313 – terapia borderline: trudny pacjent

– Gdybym nagrał sesję, gdy jest pani mocno depresyjna, mówi o samobójstwie i puścił ją studentom psychoterapii albo psychiatrii, byliby przerażeni. Nie chcieliby z panią pracować, bo by się bali, że się pani zabije. Kto wie… może ja też powinienem wtedy zadzwonić po policję albo pogotowie, żeby zabrali panią do szpitala. To, że tego nie robię, wynika z mojej oceny sytuacji. Ale gdybym się pomylił i jednak popełniłaby pani samobójstwo? Co wtedy? Powiedziałbym: „ups, błędna diagnoza”?

No dobra. Już rozumiem. Terapeuta też człowiek i wcale nie ma lekko.

Podziel się!

309 – niby nic, zwykłe zakupy

Byliśmy na spacerze. Spędziliśmy miło czas. W drodze powrotnej wstąpiliśmy do sklepu. Zrobiliśmy większe zakupy.
Odchodząc od kasy uświadomiłam sobie, że przez popędzanie Mrówka przed wyjściem, zapomniałam reklamówki.
Spojrzałam na kasę – kilkuosobowa kolejka.
– Mrówek, nie mam reklamówki, ale mam drobne, podejdź i kup.
– Ty zapomniałaś, to ty idź.
A ja już – łzy w oczach. Miałam ochotę się rozpłakać i stamtąd uciec. I co mnie obchodzi, że codziennie przychodzę do tego sklepu. Co mnie obchodzi, że wystarczy podejść do kasy, przeprosić kogoś i kupić reklamówkę za kilka groszy. No przecież dla Mrówczyńskiej to problem nie do przejścia.
Ale tak stanęłam i zaczęłam myśleć.
– Mrówczyńska, kurwa! Opamiętaj się! Czy brak torby na zakupy to powód do myśli samobójczych? Albo spróbuj spakować się do swojej wielkiej torebki, coś biorąc w rękę, albo idź kupić tę cholerną reklamówkę.
O dziwo, podziałało. Większość rzeczy udało mi się schować do torebki. Część wzięliśmy z Mrówkiem w ręce. A powrót do domu był wypełniony śmiechem.
– Daj, wezmę ten makaron od ciebie.
– Nie, Mrówek. Wiesz, on działa jak przeciwwaga, dla tej torby na ramieniu.
Śmialiśmy się i żartowaliśmy szczerze.

A kiedyś?
Obraziłabym się na niego na śmierć. Przecież:
– To przez ciebie nie wzięłam tej reklamówki! – a więc:
– To ty masz iść ją kupić!
Byłyby łzy. I myśli samobójcze. I poczucie pokrzywdzenia. I niezrozumienia. A jakże!
A po powrocie do domu?
Żyletka – ciach, ciach, ciach!
I nie, wcale nie byłaby to moja chora zemsta i próba odegrania się na nim. Nie, przecież ja byłabym nieszczęśliwą, pokrzywdzoną ofiarą! To wszystko byłaby jego wina! I nie, wcale nie cięłabym się z podświadomą premedytacją, by go skrzywdzić – przecież nie dopuszczałabym do siebie możliwości, że jestem sprawcą, że chcę go zranić. Przecież to ja cierpiałabym najbardziej na świecie!

I niech mi ktoś kurde teraz spojrzy prosto w oczy i powie, że psychoterapia nie działa. Chyba zabiję go śmiechem.

Podziel się!

306 – terapia borderline: czy jest tu jakiś dystans?

Wczorajszy dzień był tragiczny – płacz, myśli samobójcze, przymus autoagresji. Nie złamałam się, nie uległam pokusom.
Utworzyłam nowy plik – książka science-fiction zaczęta dwiema trzecimi strony. Pomysł jest, koncepcja również.
– Nie znoszę pisać jednej książki na raz.
– Tak? Czyli musi być więcej?
– Co najmniej dwie.
– A dlaczego tak?
– Bo kiedy nie mam pomysłu na jedną, mogę pisać drugą.
– No tak, żeby zawsze coś robić.
Otóż to. Proces twórczy musi trwać nieustannie – inaczej tracę sens życia.
– W niedzielę skończyłam „Autoterapię”.
– W ogóle pisanie jest dla pani świetną formą autoterapii. Dzięki niemu może się pani przyjrzeć problemom z boku.
– I nabrać do nich dystansu.

Pogadałam z nim szczerze, tak od serca, bez spinania się. Ulżyło mi.
Pośmialiśmy się również z moich głupich reakcji.
– Pamięta pani, jak pierwszy raz powiedziałem, że przyjmuje pani fałszywą rolę ofiary? Że krzywdząc siebie, jest pani sprawcą, bo krzywdzi pani również innych?
– Tak – uśmiechnęłam się, bo teraz już mam do tego dystans, ale wtedy…
– Nie odezwała się pani do mnie do końca sesji. A potem chciała zerwać terapię, usilnie twierdząc, że to ja nie chcę z panią pracować.
Hehe, było tak. I to stosunkowo niedawno.

Cieszę się, że mimo wszystko, mimo wysyłania tylu smsów o zakończeniu terapii, tracenia sensu, nieprzychodzenia na sesje, jednak wciąż przychodzę do gabinetu.
Wiem, że jeszcze nie raz będę próbowała zniszczyć tę relację, zaprzepaścić wszystko, co osiągnęłam. Ale wierzę, że z pomocą terapeuty wytrwam do jej końca – a ostatnim zdaniem w ostatniej części „Młodego boga…” będzie „JESTEM ZDROWA”!

Podziel się!