366 – pochyła, ale czy równia?

Z dnia na dzień gorzej. Czy przez brak leków? Jakoś nie sądzę…

– Nie potrafię przestać myśleć o cięciu.
– Jakby chciała się pani wyzwolić z tego letargu, w który pani wpadła.
– Czuję tylko ból wewnętrzny. Boli mnie świadomość, że istnieję. Nie widzę w niczym sensu.
– Ale coraz rzadziej wpada pani w takie stany, prawda?
– Nie zauważyłam.
– Ale ja to widzę. Jest ich o wiele mniej w porównaniu z początkami terapii.
Może…
Tylko który stan jest prawdziwy? Kim jestem naprawdę? Tą pełną wiary, motywacji? Czy tą, którą byłam większość życia – cierpiącą, autodestrukcyjną, autoagresywną, nienawidzącą życia, miotającą się między intensywnym bólem a pustką?
Nie potrafiłam powiedzieć mu o tym wszystkim, co we mnie siedzi. Jak bardzo chcę się skrzywdzić – nie, nie zabić. Ale pomimo przemilczenia i tak to widział:
– Jest pani w jakiś sposób związana z postawą nienawiści do siebie.
O tak. W myślach wciąż rozszarpuję z wściekłością swoje ścierwo na strzępy. Czuję, że należy mi się kara. Powinnam się ukarać. Tylko za co? Za to, że żyję?
Może to lęk. I zapewne tak jest. Ostatnie sesje wzmogły autoanalizy. Uświadamianie sobie różnych faktów, które się wypierało. A teraz lęk przed ich głośnym wypowiedzeniem w gabinecie paraliżuje. Każe przestać wierzyć w sens leczenia. I to, co pracą nad sobą udawało mi się wyciszać, teraz dochodzi do głosu ze zdwojoną siłą. Może…
Tylko ten ból wewnętrzny znów jest nie do zniesienia.
– Kiedy jest pani w takim stanie, zapomina zupełnie, że było dobrze i że znów będzie. Że ten stan jest przejściowy.
Owszem, zapominam. Bo kiedy cierpienie urasta do takich rozmiarów, nic nie ma znaczenia. Tylko rozpaczliwe poszukiwania choć chwilowej ulgi…

Podziel się!

364 – nowy rok, nowy kryzys

Taa… nowy rok trzeba zacząć nowym kryzysem.
Cholerne łzy cisną się do oczu. Nie mam siły na nic, nie chcę nic.
Żałuję, że trzy lata temu zaczęłam leczenie. Było siedzieć w swoim bagnie i się nie wychylać. Na co mi to wszystko… ten trud, wieczna walka w wewnętrznymi demonami, stawianie czoła lękom, powstrzymywanie się od autodestrukcji i autoagresji.
Kolejny rok zaczynam brakiem wiary w sens życia, niechęcią do zmiany czegokolwiek i pragnieniem powrotu do starych nawyków.
Od wczoraj jestem bez leków. Zupełnie. Ponoć mam funkcjonować bez nich, żeby móc lepiej korzystać z terapii. Ale ja już nie chcę nic. Nic!
Chcę tylko leżeć w łóżku do śmierci i płakać z bólu – niefizycznego.

Podziel się!

358 – terapia borderline: nieustanna walka na wielu frontach

– Terapia i praca nad sobą to tak jakby nieustanna walka z samym sobą.
Powiedział kiedyś terapeuta. Wiedziałam, o co mu chodzi. Nie spodziewałam się jednego – jak bardzo jest ona trudna i męcząca.
Znów: chce mi się płakać, ciąć, uchlać i nażreć jakichś proszków. Uciec. Od siebie, myśli, odpowiedzialności. Przecież ja jestem taka mała, bezbronna, nieszczęśliwa, cierpiąca – opiekuj się mną i żałuj mnie. To takie żałosne…
– Te impulsy będą się pojawiać. Nie chodzi o to, żeby się nie chciało. Chodzi o to, co pani z tym zrobi.
O to to. Powtarzane do znudzenia za każdym razem w takich sytuacjach.
To właśnie ta nieustanna walka.
Tracę siły. I wiarę. I sens. I zdaję sobie sprawę, że to moje pójście na skróty. Moje chore wyjście awaryjne.
Autodestrukcyjna coraz częściej i głośniej się odzywa. Momentami już krzyczy. A mnie czasem tak trudno jest ją zignorować. Powiedzieć jej:
– Zamknij się. Jesteś objawem choroby. Nie jesteś mną.
Bo szepcze nieustannie:
– To ja jestem ta prawdziwa. To mną byłaś przez większość życia. Jesteś autoagresywna. Jesteś autodestrukcyjna. Uchlaj się, potnij, powieś – zobaczysz, że odżyjesz. Wtedy znów poczujesz się sobą!
Chwilami, na ułamki sekund, znów zaczynam jej wierzyć.

Podziel się!

357 – terapia borderline: niewygodne tematy

Niby dzieje się dobrze. Chciałoby się już dziś iść do terapeuty i mu o tym powiedzieć. Ale…
Jak sobie pomyślę, że znów wróci do tematego tematu. Że znów pojawią się myśli samobójcze i chęć okaleczenia, to mi się odechciewa.

Podziel się!

351 – terapia borderline: teleportacja z gabinetu

Nie zmrużyłam dziś oka. Położyliśmy się po 2:00, a o 6:00 wstałam. Nie mogłam już wytrzymać leżenia w łóżku i tysiąca myśli na sekundę.
Siedziałam tak do 11:30 w oczekiwaniu na terapię.
Uzbrojona w energetyka usiadłam w gabinecie. Nastrój znośny ukierunkowany zwyżkowo. Mówiłam, do czasu.
– A jak jest z seksem?
Wiedziałam. Wiedziałam, że do tego nawiąże. Po tym, co ostatnio powiedziałam…
– Bez zmian.
– A kiedy było ostatnie zbliżenie?
– Bo ja wiem… Z półtora roku temu?
I już zamknięcie się w sobie.
Po dłuższej chwili milczenia:
– O czym pani myśli?
– Nie wiem.
– Nie wie pani?
Oczywiście, że wiedziałam. O tym, że chcę stamtąd uciec. Że wszystko jest bez sensu. Nic nie da się zmienić. I w ogóle chcę tylko umrzeć.
– Z Mrówkiem też tak jest. Jak zaczyna rozmowę o seksie, zaraz tracę humor i mam myśli samobójcze.
– To dla pani trudny temat, prawda?
Ehh…

Podziel się!