nowy kryzys

Taa… nowy rok trzeba zacząć nowym kryzysem.
Cholerne łzy cisną się do oczu. Nie mam siły na nic, nie chcę nic.
Żałuję, że trzy lata temu zaczęłam leczenie. Było siedzieć w swoim bagnie i się nie wychylać. Na co mi to wszystko… ten trud, wieczna walka w wewnętrznymi demonami, stawianie czoła lękom, powstrzymywanie się od autodestrukcji i autoagresji.
Kolejny rok zaczynam brakiem wiary w sens życia, niechęcią do zmiany czegokolwiek i pragnieniem powrotu do starych nawyków.
Od wczoraj jestem bez leków. Zupełnie. Ponoć mam funkcjonować bez nich, żeby móc lepiej korzystać z terapii. Ale ja już nie chcę nic. Nic!
Chcę tylko leżeć w łóżku do śmierci i płakać z bólu – niefizycznego.

Podziel się!

358 – terapia borderline: nieustanna walka na wielu frontach

– Terapia i praca nad sobą to tak jakby nieustanna walka z samym sobą.
Powiedział kiedyś terapeuta. Wiedziałam, o co mu chodzi. Nie spodziewałam się jednego – jak bardzo jest ona trudna i męcząca.
Znów: chce mi się płakać, ciąć, uchlać i nażreć jakichś proszków. Uciec. Od siebie, myśli, odpowiedzialności. Przecież ja jestem taka mała, bezbronna, nieszczęśliwa, cierpiąca – opiekuj się mną i żałuj mnie. To takie żałosne…
– Te impulsy będą się pojawiać. Nie chodzi o to, żeby się nie chciało. Chodzi o to, co pani z tym zrobi.
O to to. Powtarzane do znudzenia za każdym razem w takich sytuacjach.
To właśnie ta nieustanna walka.
Tracę siły. I wiarę. I sens. I zdaję sobie sprawę, że to moje pójście na skróty. Moje chore wyjście awaryjne.
Autodestrukcyjna coraz częściej i głośniej się odzywa. Momentami już krzyczy. A mnie czasem tak trudno jest ją zignorować. Powiedzieć jej:
– Zamknij się. Jesteś objawem choroby. Nie jesteś mną.
Bo szepcze nieustannie:
– To ja jestem ta prawdziwa. To mną byłaś przez większość życia. Jesteś autoagresywna. Jesteś autodestrukcyjna. Uchlaj się, potnij, powieś – zobaczysz, że odżyjesz. Wtedy znów poczujesz się sobą!
Chwilami, na ułamki sekund, znów zaczynam jej wierzyć.

Podziel się!