277 – o myślach samobójczych słów kilka

Czasem tak trudno wytrzymać. Z sobą. Swoimi myślami. Schematycznymi zachowaniami i reakcjami. Automatyzm myśli samobójczych, burzliwość emocji pojawiających się chaotycznie i nieadekwatnie do sytuacji, przeraża i odbiera poczucie kontroli nad własnym życiem.

Terapeuta do znudzenia powtarza, że o ile na nastrój bezpośredniego wpływu nie mam, to na zachowanie już tak.
– Ważne jest, aby zrobiła pani dla siebie coś dobrego, żeby nie była pani bierna, bo to pogłębia ten stan, w którym pani jest.
Gdy zastosowałam się do jego rady, okazało się, że z tego stanu beznadziei można się wyrwać. Nie, nie poczuć znakomicie i zostawić za sobą tendencje do samozniszczenia. Ale poczuć, że ma się choć odrobinę wpływu na samopoczucie.
Oddalanie od siebie myśli samobójczych to ciężka i mozolna praca, ale nie syzyfowa. Mózg dąży do jak najmniejszego zużycia energii, wybierając utarte ścieżki i preferując działanie schematyczne. Gdy całymi latami odpowiedzią na pojawiające się problemy było pragnienie śmierci (a właściwie ucieczka od życia), niezwykle trudno jest przestawić się na aktywne ich rozwiązywanie.
Powoli uczę się, że jestem odpowiedzialna za własne życie. I powoli tę odpowiedzialność na siebie biorę. Wciąż często zakładam ręce i ze łzami w oczach przeklinam swój los. Pozwalam sobie na bezwładne płynięcie z nurtem negatywnych emocji i fałszywej wiary w niemoc zmiany czegokolwiek. Jednak coraz częściej, w trakcie obmyślania planu samobójczego, udaje mi się powiedzieć sobie:
– Zrób dla siebie coś dobrego. Zrób cokolwiek. Nie uciekaj – walcz.
I czasem nawet tę walkę podejmuję.

Podziel się!

276 – życie jest piękne – uwierz

Muszę, muszę dać sobie radę. Przecież nie sama, a z pomocą terapeuty.
Muszę się z tego wygrzebać. Nie spać całymi dniami. Jeszcze tyle wschodów słońca jest do obejrzenia.
Muszę dać radę. Znów zapragnąć życia.
Przecież obiecałam sobie, że więcej za kraty nie wrócę.
Mówię, krzyczę do siebie:
„Życie jest tak piękne! Tylko w to uwierz…”

Podziel się!

274 – kryzys

Wczoraj i Lorafen nie był w stanie pomóc.
Cały dzień katar, osłabienie i kichanie. Leżenie w łóżku na przemian z próbami pracy.
Wieczór przyniósł prawdziwe załamanie. Potoki łez. Obmyślanie planów na wyjście ostateczne. Wściekłe trzaśnięcie drzwiami z tabliczką „Życie”. To miał być koniec. Nie wiedziałam tylko jak.
Jak zostawić Mrówka? Jak zostawić ojca i ciotkę? I, w końcu, jak zrobić to śmiertelnie chorej matce? Czułam się postawiona pod ścianą. Kolejne tabletki lorazepamu i kolejne łzy. Nic nie dawało ukojenia.
A noc?
Noc przyniosła cztery godziny snu. Cztery cholerne godziny, podczas których mogłam zapomnieć, że żyję.
A teraz znów pita kawa, łykane leki. Oczekiwanie na sesję po urlopie terapeuty.
11:45 – idę tam jak na ścięcie. Jak mu powiedzieć, że jest znacznie gorzej niż gdy wyjeżdżał?

Próbuję zająć głowę pracą i kolejnymi recenzjami. Ale to dziwnym trafem, tylko przybliża mnie do nieuchronnego…

Podziel się!

272 – lorazepamowe ukojenie

W środę byłam u psychiatry. Dwanaście kilometrów z buta. Część drogi wzdłuż olbrzymiego parku. Towarzyszył mi Kaliber ze swoją Księgą Tajemniczą.

– Pani Anno, dlaczego na siłę wpycha się w pani w alternatywę: zabiję się albo nie zabiję się. Proszę spróbować po prostu żyć – zasugerował ostatnim razem.
Niezbyt to podziałało. Silne myśli samobójcze nie odpuszczały. Widział, w jakim jestem stanie. Więc nawet nie próbował, jak zazwyczaj, obracać tego w żart i mówić, że znów uciekam.
Głównym problemem było spanie. Trittico nie pomogło, ani Mirtor i Tisercin.
– A kwetiapinę pani brała?
– Tak, Ketrel.
– I jak?
– Bardzo źle się po nim czułam.
– A… (i tu zaczął sypać jak z rękawa nazwami substancji, których nie znałam).
Popatrzyłam na niego bezradnie.
– Pamiętam, że brałam kiedyś Mianserin.
– No to właśnie z tej grupy, i jak?
– Źle się czułam.
– Pani Anno, biorąc pod uwagę pani stan i sytuację… myślę, że na razie zawiesimy eksperymentowanie z nowymi lekami. Dam pani ten mocniejszy Lorafen.
Poczułam ulgę, że w końcu dał mi coś sprawdzonego.

Wczoraj poszło 5mg, w dawce podzielonej. Już dawno nie czułam się tak spokojna. Myśli samobójcze ustały. Nie pamiętam, kiedy ostatnio się tak wyspałam. Wstałam o 6:00, wypoczęta.

W przyszłym tygodniu terapeuta w końcu wraca z urlopu. Brakuje mi terapii. Nie mogę się doczekać wtorkowej sesji.

Podziel się!