921 – bezpieczna przystań

Dziś u mnie wielki smutek. Jak zwykle pochodzący z wnętrza. Tak, wiem, on mnie nie definiuje. Pochodzi z zaburzonej części mojej osobowości. Pozwalam sobie na jego odczuwanie i przyglądam mu się, by go nie wstrzymywać. Ale on jakoś nie kwapi się, żeby odejść.
Ogromnie chce mi się płakać, ale nie ma we mnie łez.

Próbuję uspokoić swoje wewnętrzne dziecko. Mówię do tej dziewczynki:
– Anula, nie martw się. Zaopiekuję się tobą. Jesteś przy mnie bezpieczna – ale ona nie chce słuchać, nie potrafi mi uwierzyć. Tak, jak ja nie potrafiłam przez całe lata przyjąć punktu widzenia terapeuty w wielu kwestiach. Przez swoją obojętność podświadomie odrzucałam to, co do mnie mówił.
Moje wewnętrzne dziecko jest zamknięte w sobie. Nie ufa dorosłym, nawet jeśli ich przedstawicielem jestem ja, jego starsza wersja.
I ze smutku rodzi się złość. Wściekłość na tego krnąbrnego bachora, przez którego nie mogę się dobrze czuć.

Terapeuta powiedziałby zapewne, że ważne jest próbowanie, podejmowanie wysiłku wydobycia się z tego stanu. Że to trud, który muszę wkładać w pracę nad sobą. Może… tylko co mi z tego przychodzi? Nic. I chociaż wiem, że to umiejętność, którą trzeba wyćwiczyć, niecierpliwię się i mam ochotę tym pieprznąć. Zbluzgać nieposłusznego gówniarza i się od niego odciąć. Sprawić mu przykrość, ból, dobić i dołożyć zmartwień. A potem się dziwić, że mi się pogarsza.

Dziś jeszcze bardziej niż wczoraj tęsknię za terapią. Za opieką, którą otaczał mnie pan M. W jego gabinecie czułam się najbezpieczniej. I choć tak często w takim stanie milczałam, zamknięta w sobie, sprawiając wrażenie obojętnej na jego słowa, byłam pewniejsza z samą sobą. Poziom lęku opadał, a ja nie czułam się tak zagrożona ze swojej strony.

Jednak wiem, że jestem teraz sama, lecz nie osamotniona. I choć mogę liczyć tylko na siebie, mam narzędzia, by móc zbudować swoją bezpieczną przystań. Na razie są to nieśmiałe podejścia, oglądanie materiałów budowlanych i próby jakiegoś uporządkowania tego bałaganu myśli i emocji. Tak, to ważne, że próbuję. A może kiedyś mi się uda?

Podziel się!

917 – przedwiośnie, a w głowie listopad

Ostatnia sesja odbyła się szesnastego lutego. Dziś mija miesiąc od zakończenia terapii, a ja wciąż mam wrażenie, że pan M. gdzieś wyjechał. Że to tylko przerwa w terapii. Że niedługo się zobaczymy i znów będę mogła mu o wszystkim opowiedzieć. Chyba wciąż jestem na etapie zaprzeczenia w przeżywanej żałobie po stracie tej relacji. Jeszcze nie potrafię i nie chcę zaakceptować tego stanu rzeczy. Tęsknota miesza się z pustką, lecz razem nie tworzą niebezpiecznej mieszanki. Jest spokój. Czy pozorny?
Nieustannie łapię się na mówieniu w myślach do terapeuty. Robiłam tak zawsze, codziennie przez sześć lat. W swoim świecie wewnętrznym opowiadałam mu o wszystkim, zdawałam na bieżąco relacje ze wszystkiego, co się działo. Często to pomagało mi dotrwać do sesji.
Trapią mnie wątpliwości, co do tego, jak mnie odbierał. Czy męczyło go leczenie mnie? Nie byłam łatwą pacjentką. Przez lata musiał mi w kółko powtarzać te same rzeczy. Gdy o nich mówił, zgadzałam się z nim i przyjmowałam je, zazwyczaj bez zastrzeżeń. Ale kiedy wychodziłam z gabinetu, magicznie zapominałam o wszystkim i popełniałam wciąż i wciąż te same błędy. Ile można? Czy nie był zmęczony i znużony nieustannym tłuczeniem mi do głowy tego samego?
I ta jego odpowiedź na moją pożegnalną wiadomość. Czy była wyrazem ulgi, że więcej mnie nie zobaczy?
Chce mi się płakać, ale nie mam w sobie łez. Coś mnie zmroziło od środka.
Usunęłam jego numer, wszystkie SMS-y i czat na Whatsappie. To działania raczej symboliczne, bo ma podany telefon na swojej stronie internetowej. Ale wiedziałam, że mając jego numer, nie będę w stanie powstrzymać się przed napisaniem do niego, gdy poziom wewnętrznego cierpienia przekroczy moje możliwości wytrzymania go.
Do psychiatry też się nie odzywam. Rozumiem, jak bardzo musiałam go zmęczyć tymi wiadomościami, które wysyłałam pod koniec terapii. To człowiek o anielskiej cierpliwości i skoro napisał, że mam się z nim nie kontaktować poza poradnią, oznacza to, że musiałam naprawdę mocno przekroczyć jego granice. Zakaz kontaktu został zniesiony, ale nie chcę przeginać. Łatwiej jest mi się powstrzymywać przed ponownym przekroczeniem granic, nie kontaktując się z nim wcale. Zresztą, co miałabym napisać? A raczej, jak mógłby mi pomóc? Przepisując tabletki na żałobę? Takie nie istnieją. Poza tym, wiem, że muszę to przeżyć. Dać sobie czas na te wszystkie emocje i cały ból z tym związany. Ucieczka niczego nie zmieni, a wręcz na dłuższą metę pogorszy mój stan.
Trzymam się z dala od autoagresji i autodestrukcji. A i myśli o samozagładzie brak. Jest po prostu smutek i ból, cierpienie i umiarkowana rozpacz, ale bez konotacji samobójczych. Jest tęsknota, jest nostalgia, pustka po stracie i poczucie opuszczenia. Ale jest i postanowienie, że wyciągnę z tych sześciu lat, ile się da. Że zaopiekuję się sobą, wezmę odpowiedzialność za siebie i będę żyć najlepiej, jak potrafię.

Podziel się!

916 – „Walcząc o życie”: naruszenie tabu

Przed chwilą skończyłam pisać trzeci rozdział. Z tej okazji, łapcie jego początkowy fragment.

Czternaście lipcowych sesji zaczęłam od myśli samobójczych i okaleczenia się. Kiedy tylko weszłam do gabinetu, od razu się do tego przyznałam.
– Bardzo się pani pocięła?
– Normalnie – bąknęłam, jakby była to najzwyczajniejsza w świecie czynność, ale panu M. to nie wystarczyło, chciał wiedzieć więcej. Ja jednak milczałam. Bo co niby miałabym powiedzieć?
– Na ręce się pani pocięła? – Nie odpuszczał.
Potwierdziłam i wtedy padło pytanie, które momentalnie podniosło mi ciśnienie i przyprawiło o mdłości.
– Może mi pani pokazać?
Nie powiem, spanikowałam, nauczona doświadczeniem, że specjaliści każą sobie pokazywać samookaleczenia i nie przyjmują odmowy. A dla mnie to było jak naruszenie tabu. Jak coś niestosownego i ingerującego nawet nie tyle w prywatność, co wręcz w intymność. Pokazanie ran po samookaleczeniach dla większości ludzi ich dokonujących jest niezwykle trudne. To tak, jakby się rozebrać i stanąć przed kimś nago, bez jakiejkolwiek możliwości ukrycia swoich niedoskonałości. Choć poziom intymności w przypadku autoagresywnych ran jest chyba jeszcze wyższy. Żeby to zobrazować, powiem Wam, że Mrówek wie o mnie praktycznie wszystko, widział mnie w każdym możliwym stanie. I mimo bycia z nim w związku od czternastu lat, wciąż nie potrafię odkryć przed nim świeżych ran. Blizny – okej. Ale nigdy rany. Mało tego, nawet teraz, opisując to po sześciu latach, czuję się nieswojo. Serce zaczęło bić szybciej, jakby przygotowując ciało do ucieczki. I znów pojawiły się mdłości.
Na szczęście pan M. nie naciskał, gdy z moich ust błyskawicznie padła odmowa. Wycofał się i zapytał, czy mogę o tym opowiedzieć. To też było trudne, ale już nie niemożliwe. Cicho i ze wstydem odparłam, że zrobiłam około dwudziestu nacięć.
– Żyletką?
– Tak… – cichutko mruknęłam pod nosem.
– Wstydzi się pani pokazać? – Znów zrobiło mi się niedobrze. Tak bardzo nie chciałam o tym rozmawiać. Tylko półgębkiem rzuciłam, że i tak mam opatrunek, więc nic by nie zobaczył. Miałam szczerą nadzieję, że zostawi już ten temat. A mimo wszystko, po dłuższej chwili milczenia, dodałam, że obudziwszy się tego dnia, wcale nie żałowałam tego, co zrobiłam. Mało tego, pocięłam się znowu.
– Tego drugiego razu też pani nie żałuje?
– Nie potrafię.
– Kiedy się pani tnie, pani Aniu, to trochę bezsensu są nasze spotkania. No, bo czemu one mają służyć? – W tamtej chwili spanikowałam po raz drugi. Byłam gotowa uciec z gabinetu i więcej tam nie wracać. Serio? Zapowiadała się powtórka z rozrywki? Pan M. zrobi tak, jak pan S. i też powie, że mam nie przychodzić na sesję, gdy zadziałam autoagresywnie? Milczałam, zastanawiając się, czy to nie jest wspominany kilkukrotnie przez terapeutę początek końca.
– Nie chcę do tego wracać, bo wiem, jak to się skończy – w końcu powiedziałam szczerze.
– Jak się skończy?
– Zacznę się ciąć codziennie, będę czuła się coraz gorzej aż wyląduję w szpitalu.
– No, tak… – powiedział, po czym zapytał, jak się czuję, ale nie umiałam udzielić odpowiedzi. Poprzedniego dnia byłam z siebie zadowolona, bo zaczęłam pisać książkę, ale w tamtej chwili… nie wiedziałam. Pana M. zainteresowało to, czy pocięłam się przed pisaniem czy po. Odrzekłam, że przed, bo kiedy piszę, czuję się dobrze.
– Co jeszcze pani pomaga?
– Praca.
– A poza pracą?
– Nie wiem…
– Sprawia pani wrażenie takiej bezradnej.
– I tak się czuję.
– Brzmi pani, jakby nie miała teraz na siebie pomysłu.
– Bo tak jest.
– Najważniejsze jest to, pani Aniu, żeby się pani nie cięła i nie piła alkoholu. Tylko wtedy może pani stopniowo odzyskać kontrolę nad swoim życiem.

Podziel się!

915 – terapia przeżyta od nowa

Proces twórczy trwa w najlepsze. Piszę codziennie od szóstej rano do jakiejś dziesiątej. I nie jestem w stanie nic zrobić, zanim nie powstanie kolejna strona, dwie tekstu. Jestem zafiksowana na tym punkcie.
Pisanie tej książki to dla mnie skuteczna autoterapia. Myślę, że dzięki niemu jestem sobie w stanie jakoś poradzić z zakończeniem terapii i żałobą po utraceniu tej relacji. Opisując to, co działo się w gabinecie, przypominam sobie wiele rzeczy. To tak, jakbym przeżywała tę terapię od nowa, jeszcze raz. I mam dziwne wrażenie, że to wszystko zaczyna we mnie pracować, a ja dopiero teraz jestem na to gotowa. Ciekawe, co na ten temat powiedziałby pan M…
Być może jutro uda mi się skończyć trzeci rozdział. Kiedy w weekend naniosę pierwsze poprawki, wrzucę jakiś fragment.
Jest we mnie ogromna chęć, by wynieść z tych spotkań jak najwięcej. By pozwolić sobie na zmianę. Prawdziwą i trwałą zmianę, która wprowadzi do mojego życia pewną dozę stabilności, której tak bardzo brakuje mi od okresu dojrzewania.

Podziel się!

913 – czas pierwszych podsumowań

Dziś mija dziewiętnaście dni od zakończenia terapii. Trochę się w tym czasie działo, dlatego postanowiłam zrobić małe podsumowanie – dla Waszej wiedzy i ku pamięci dla potomnych, hehe.

Wiele osób mówi mi, że terapia u pana M. nic mi nie dała, skoro jej zakończenie spowodowało u mnie kryzys samobójczy. Cóż, nie mogę i nie chcę się z nimi zgodzić. Owszem, z zewnątrz może nie wyglądało to za ciekawie. Jednak od środka było nieco inaczej. Ten samobójczy kryzys mógłby świadczyć, że nie udało mi się w ogóle przepracować tematu rozstań i problemu poczucia bycia opuszczonym. Ale tylko pozornie. Jakby na to nie patrzeć, szybko wygrzebałam się z tego samobójczego syfu. Stanęłam na nogi i dojrzale pozwoliłam sobie na naturalne przeżywanie żałoby po utracie ważnej relacji. Pozwalam sobie na tęsknotę, na smutek, a nawet łzy. I nie karzę siebie za to.
W pierwszym odruchu znów się okaleczałam i chlałam. Zgoda, był to powrót do tendencji, z którymi walczyłam przez sześć lat i można by uznać, że i na tym polu terapia zawiodła.
Myślę jednak, że ten kryzys wynikał z tego, że chwilowo straciłam z oczu to, co najważniejsze. Skupiłam się bowiem na stracie i na bólu z nią związanym, zamiast na tym, co dzięki tej relacji zyskałam. Pan M. wielokrotnie powtarzał, że chwiejność emocjonalna i impulsy pchające mnie w autodestrukcję będą mi towarzyszyć prawdopodobnie już do końca życia. I terapia nie ma na celu eliminacji tego, a nauczenie mnie, jak sobie z tym radzić, by tym tendencjom nie ulegać. Rozpacz po zakończeniu tej relacji terapeutycznej była jak klapki na oczach. W jednej chwili zapomniałam o wszystkim, czego nauczyłam się podczas tych ponad trzystu spotkań. Ale, jak zwykle, ogarnęłam się. Przypomniałam sobie, że tak naprawdę wszystko zależy ode mnie. No, może nie wszystko, ale na pewno to, jakie działania podejmę, jak będę się zachowywać w odpowiedzi na pojawiające się impulsy i ciągnące mnie w złą stronę tendencje.

Półtora tygodnia po ostatniej sesji, Mrówek wyjechał na tydzień, żeby odpocząć. W pierwszej chwili zareagowałam w typowy dla siebie sposób – zrobiłam dramę, wpadłam w panikę i przeżywałam to, jakby mnie opuszczał na zawsze i miał już nigdy nie wrócić do domu. Kiedy jednak emocje nieco opadły, zaczęłam myśleć racjonalnie. Uświadomiłam sobie, że po ostatnich wydarzeniach on po prostu potrzebuje pobyć sam, z dala ode mnie. Że potrzebuje odpoczynku, naładowania baterii i nabrania dystansu.
W efekcie cały tydzień minął mi bardzo szybko. Pracowałam, a w każdej wolnej chwili pisałam wspomnienia. Proces twórczy pochłonął mnie bez reszty. I owszem, pisanie zawsze mi bardzo pomagało, ale to przede wszystkim zasługa mojej woli, że trzymam się z dala od autodestrukcji i autoagresji. To nie tak, że nie robiłam nic głupiego, bo mi się nie chciało. Właśnie chodzi o to, że te impulsy się pojawiały – żeby się upić czy pociąć – ale ja im nie ulegałam. Ciągnęło mnie do tego, chwilami nawet bardzo, ale nie brałam takich zachowań w ogóle pod uwagę. I myślę, że to moje wielkie zwycięstwo. I myślę, że te sześć lat tłuczenia mi do głowy pewnych mądrości wiele dało. I że to tak naprawdę dopiero teraz zaczyna pracować. Kiedy zakończyłam leczenie i mogę liczyć już tylko na siebie. Myślę, że pan M. przez te wszystkie lata słowami wyposażył mnie w odpowiednie narzędzia. A teraz tylko ode mnie zależy, czy będę chciała i miała motywację, by z nich korzystać.

Szczerze? Bardzo żałuję, że nie mogę mu już o tym wszystkim opowiedzieć.

Podziel się!