245 – terapia borderline: wyciąganie wniosków z potknięć

Myślę cały czas nad tą reakcją. Szukam szczegółów. Moją uwagę przykuła jedna kwestia. Przyczyna uruchomienia leku przed bliskością.

Jego zachowanie: więcej mówił, zadawał więcej pytań, w końcu fizycznie zmniejszył dystans.
Moja interpretacja: pokazał zaangażowanie, w tym momencie skupił się tylko na mnie.
Poczułam się, niejako, przymuszona do odwzajemnienia tego. Czułam, że powinnam mu zaufać i otworzyć się, uwolnić emocje.
Przestraszyłam się, że nasza relacja stanie się bliższa, wymagająca większej otwartości. Wpuszczenia go do mojego świata wewnętrznego, zamiast uchylania czasem jego rąbka.
Świadomość, że kiedyś się pożegnamy, zablokowała mnie. Odcięłam i nie dałam sprowokować.
Choć, z drugiej strony, terapia powinna dążyć do tego, by pacjent przestał potrzebować terapeuty. Ufam, że on wyznaje tę zasadę.

I co się okazuje?
Boję się powiedzieć terapeucie o tym, co napisałam wyżej. Boję się, że znów padnie:
– Nie wierzę w to. Oszukuje się pani.
Tak. Czuję lęk i wstyd przed pokazaniem mu swojego świata wewnętrznego. Wystawienie go na konfrontację i krytykę, wzbudza we mnie te dwie silne emocje.

Mimo wszystko, w poniedziałek muszę się bardziej postarać.

Podziel się!

244 – terapia borderline: reakcja ucieczkowa

To wszystko przez lęk.

Terapeuta skonfrontował mnie ostatnio ze swoją opinią – brakiem wiary w prawdziwość roli, w którą wchodzę.
Wiedziałam, że ma rację. Ale tak długo próbowałam oszukiwać innych i siebie, że w końcu w to uwierzyłam.
Wywołało to ogromne emocje, z którymi „poradziłam sobie” odcinając się od kontaktu i rzeczywistości.
Do tej pory trzymałam emocjonalny dystans. Raczej racjonalizując i odwołując się jedynie do rozumu.
Terapeuta, odrywając kawałek ubieranej przeze mnie maski sprawił, że odebrałam naszą relację jako głębszą. Znacznie głębszą niż do tej pory. Poczułam się, jakbym siedziała przed nim naga.
Dodatkowo jego gest zachęcający mnie do kontaktu i okazujący jego zaangażowanie.
Przestraszyłam się do tego stopnia, że do tej pory nie umiem sobie z tym poradzić – co dobitnie pokazała dzisiejsza sesja.
Tak bardzo potrzebuję z nim o tym porozmawiać. Wiem, że w gruncie rzeczy to, co się stało jest dobre. Tylko reakcja była ucieczkowa.
Ufam mu.
Choć panicznie boję się zaangażować w tę relację.

Podziel się!

243 – terapia borderline: milcz, jak kamień!

Ani jednego słowa. Całe czterdzieści pięć minut nie otworzyłam ust. W ciągu tych czternastu miesięcy nie było jeszcze takiej sytuacji.
Weszłam bez przywitania, siadłam zasłaniając brzuch splecionymi rękami i zastygłam.
Oczy przysłonięte włosami i utkwione we własnych udach. Bałam się spojrzeć gdzieś dalej.
Wyszłam z gabinetu, nawet nie umawiając się na kolejne spotkanie.
– Na dzisiaj kończymy – usłyszałam, rzuciłam kasę na stół i wyszłam bez słowa.

Wracając do domu napisałam do niego SMS:
„Nie chce już Pan ze mną pracować? Nie umówiliśmy się na przyszły tydzień.”
Odpisał, że chce, ale to wymaga dialogu.
Przyznałam, że im bardziej potrzebuję rozmowy, tym bardziej się w sobie zamykam. Poprosiłam o trzy sesje po weekendzie.
W poniedziałek znów tam usiądę. Ciekawe, czy tym razem coś z siebie wyduszę.

Podziel się!

242 – agresja i lęk przed bliskością

Wtorkowa sesja pobudziła we mnie te olbrzymie pokłady agresji, które tłumię od lat.
Nie chciałam tam więcej wracać.

„Moją godzinę w piątek ma Pan wolną. Rezygnuję z terapii.”
„Sugerowałbym rozmowę na sesji zanim podejmie Pani ostateczną decyzję.”

Potrzebowałam wielu godzin, by odpisać, że jednak przyjdę.

Nie umiem dojść do siebie. Agresja się ze mnie ulewa. Warczę na Mrówka, wszystko mnie wkurwia. W myślach bluzgam i krzyczę na terapeutę, że to jego wina.

Tak bardzo boję się jutrzejszej sesji. Żołądek w gardle i nieustające mdłości.

Pochylenie się terapeuty w moją stronę odebrałam, jako formę skrócenia dystansu i okazanie zaangażowania. Bardzo się tego przestraszyłam…

Podziel się!

241 – terapia borderline: stary potwór mocno śpi…

– Rozmawia pani, po czym nagle zastyga.
– …
– Gdybym pani nie znał, nie wiedziałbym o co chodzi.
– …
– Zastanawiałbym się, czy się pani obraziła i o co.
– …
– Wygląda to tak, jakby miała mnie pani gdzieś. Jakby nie była pani zainteresowana kontaktem.
– …
– Gdyby mi zależało, żeby mnie pani lubiła, byłoby mi przykro.
– …
– Chyba nie chce pani, żeby było mi przykro?
– …

Mój wzrok, jak zwykle, wbity w róg gabinetu. Obserwacja wielkiego, włochatego, nieistniejącego pająka.
Terapeuta pochylając się w moją stronę, wsparł łokcie na kolanach. Zrobił tak po raz pierwszy. Zazwyczaj siedzi wygodnie i swobodnie. Wpatrywał się intensywnie w moją twarz, zadając kolejne pytania. A może w oczy? Musiał zobaczyć w nich bezkresną otchłań pustki. Ciało tam było. Gibało się, jak zwykle, na bujanym fotelu. Ale mnie – nie. Nastąpiło obronne unicestwienie, rozpad tożsamości. Nie mogłam, nie chciałam, by wyciągnął ze mnie to, co próbował.

Terapeuto, stąpasz po cienkim lodzie. Uważaj! Bo zaczynasz budzić bezdusznego potwora, ziejącego przerażeniem i spustoszeniem… gdy się zbudzi, będzie siał śmierć.

Podziel się!