249

Jutro na jedenastą sesja. O osiemnastej wizyta u starego psychiatry. Terapeuta mnie do niego wygonił. Że niby powinnam pogadać z lekarzem, może znów brać zamulacze pod postacią neuroleptyków, żeby wytrzymać emocje, pojawiające się w trakcie sesji.
Nie powiem. Do psychiatry idę chętnie. Lubię go i po każdej wizycie czuję się lepiej.
Ale nie chcę więcej chemii. Wystarczy mi wenlafaksyna, którą biorę w największej dawce ponad półtora roku.

Muszę jutro na sesji zacząć mówić. Inaczej – wybuchnę.

Podziel się!

247 – terapia borderline: przełom

To było tak piekielnie trudne…
Wyszłam z domu wcześniej niż zwykle. Siadlam na ławce pod blokiem, w którym mieści się gabinet i paliłam fajkę za fajką. Przez silny lęk ciałem wstrząsały drgawki. Do tego stopnia, że chwilami miałam problem z trafieniem papierosem do ust.
Gdy wybiła godzina spotkania, powlekłam się do gabinetu.
Siadłam na fotelu i cała się trzęsłam. Nie pamiętam, żebym była kiedyś w takim stanie. Pot lał się ze mnie, jakbym właśnie wyszła spod prysznica. Tak bardzo chciałam zacząć mówić, ale nie potrafiłam.
– Denerwuje się pani?
Skinęłam głową.
Po chwili zaczęłam próbować rozmawiać. Wiedziałam, że muszę. Chciałam tego.
Mówiłam półsłówkami. Musiał o wszystko dopytywać.
Przyznałam, że po wtorkowej sesji bardzo się przestraszyłam.
– Czego?
– Poczułam, że się do pana zbliżam.
– Jak pani to rozumie?
– Bardziej się otwieram.
– To źle?
– Nie. Ale to dla mnie bardzo trudne.

Powiedział, że według niego sesja sprzed tygodnia była bardzo ważna. Dla mnie też.

– Mam do pana zaufanie. W domu mam panu tyle do powiedzenia. A kiedy tu przychodzę…
– Pani Aniu, z tym też sobie poradzimy. Przełamiemy to.

Wychodząc z gabinetu czułam się, jakby spadło ze mnie sto kilo. Zdobyłam się na szczerość mimo tak wielkiego trudu.

Jestem z siebie dumna.

Tak, jak prosiłam, mam w tym tygodniu trzy sesje. Jeszcze jutro i pojutrze. Mam nadzieję, że uda mi się pociągnąć ten przełom.

Podziel się!

246 – w myślach ucieczka do psychiatryka

Obiecałam sobie, że więcej nie wrócę do psychiatryka. Przestałam spoglądać na niego tęsknym wzrokiem, mijając go w drodze do centrum.
A jednak.

Terapia stanęła w decydującym punkcie – albo nastąpi przełom, albo tych, już blisko, sto sesji pójdzie w… maliny.

Od wtorku jestem nie do życia. Objawy nerwicowe molestują organizm. Myśli tworzą dziwne wiry, pochłaniające i mieszające wszystko.
Nie mogę spać. Budzę się co chwilę. Poty. Nudności. Roztrzęsienie.

Tak sobie obiecywałam… a jedyne o czym myślę, to wziąć dowód i biec na izbę przyjęć. Po czym sobie przypominam, że nie mam ubezpieczenia.

Za, równo, dwadzieścia cztery godziny wyjdę z gabinetu. Albo z poczuciem ogromnej ulgi, albo…

Podziel się!

245 – terapia borderline: wyciąganie wniosków z potknięć

Myślę cały czas nad tą reakcją. Szukam szczegółów. Moją uwagę przykuła jedna kwestia. Przyczyna uruchomienia leku przed bliskością.

Jego zachowanie: więcej mówił, zadawał więcej pytań, w końcu fizycznie zmniejszył dystans.
Moja interpretacja: pokazał zaangażowanie, w tym momencie skupił się tylko na mnie.
Poczułam się, niejako, przymuszona do odwzajemnienia tego. Czułam, że powinnam mu zaufać i otworzyć się, uwolnić emocje.
Przestraszyłam się, że nasza relacja stanie się bliższa, wymagająca większej otwartości. Wpuszczenia go do mojego świata wewnętrznego, zamiast uchylania czasem jego rąbka.
Świadomość, że kiedyś się pożegnamy, zablokowała mnie. Odcięłam i nie dałam sprowokować.
Choć, z drugiej strony, terapia powinna dążyć do tego, by pacjent przestał potrzebować terapeuty. Ufam, że on wyznaje tę zasadę.

I co się okazuje?
Boję się powiedzieć terapeucie o tym, co napisałam wyżej. Boję się, że znów padnie:
– Nie wierzę w to. Oszukuje się pani.
Tak. Czuję lęk i wstyd przed pokazaniem mu swojego świata wewnętrznego. Wystawienie go na konfrontację i krytykę, wzbudza we mnie te dwie silne emocje.

Mimo wszystko, w poniedziałek muszę się bardziej postarać.

Podziel się!